Wydanie bieżące

15 stycznia 2 (218) / 2013

Marta Lisok, Agata Stronciwilk,

SUBTELNE PRZEKSZTAŁCANIE RZECZYWISTOŚCI

A A A
Trwający rok cykl „Drobnostki” był jednym z ciekawszych wydarzeń artystycznych na Górnym Śląsku. W ramach projektu mogliśmy zobaczyć wystawy młodych artystów: Karoliny Szymanowskiej, Katarzyny Przezwańskiej, Michała Smandka. Akcje w przestrzeni miejskiej realizowały: Justyna Gruszczyk, Magdalena Starska oraz Monika Drożyńska (która prowadziła także warsztaty „Wyhaftuj się”). O „Drobnostkach” rozmawiam z kuratorką cyklu – Martą Lisok.

Agata Stronciwilk: Czym są drobnostki?

Marta Lisok: Dla mnie drobnostki to są drobne zmiany. Przesunięcia w systemie, które powodują, że zmienia się coś dużego. To tak jak w momencie, gdy przesuwa się jedną niepozorną rzecz, która funkcjonuje na dole jakiejś piramidy i tym samym powoduje to ruch całej struktury. Podczas pracy nad katalogiem zastanawialiśmy się nad angielskim tłumaczeniem tytułu „Drobnostki”. Zdecydowaliśmy się na inessential, a nie trifle, chcąc podkreślić przez ten wybór niekonieczność podejmowania tych działań, a nie ich błahość. Aspekt ten był widoczny w momencie, w którym odbiorca działań zaproszonych artystów chciał zmienić swoje nastawienie do otoczenia. Po powrocie z galerii postanowił coś zmienić, żeby poczuć się lepiej w swoim własnym domu, bloku, osiedlu. Czyli zdecydował się na gest przekształcania, zainicjowany spotkaniem ze sztuką.

A.S.: Wychodzisz z założenia, że sztuka ma zdolność przekształcania rzeczywistości?

M.L.: Chcę wierzyć w to, że sztuka ma taką możliwość. Jednocześnie nie muszą być w nią wdrukowane określone treści, chodzi mi bardziej o przemianę mentalną. Taką, która powoduje zmianę nastawienia, swoistą lawinę gdzieś w sposobie myślenia odbiorcy, która polega na zbliżeniu do sposobu widzenia rzeczywistości przez artystów, chwilowym nadawaniu na tych samych falach. Jest to dla odbiorcy sztuki wejście na wyższy poziom percepcji rzeczywistości.

A.S.: Czy przestrzeń Katowic jest niegościnna, nieoswojona?

M.L.: Porównując to miasto z innymi, w których zdarzało mi się mieszkać, Katowice wydają mi się miastem betonowym, z małą ilością miejsc, w których można odpocząć. Właściwie jedyne miejsca przyjazne, jakie przychodzą mi na myśl, to parki. Tak jak pisałam we wstępie do katalogu: jeśli przyjeżdżasz do Katowic, to trudno jest ci znaleźć miejsce, gdzie możesz zjeść śniadanie. Ludzie przyjeżdżają tutaj do pracy, a śpią gdzieś na peryferiach lub w innych miastach. Katowice, poza ulicą Mariacką, wydają się wyludnione – szczególnie w weekendy czy wieczorem prawie nikogo nie ma tu na ulicach.

A.S.: Czy artyści, którzy brali udział w „Drobnostkach”, także odbierali Katowice w ten sposób?

M.L.: Większość artystów, którzy przyjechali na moje zaproszenie, zachwycało się architekturą tego miasta – przede wszystkim modernizmem katowickim. Co jednak najistotniejsze, miasto – praktycznie bez rynku, zupełnie nie cukierkowe, z rozproszonymi na dużym obszarze atrakcjami, centrum w remoncie – przez swój niegościnny charakter paradoksalnie inspirowało ich do zdecydowanych działań. Podczas naszych rozmów wielokrotnie pojawiała się opinia, że w Katowicach jest wiele do zrobienia. I to w głównej mierze działało na gości „Drobnostek” stymulująco.

