Wydanie bieżące

1 stycznia 1 (217) / 2013

Olga Knapek,

PATCHWORK ALICII

A A A
Przyszedł czas na kolejną płytę Alicii Keys. Po ostatniej, pełnej dysonansów i zmian tempa można było spokojnie oczekiwać czegoś jeszcze bardziej zaskakującego. Tymczasem „Girl on Fire” rozpoczyna się sennym adagio.

W niezwykle spokojny sposób wprowadza ono słuchacza w tę płytę-manifest. Jest to bardzo mylące intro, gdyż reszcie materiału muzycznego daleko do spokoju, czy przewidywalności. Utwór „Brand new me” wydaje się kontynuacją klawiszowego wstępu. Powoli zwraca się przyjemną apostrofą do słuchacza. Nie jest to kłótliwa pioseneczka o własnych racjach, ale raczej spokojny wykład o zmianie perspektywy. Można nawet zaryzykować stwierdzenie, że owa perspektywa zmienia się przede wszystkim w warstwie muzycznej. Keys odchodzi bowiem od wykrzykiwania na pokaz, od eksponowania swojej niesamowitej skali głosu na rzecz mocnego, silnego dźwięku. Swoim głosem nie przytłacza – jak w piosenkach z pierwszych płyt. Tym razem otula nim, po to tylko, by za chwilę z nutką symfoniczną w tle, zbudować na nim olbrzymią kumulację emocji i dźwięków.

W takiej formie Keys udaje się połączyć to, nad czym chyba pracowała od zawsze – klasyczne brzmienia z mocnym, ciemnym rytmem. Zamiast śpiewać r&b i okraszać to oryginalnym pianinkiem, na „Girl on Fire” Alicia zbliża się bardziej do soulu, czasem sięga nawet po mocno rockowe aranżacje. W tytułowym utworze „Girl on Fire” jest zdecydowanie mainstreamowo, podąża za modą wykreowaną przez zespoły pokroju Hurts czy Fun. Opiera tu kompozycję na specyficznych przerwach między poszczególnymi sekcjami. Najpierw zaszczyca swoich fanów fenomenalnym głosem, świetnym początkiem utworu, opartym na samym wokalu. Później po retorycznej pauzie wchodzi mocna perkusja, gitara, obowiązkowe klawisze. I tak poszarpany jest cały utwór. Co ciekawe – to właśnie jego urok. Zupełnie niczym współczesna popkultura cała płyta Keys odzwierciedla swoiste przekrzykiwanie się jednej formy nad drugą. Z tą jednak różnicą, że zamiast kłótni, czy pomieszania, artystka daje swoim słuchaczom specyficzny kolaż muzyczny w bardzo wyrafinowanej formie.

Momentami „Girl on Fire” niebezpiecznie przypomina album Beyoncé „B-day”. Tam również soulowe brzmienie z mocną przeszłością w stylu r&b przeplatane jest z rockowymi aranżacjami. Keys momentami kopiuje ten chwyt. Do Beyoncé z tamtego okresu upodobnia ją także grafika na okładce mocno kojarząca się z klipem „Single Ladies”. Na szczęście nie tylko takie echa słyszymy na „Girl on Fire”. Utwór „Fire we make” to jawne nawiązanie do początków r&b w wykonaniu George’a Bensona. Podobnie rzecz ma się z „Tears always win”. Tam do stylu wyjętego z lat 90. dołącza jeszcze fenomenalna partia refrenu oparta na chórze. Dzięki takiemu chwytowi utwór odsyła aż do tradycji gospel.
Na próżno by zatem nazywać „Girl on Fire” powtórzeniem któregokolwiek z tych wpływów. O wiele trafniej byłoby uznać ten album za patchwork różnych inspiracji, które przewijały się już przez twórczość Keys. Jest to w pewnym sensie podsumowanie dotychczasowej twórczości z nutką niejasnej tkliwości w tle.

Powszechne portale plotkarskie donoszą, że sporo się w życiu artystki ostatnio zmieniło. Podobny przełom w życiu wspomnianej już Beyoncé zaowocował średniej jakości albumem „4”, opartym na wytartych chwytach, pozbawionym mocnych kompozycji. Z Keys jest chyba przeciwnie – jej „Girl on Fire” jest tak ogniste, jak zapowiada to tytuł. Nie brakuje tu energii w szybszych utworach, spokoju i dojrzałości w wolniejszych. Nie ma irytujących (co było typowe dla wcześniejszych płyt) ksylofonów tak charakterystycznych dla kiepskiej „czarnej muzyki”. Keys zastąpiła je nieco spłaszczoną perkusją, uzyskując ciekawy efekt smooth jazzu. Między innymi dlatego, a może ze względu na świąteczną aurę album przywołuje wrażenia ciepła. Co wydaje się nad wyraz wskazane w kontekście tytułu „Girl on Fire”.
Alicia Keys: "Girl On Fire" [Sony Music Entertainment, 2012].