Wydanie bieżące

15 stycznia 2 (218) / 2013

Michał Paweł Urbaniak,

WIECZNIE OBCY

A A A
Narratorką „Gołębie wzlatują” – powieści szwajcarskiej pisarki węgierskiego pochodzenia, Melindy Nadj Abonji – jest Ildikó Kocsis, zwana Ildi. Dziewczyna wraz z młodszą siostrą Nomi opuszcza rodzinną serbską prowincję Wojwodinę, aby dołączyć do rodziców, którzy kilka lat wcześniej wyemigrowali do Szwajcarii. To właśnie tam przyjdzie dorastać dziewczynom. Rodzina Kocsisów będzie odwiedzać Wojwodinę sporadycznie przy okazji uroczystości rodzinnych. Bohaterowie przystosowują się do życia w obcym kraju, wkrótce czeka ich też swoisty awans społeczny – przejmują prowadzenie popularnej kafeterii „Mondial” w centrum miasta. Tymczasem w Jugosławii wybucha wojna domowa, której Kocsisowie mogą się jedynie biernie przyglądać.

W swojej książce Melinda Nadj Abonji zdaje się pytać o to, jak zdefiniować ojczyznę. Narratorka jest rozdarta między miejscem, w którym mieszka, a Wojwodiną, gdzie spędziła pierwsze lata życia. Ildikó ma właściwie problem ze zdefiniowaniem swojej tożsamości. Jej rodzice – Miklós i Rózsa – w końcu uzyskali obywatelstwo szwajcarskie (po zdaniu egzaminu z wiedzy o państwie oraz pomyślnemu głosowaniu lokalnej społeczności), a razem z nimi niepełnoletnie córki. Jednak to nie wystarcza, aby mogli być uznani za „prawdziwych” Szwajcarów. Zresztą cała czwórka pozostaje silnie związana z Wojwodiną – wszak to tam praktykuje się właściwe ich narodowości zwyczaje, tę ziemię zamieszkują ich krewni, wreszcie to przecież z tym miejscem łączą się najważniejsze wspomnienia, które ukształtowały tę rodzinę (chodzi tu zarówno o przewroty polityczne, jak i osobiste dramaty i radości). Konflikt narodowościowy jest w tym przypadku wyjątkowo wyrazisty, bo nawet w Wojwodinie – należącej do Serbii – bohaterowie reprezentują węgierską mniejszość.

Dla Ildikó ojczyzną pozostaje właśnie ta serbska prowincja. Narratorka postrzega Wojwodinę niemal jako Arkadię, jednak nie używa wielkich, patetycznych słów na jej opisanie. Symbolem tej ojczyzny są tytułowe gołębie – te zwiastujące pokój ptaki hoduje kuzyn Béla (i musi je porzucić w okresie wojny). Mały gołębnik znajduje się również w gospodarstwie ukochanej babci Ildikó, Mamiki (Rózsa, jedząc ulubioną zupę z gołębi, czuje się jak dziecko, a więc niejako powraca do arkadyjskiej krainy, często związanej z dzieciństwem). Mówiąc ogólniej, ojczyznę obok gołębi symbolizuje „stosunkowo nieznany, lecz właściwie najlepszy na świecie” (jak narratorka sama go określa) gazowany napój winogronowy o nazwie traubisoda, a także inne – zdawałoby się nieznaczące – przedmioty związane z domem Mamiki. I właśnie tę ojczyznę – niczym tytułowym wzlatującym gołębiom – przyjdzie Kocsisom opuścić.

Wnuczki odwiedzające Mamikę panicznie boją się najdrobniejszych zmian – w tej zapamiętanej z dzieciństwa rzeczywistości wszystko musi być na swoim miejscu, bo tylko niezmienność łączy obie dziewczyny z ojczyzną: „bałyśmy się, że nie mamy już nic wspólnego z naszą ojczyzną, chciałyśmy na wyścigi nadrobić czas, kiedy nas tu nie było, i odczuwałyśmy niewysłowioną ulgę, że całkiem banalne, codzienne rzeczy się nie zmieniły, że pniak do rąbania drwa stoi na szczęście w tym samym miejscu, przy chlewiku, niedaleko wychodka, że Mamika nie kupiła krów ani bażantów, tylko nadal mieszka ze świniami, kurami, gęśmi i kaczkami, że na strychu pozostał maleńki gołębnik”. Sama babcia Mamika jest nie tylko ostoją rodziny i świadkiem najważniejszych wydarzeń (to ona opowie wnuczkom o kolejach losu dziadka i ojca), ale także czystym uosobieniem Arkadii, matki-Ojczyzny. Ildi, która wręcz uważa Mamikę za swoją prawdziwą matkę, dopiero wraz z jej powrotem do Wojwodiny (po odwiezieniu przez nią wnuczek do Szwajcarii) ostatecznie utraci swoją arkadyjską krainę: „teraz, gdy odjeżdżałaś, było tak, jakby pociąg zabierał mi mój cały dotychczasowy świat”.