A.S.: W katalogu wystawy posługujesz się określeniem „Biorąc miasto w posiadanie”. Sugerujesz, że należy je odebrać? Jeśli tak – to komu?

M.L.: Właściwie to nawet nie odebrać, tylko przeżyć dla siebie, na własną rękę. Chodzi o to, aby znaleźć miejsca, w których będziesz czuła się dobrze i będziesz mogła powiedzieć: tutaj jestem u siebie. Poznać je w jakiś sposób, ale też zagospodarować, zrobić coś, żeby to nie był taki monolit, aby nie było zimne i nieoswojone, tylko „wejść w nie” poprzez jakąkolwiek ingerencję. Przeprojektować na własną rękę. Myślę, że świetnie pokazywała to akcja Justyny Gruszczyk z zapachami. Artystka nie jest z Katowic, urodziła się w Rudzie Śląskiej, a na stałe mieszka w Toruniu. Dla niej Katowice to była terra incognita. Musiała tutaj kilka razy przyjechać, wczuć się w to miejsce, w atmosferę tego miasta. Później sama wybrała lokalizacje, czyli przykładowo poczekalnię PKS czy sklep „Społem” w Skarbku, kawiarnie i restauracje. Dla niej to były ważne miejsca, bo kiedyś je odwiedziła i jej się spodobały. Uznała, że położy sygnaturę na Katowicach w postaci zapachów specjalnie przygotowanych w oparciu o sny mieszkańców.

A.S.: Jednak wyrażenie „Biorąc miasto w posiadanie” skojarzyło mi się z „odzyskiwaniem” go, akcjami miejskimi, demonstracjami i tak dalej. Oczywiście jest to zupełnie inny typ działania – bardziej skrajny, agresywny. Ten cykl pokazuje, że odzyskiwanie miasta może mieć także zupełnie inny wymiar.

M.L.: Świadomie użyłam takiego tytułu, który jest nacechowany, powiedzmy, militarnie, nasuwa skojarzenia z rodzajem szturmu. Chciałam pokazać odbiorcom tego cyklu, że może warto się zastanowić nad tym, jaki kształt przybierze to miasto. Zaskakuje mnie pewien rodzaj nieśmiałości ludzi w stosunku do kształtu miasta, w którym żyjemy na co dzień. Katowice są obecnie w fazie bardzo szeroko rozumianej transformacji przestrzennej, myślę, że wiele osób ma wrażenie, iż nie ma wpływu na to, jak będzie wyglądać centrum, na przykład jak będzie wyglądać aleja Korfantego (jako najbardziej widokowa arteria w centrum). Przez to, że nie jesteśmy świadomi zmian, które toczą się gdzieś ponad naszymi głowami – nie wiemy na przykład, które budynki będą wyburzane, a co zostanie „po staremu”. W 2015 roku planowane jest na przykład, o czym pewnie nie wszyscy czytelnicy wiedzą, zburzenie budynku galerii BWA. Mam nadzieję, że nie dojdzie ono do skutku albo przynajmniej będzie wydarzeniem bardziej dyskutowanym niż ciche zrównanie z ziemią Pałacu Ślubów, który był świetnym obiektem, a na miejscu którego mamy od roku żwirowy parking.

A.S.: Ważnym aspektem jest także to, co było widać w projekcie „Na uspokojenie” Magdy Starskiej, czyli budowanie więzi. W kontekście miasta i naszego funkcjonowania w nim istotny jest chyba sposób, w jaki sztuka może przyczyniać się do budowania więzi pomiędzy ludźmi.

M.L.: Uważam, że sztuka jest przede wszystkim obszarem komunikacji. Główną wartością w obcowaniu z nią jest pewien szczególny sposób stymulowania naszej wrażliwości, spowodowany kontaktem z dziełami. Ważny jest ten moment, w którym zaczynamy rozmawiać o sztuce. W ten sposób możemy zbliżyć się do drugiego człowieka i poznać jego sposób widzenia rzeczywistości, wzbogacić się w jakiś sposób poprzez te rozmowy o sztuce, a jeszcze bardziej poprzez działanie w ramach jakichś happeningów. Tak jak to miało miejsce podczas akcji Magdy Starskiej, kiedy na placu Obrońców Katowic kilkadziesiąt osób zaangażowało się w proces kiszenia ogórków do otwartej dla wszystkich spiżarni urządzonej we wnętrzu stogu siana.

