Wydanie bieżące

1 grudnia 23 (215) / 2012

Grzegorz Mucha,

TECHNO-ROCK

A A A
Muzykę grupy poznałem ze słuchawkami na uszach w wielkim Virgin Megastore na Polach Elizejskich w Paryżu. Był to album „Version 2.0”. Byłem zachwycony. Do dziś ten tytuł uważam za najlepszą wersję zespołu, a powyższe wspomnienie mnie w tym tylko utwierdza. Dopiero potem poznałem ich debiutancką płytę. Z czasem zacząłem czekać na ich kolejne albumy. Od tamtego czasu nie było ich wiele – zaledwie trzy (i jedno wydawnictwo składankowe). Ale… Od początku na zespole ciążyła pewna skaza. Inicjatorem założenia Garbage był w 1993 roku Butch Vig, czyli producent takich zespołów, jak Nirvana, The Smashing Pumpkins, L7 czy Sonic Youth. Zaprosił do zespołu gitarzystę Duke'a Eriksona i basistę Steve'a Markera (wszyscy muzycy obsługują także różne instrumenty i urządzenia elektroniczne, ubarwiające brzmienie grupy). Oblicze zespołu ostatecznie zdefiniowała, urodzona w Szkocji wokalistka zespołu Angelfish - Shirley Manson. Otóż owa skaza polega na producenckim sposobie powstania formacji. Muzycy nie byli młodymi entuzjastami „garażowego grania”. Wszyscy byli „rockowymi wygami” (vigami). Zadawałem sobie nieraz pytanie, czy czasem nie powstało coś na kształt rockowej korporacji z sukcesem wpisanym w biznes-plan. Na szczęście muzyka była momentami tak powalająca, że powyższe pytanie szło w niepamięć. Ale nieszczęsne pytanie znów wypłynęło z odmętów pop-kulturowego oceanu, kiedy w 2005 roku pojawił się album „Bleed Like Me”. Członkowie grupy byli skłóceni, a Shirley M. przymierzała się do nagrań solowych. Firma Garbage jednak ogłosiła nowy model muzyki. Tegoroczny album „not your kind of people” wydano po siedmioletniej przerwie. Pytanie znów powróciło.

W jedenastu nowych kawałkach jest duża dawka energii i typowych dla grupy melodii. Shirley Manson znów uwodzi głosem rockowej femme fatale. Teksty traktują nadal o uczuciowych zawirowaniach i dewiacjach. Są „gitarowe ściany” i elektroniczno-dyskotekowe „smaczki”. Pojawiają się także stylowe dla grupy ballady. Jest zdecydowanie mniej fragmentów instrumentalnych, ale nigdy nie było ich zbyt wiele. Nie jest źle? Jest dobrze? Świetnie? I to i to, i tamto. Garbage nie zaskakuje. Wyróżnia się utwór „blood for poppies”, (wraz z intrygującym teledyskiem) i tytułowy. Do poziomu ustawionego na dwóch pierwszych albumach nieco brakuje. Ale dla wielu wykonawców ten poziom i tak jest nieosiągalny.

A jednak muszę napisać o czymś, co dotąd w recenzjach pomijałem, czyli o sposobie realizacji. Otóż techniczne brzmienie grupy jest złe. Sprawa chyba warta odnotowania, skoro to zespół dowodzony przez producenta. Nagranie brzmi jak muzyka nieznanego zespołu rockowego, wydobywająca się przez szeroko otwarte drzwi u sąsiada. Czy taki był zamysł? Z nagraniami z ostatnich lat dzieje się coś niedobrego. Instrumenty, owszem, słychać oddzielnie, ale ich brzmienie jest wynaturzone. Skrajnym przypadkiem jest utwór „battle in me”. Wiąże się to zapewne z masteringiem, którego amplituda nie pozostawia słuchaczowi „przestrzeni”. Efekt jest taki, że lepiej się słucha... po cichu. Produkcja zabija chęć podkręcenia dźwięku w górę, a w efekcie zabija rocka. Dlatego średnio zainteresowanym działalnością grupy odradzam sięgnięcie po ten album wyłącznie ze względów brzmieniowych (technicznych). Tak zrealizowana muzyka nie przysporzy im nowych fanów. A szkoda.
Garbage: “not your kind of people” [stun volume, 2012].