Jednak sama niezmienność Arkadii nie wystarczy i Ildikó przekonuje się o tym podczas nielicznych wizyt w Wojwodinie. Dla krewnych Kocsisowie stają się osobami prawie egzotycznymi, przychodzą z zupełnie innego świata. Nie chodzi tu jedynie o wzbogacenie się w Szwajcarii (co reprezentuje wzbudzający podziw chevrolet, który „na babcinym podwórku […] wygląda jakoś nierzeczywiście”, jak stwierdzi narratorka), ale o sam fakt życia na emigracji, zarazem wyróżniający i wykluczający z dobrze znanego rodzinnego kręgu – Kocsisowie zjawiający się na jednej z rodzinnych uroczystości wzbudzają niezdrową sensację, zwyczajnie nie pasują do pozostałych weselników choćby przez wyszukane stroje: „matka w trawiastej sukni do kostek, Nomi (…), w sukience różowoczerwonej, z tiulu, ojciec, który w garniturze (…) zawsze wygląda bardzo elegancko i poważnie, tym razem założył jasnoszary, biała koszula i krzyczący trzema kolorami krawat, ja w białej, wąskiej spódnicy i jasnoniebieskiej bluzce odsłaniającej ramiona (gdybym nie wiedziała, że to wy, wcale bym was nie poznała, powiedziała Mamika), kiedy więc stajemy przed namiotem, a drużba mówi, że ci goście przyjechali z daleka, weselnicy przestają jeść, łyżki zawisają w powietrzu, zęby przestają gryźć chleb, przez chwilę wydaje mi się, że powinniśmy się cofnąć, żeby wszystko mogło potoczyć się zwykłym biegiem, bez nas”. Emigranci przestają uczestniczyć w wydarzeniach istotnych dla rodziny jako wspólnoty, nie mogą też w pełni ich przeżywać, nie potrafią o nich rozmawiać. Narratorka powie: „kiedy ktoś z rodziny umiera w Wojwodinie, ciotka Manci albo wuj Móric jako jedyni posiadacze telefonu dzwonią wówczas, żeby powiedzieć, że to niestety dzień złych wieści, a w dużym pokoju naszego mieszkania robi się osobliwie cicho, niewykluczone, że moglibyśmy mówić o tej śmierci, gdybyśmy byli tam, gdzie mieszkają wszyscy nasi krewni, przynajmniej słuchalibyśmy, co mówią inni, i z całą pewnością bylibyśmy poruszeni pieśnią śpiewaną przez Mamikę (…), ale ponieważ nie ma nas tam, gdzie ludzie żegnają się przez trzy dni, zanim oddadzą ziemi śmiertelne szczątki (…), ponieważ mamy tylko telefon i odległy głos, który zaświadcza, że stało się coś nieodwołalnego, poruszamy się w dzień złych wieści jak duchy, omijamy się nawet wzrokiem”.

Podział na „swoich” i „wykluczonych” podkreśla jeszcze wybuch wojny domowej. Pozostała w Wojwodinie rodzina nie zrozumie nigdy trudów życia emigrantów, a sami Kocsisowie będą mogli doświadczyć dramatu wojny jedynie na odległość, „jak Szwajcarzy, na widowni” (a więc o realnym przeżywaniu właściwie nie może być mowy – nie dosięgnie ich drastyczny spadek wartości pieniądza, długie kolejki czy powszechna bieda. Niekłamany strach o życie najbliższych będzie się łączył z bolesną a zarazem kojącą świadomością niedzielenia ich ciężkiego losu).