A.S.: Czy z twojej perspektywy działanie w mieście i w galerii bardzo się od siebie różnią?

M.L.: Wydaje mi się, że łatwiej trafić do ludzi, kiedy przeprowadza się akcję na ulicy, kiedy organizuje się ją na jakimś placu, przez który przechodzą codziennie setki ludzi. Do galerii trafiają osoby, które są już gotowe i w jakiś sposób oczekują tego kontaktu ze sztuką. Ważne jest jednak też to, żeby trafiały na taką realizację performance osoby zupełnie przypadkowe, które być może w ten sposób oswoją się z nią na swój sposób i przyjdą później do galerii na jakąś inną wystawę czy wydarzenie.

A.S.: Charakterystyczną cechą cyklu „Drobnostki” była różnorodność. Czy pomimo znaczących różnic pomiędzy poszczególnymi realizacjami widzisz elementy spajające? Czy jest to miasto i próba redefinicji sposobu myślenia o nim? Czy może skupienie się na tym, co drobne, pozornie nieistotne? Czy też coś jeszcze innego?

M.L.: Wydaje mi się, iż podobnym elementem jest to, że właściwie ich realizacji czy ingerencji można nie zauważyć – można łatwo je przeoczyć. Niektórzy z zaproszonych artystów byli bardziej znani, inni mniej. Posługiwali się bardzo różnymi mediami, ale nie poczuć lekko mdławych perfum inspirowanych zapachem rozespanego ciała, skomponowanych dla Katowic przez Justynę Gruszczyk, albo nie zauważyć kolczyków z lupą, którą mogą poparzyć skórę tego, kto je nosi – projektu Karoliny Szymanowskiej, pomalowanej na kolorowo gałązki Katarzyny Przezwańskiej czy badań nad elastycznością materii prowadzonych przez Michała Smandka jest bardzo łatwo. To właśnie na tej płaszczyźnie łączyłabym zaproszonych artystów. Istnieje pewna delikatność w działaniach wszystkich tych osób. Nie ma tam paradoksalnie żadnej agresywności, są drobne zmiany, którym artyści poddają przedmioty, zawsze starając się przekształcać rzeczywistość w bardzo subtelny sposób.

A.S.: W katalogu odwołujesz się także do utopii. Czy określiłabyś ten projekt jako utopijny?

M.L.: Cykl był nastawiony na kontakt z ludźmi, stąd też podtytuł – „spotkania artystów z lokalną społecznością”. Jednym z jego celów miała być zmiana sposobu myślenia mieszkańców Katowic o przestrzeni miasta. Wydaje mi się, że tutaj pobrzmiewa taki wątek utopijny – być może na te wystawy oraz performance przyszło kilka tysięcy ludzi. Trudno jest zakładać, że nastąpiła taka bardzo wyraźna i zauważalna zmiana w mentalności lokalnej społeczności. Liczę jednak, że tak się stało. Jest tam pewien utopijny rys, bo te drobne ingerencje mogą przecież pozostać niezauważone i na nikogo nie wpłynąć.

A.S.: Jak te działania mają się w kontekście twoich poprzednich cykli? Czy widzisz pewną ewolucję, czy też jest to coś zupełnie odmiennego od „Przypadkowych przyjemności”, „Replikantek” czy „Nic nie widać”?

