ISSN 2658-1086
Wydanie bieżące

1 stycznia 1 (217) / 2013

Karolina Jochymek,

MIĘDZY ŻYCIEM A ŚMIERCIĄ

A A A
Nie myślcie, że „Frankenweenie” to film dla dzieci. Przed seansem zobaczyliśmy co prawda zwiastuny kilku bajek, a więc w zamyśle dystrybutorów na widowni powinni znajdować się najmłodsi. Tak też było, ale co młodzi widzowie wynieśli z tego filmu? Bohaterowie dzieła Tima Burtona pewnie niejednemu z nich przyśnią się w nocy. Wielkie, przerażające, wyłupiaste oczy postaci mogą przestraszyć każdego. Jak we wcześniejszej „Gnijącej pannie młodej”, groza bije z ekranu. A New Holland, tak porażająco różne od cukierkowo słodkiego miasteczka Edwarda Nożycorękiego, to mroczne i straszne miejsce. Cały ten czarno-biały świat wprowadza nas w nastrój horroru. Więc bójmy się!

Mroczny od początku, jak większość filmów Tima Burtona, dzięki muzyce, filmowej grozie i działającym na jej rzecz efektom (np. burza), „Frankenweenie” to przedstawienie idealne dla miłośników kina autora „Jeźdźca bez Głowy”. Burton pokazał tu wszystkie charakterystyczne cechy swojej twórczości, do których tak daleko było mu w „Alicji w Krainie Czarów” czy „Mrocznych cieniach”. We „Frankwenweenie” wracamy do korzeni – do śmieszno-strasznego Burtona, mistrza grozy.

Historia jest prosta, co nie znaczy, że pozbawiona niezwykłości. Mały chłopiec-samotnik spędza czas ze swoim najlepszym przyjacielem, psem Korkiem. Wiktor, bo tak ma na imię główny bohater, dzieciak o niezwykle bogatym życiu wewnętrznym, ma zadatki na naukowca. Niestety, nie ma przyjaciół, gdyż uważa, że Korek wystarczy mu do szczęścia. Mimo że jego ojciec, pan Frankenstein, chce, aby grał w baseball, chłopiec nie widzi się w roli sportowca. Ale postanawia spróbować. I już podczas pierwszej próby dochodzi do tragedii – Korek ginie pod kołami samochodu.

„Gdy umiera ktoś, kogo kochamy, nie odchodzi, tylko żyje teraz w twoim sercu” – słyszymy. Mimo że mama pociesza Wiktora, ten nie potrafi się pogodzić ze śmiercią najlepszego przyjaciela. Cierpi, płacze i staje się jeszcze większym samotnikiem. Ale na lekcji fizyki wpada na genialny pomysł: wskrzesi psa! Odkopuje więc ciało zwierzęcia, podłącza je do prądu i wkrótce Korek wraca do niego. Nie jest już taki jak wcześniej – ze śrubami w szyi, poszytą skórą i odpadającym ogonem przeraża, ale to wciąż jego przyjaciel...

Rozładowując trochę napięcie spowodowane nastrojem grozy, reżyser wprowadził do filmu elementy humorystyczne, takie jak kotek Pusiaczek i jego kupki, z których właścicielka wspomnianego czworonoga wnioskuje, kto mu się przyśnił i czy komuś coś się przydarzy w danym dniu. Groteskowe i być może dla niektórych obrzydliwe, ale śmieszne! Wkrótce okazuje się, że wszyscy chcą wygrać konkurs fizyczny i nagle każdy pragnie wskrzesić swojego pupila. Pada pytanie: „Co was w ogóle zagnało na ten dach?”. I odpowiedź: „Nauka”. Podładujemy psa prądem? Czemu nie? Jednak przykład rybki, która zniknęła, bo nie została przywrócona do życia przez kogoś, kto ją kochał, pokazuje, że we wszystko, co się robi, trzeba włożyć serce. Wiktor wskrzesił psa, którego kochał, dlatego mu się udało. Inni próbowali zrobić to samo ze złych pobudek, wszystko więc skończyło się nalotem zmutowanych żółwi, koto-nietoperzów i innych strasznych przywróconych do życia zwierzątek. Albowiem: „Między światem żywych a umarłych istnieje granica, której nie należy przekraczać”.

W animacji Burtona dostrzec można wiele odwołań do innych dzieł grozy. Oczywiste jest wzorowanie się na klasycznej opowieści, jaką jest „Frankenstein”. Charakterystyczny cień na ścianie przywołuje na myśl „Nosferatu – symfonię grozy”, a szalejący po mieście i niszczący wesołe miasteczko zmutowany Tuptuś jest ewidentnym nawiązaniem do „Godzilli”. Przed seansem warto też sięgnąć do krótkometrażówki Tima Burtona z 1984 roku o tym samym tytule. Nowy film reżysera jest powrotem do tego utworu, akcentuje jednak wiele wcześniej pominiętych problemów i twórczo je rozwija. To, że tym razem autor postanowił stworzyć animację, było bardzo dobrym posunięciem. „Frankenweenie”, tak jak „Gnijąca panna młoda”, jest swego rodzaju małym dziełem sztuki, oddziałuje nie tylko na zmysł wzroku, ale i na emocje – momentami rozśmiesza, czasem zasmuca. Tak jak kultowy „Sok z żuka”, raczy nas czarnym humorem, w którym reżyser jest niekwestionowanym mistrzem.

Tim Burton jest uznawany za jeden z najoryginalniejszych talentów współczesnego kina. Czy istnieją gdzieś granice jego wyobraźni? Chyba nie, i dlatego go kochamy. Zawsze wiemy bowiem, że idąc na jego film do kina, nie dostaniemy przeciętnej rozrywki dla mas, ale specyficzne kino dla wybranych.
„Frankenweenie”. Reżyseria: Tim Burton. Scenariusz: John August. Głosy: Martin Landau, Winona Ryder, Catherine OʼHara, Martin Short. Gatunek: animacja / czarna komedia. Produkcja: USA 2012, 87 min.