M.L.: Tamte cykle miały bardziej abstrakcyjne i formalistyczne podłoże. Bardziej skupiałam się wtedy na kształcie prac, które były prezentowane w przestrzeni galerii. Były to cykle zawężone tylko do ekspozycji w murach galerii, konkretnie w Małej Przestrzeni – galeryjnym laboratorium przeznaczonym na prezentacje eksperymentów młodych artystów, najczęściej jeszcze studiujących. W „Drobnostkach” po raz pierwszy chciałam zrobić coś dla Katowic. To nie jest moje rodzinne miasto, ale po czterech latach pracy w BWA uznałam, że zaczęłam się w tym mieście czuć jak u siebie. Chciałam zrobić coś dla ludzi, którzy na co dzień przechodzą obojętnie obok galerii – żeby oni chcieli do niej wchodzić, wiedzieli, po co wchodzą i żeby nie czuli się wyalienowani w kontakcie ze sztuką. Chciałam, aby sztuka wyszła w ich stronę, zahaczyła ich na ulicy i wciągnęła do galerii. Wciągnęła tylko po to, aby sprawić im jakąś przyjemność i w jakiś sposób ich wzbogacić. Pod tym względem „Drobnostki” są bardziej „zaangażowane”.

A.S.: W jaki sposób przypadkowi przechodnie reagowali na akcje w przestrzeniach publicznych?

M.L.: Prawie wszyscy ludzie, z którymi miałam okazję rozmawiać albo którzy uczestniczyli w tych akcjach, byli zainteresowani. Ta sztuka sprawiała im przyjemność, radość – zaskakiwała ich, ale w bardzo przyjemny sposób. W „Drobnostki” wpisana była od początku pewna doza lekkości i tym chciałam przede wszystkim skusić ludzi, świadomie pomijając pewne tematy, które są stereotypowo kojarzone ze sztuką współczesną jak szok, wstręt, cielesność.

A.S.: To, co było dla mnie uderzające w akcji Starskiej, to fakt, że przypadkowe osoby, które brały w niej udział, nie rozpoznawały tego, co się działo jako akcji artystycznej. Trudno było im uwierzyć, że tego typu działanie może być sztuką.

M.L.: Pewnie w wielu przypadkach tak było, ale być może kiedy te osoby przychodziły do domu ze słoikiem w siatce podarowanym przez artystkę, zastanawiały się, w czym tak naprawdę wzięły udział. Była to trochę przestrzeń odwróconego porządku, karnawału – czegoś dziwnego, czegoś, co jest bliskie rozumienia sztuki jako transgresji, przekraczania tego porządku, który mamy na co dzień. Może zapadało im w pamięć, że w galerii można natknąć się na rzeczy, których się nie spodziewają, których nie do końca rozumieją, ale właśnie one bywają fascynujące w swej dziwności i chaotyczności.

A.S.: Czy planujesz już kolejny cykl?

M.L.: Tak, „Uczulenie na trawy” – będzie to wystawa plenerowa, którą poprzedzi konferencja „Park jako tekst” i dwie wystawy w Małej Przestrzeni katowickiej BWA. Wystawa ta będzie miała miejsce w Parku Chorzowskim – w ZOO, w Wesołym Miasteczku, w skansenie, w planetarium, a także na terenie całego parku. W tym projekcie ważne są dla mnie inspiracje rokokiem. Inspirowały mnie obrazy Antoine’a Watteau, mistrza scen parkowych, w których pojawiają się ludzie zachowujący się tak lekko, jakby wiedli życie motyli. Są delikatni, wypoczywają pod drzewami i całe dnie przeznaczają na marzenia, flirty i lenistwo. Przyroda jest dla nich piękną ramą, która ma podkreślać lekkość i dekoracyjność ich stylu życia. Obrazy te zainspirowały mnie do stworzenia scenariusza na wystawę wymuszającą odbycie długiego spaceru. Chciałam, żeby miała ona wymiar zmysłowej przygody zainicjowanej kontaktem z uładzoną naturą parkową, pełną urokliwych pomników, zakątków, labiryntów, zagajników i łąk. Do „Uczulenia na trawy” zostanie zaproszonych kilkunastu artystów z całej Polski posługujących się różnymi mediami. Będą na swój sposób zagospodarowywać tę przestrzeń, która jest z jednej strony miejscem wypoczynku, z drugiej dzikości, której tak bardzo potrzebujemy żyjąc w mieście.

A.S.: Dziękuję za rozmowę.