W powieści „Gołębie wzlatują” nie mogło zabraknąć niuansów emigracyjnego życia – i Melinda Nadj Abonji oddaje dramat rodziny Kocsisów w sposób, rzec można, uniwersalny. Nietrudno sobie wyobrazić, że problemy (na czele z wiecznym wykluczeniem) dotykające bohaterów stają się udziałem większości emigrantów. Rzecz nie tylko w przyswojeniu języka czy – czasem ogromnych – różnic kulturowych („ten ich wychudzony serek w ogóle nie ma smaku […] nasz ser jest najlepszy, ziarnisty, aromatyczny, nasze kiełbaski paprykowe są słynne na cały świat”), ale i w walce o akceptację. Powszechnie pogardzani Miklós i Rózsa przez pierwsze lata pobytu w Szwajcarii pracują ponad siły bez słowa protestu, imając się różnych zajęć („Wiesz, gdzie zaczynaliśmy? dni bez twarzy przez prawie cztery lata służyły tylko do tego, by funkcjonować jak maszyna, pracować, ojciec w masarni u Fluriego i w ubojni, ja jako kasjerka, babysitterka, w niedzielę obydwoje sprzątaliśmy banki”). Praca (czy – mówiąc inaczej – usługiwanie innym) wydaje się źródłem nie tylko awansu społecznego (który w końcu nadchodzi), ale również wyczekiwanej akceptacji: „Jeszcze nie mamy tu ludzkiego losu, musimy go najpierw wypracować”, stwierdza Rózsa. Jednak nie jest to takie proste – Kocsisowie są wciąż napiętnowani (nawet przez tych Szwajcarów, którzy darzą ich szczerą sympatią), a dla klientów „Mondialu” stanowią coś na kształt przyrodniczej ciekawostki. Z kolei spekulacje dotyczące pochodzenia obcokrajowców („Nie daje mi to spokoju […], mógłbym przysiąc, że ktoś opowiadał mi, że pochodzicie z Rosji”), wojny na Bałkanach czy tamtejszej specyfiki kulturowej traktuje się jako świetny temat do lekkiej dyskusji przy porannej kawie. Nikt nie dostrzega, że dla przysłuchujących się temu Ildikó i Nomi jest to zwyczajnie uwłaczające. Jednak siostry nie mogą zareagować, są przecież na niższej pozycji (jak mówi ich matka: „musimy się dopasować”). Tylko czy zrównanie się z rodowitymi Szwajcarami jest możliwe? Finał powieści (ktoś z premedytacją wysmarowuje toaletę w kafeterii ekskrementami) temu przeczy – Kocsisowie zawsze będą obcy, nietutejsi. Zrozumiawszy to, Ildikó postanawia rzucić pracę w „Mondialu”.

Wydaje się, szwajcarska pisarka nie bez przyczyny uczyniła narratorką Ildikó. Dzięki takiemu ujęciu „Gołębie wzlatują” to właściwie powieść inicjacyjna. Główna bohaterka, wychowana w świecie, gdzie role były jasno określone, a dzieci nie zabierały głosu („na jednym końcu stołu pijani, rozpolitykowani mężczyźni, na drugim matki szepczące tajemniczo, a my, córki, przy oknie, przyglądamy się im, uczestnicząc i będąc obok”), a w końcu wyrwana wbrew swej woli z niejako naturalnego środowiska (nie bez przyczyny w Wojwodinie została jej przyrodnia siostra Janka – w książce jest ona właściwie odpowiednikiem Ildikó) i rzucona w obcą rzeczywistość, musi znosić społeczne napiętnowanie jako cudzoziemka, a także poradzić sobie z tęsknotą za swoją Arkadią (ten konflikt między dwoma rzeczywistościami – Szwajcarii i Wojwodiny – został zobrazowany również poprzez dość konsekwentny, naprzemienny, ze względu na miejsce akcji, układ rozdziałów). W tych trudnych warunkach dziewczyna próbuje określić własną tożsamość i zmierzyć się z powszechnym, choć nie zawsze wprost nazwanym, wykluczeniem. Wreszcie dojrzewa do tego, aby przeciwstawić się rodzicom (którzy wszak zdecydowali się na emigrację i przepracowywali się dla dobra córek) i podążyć własną drogą. Udaje jej się zbuntować, choć nie wiadomo, jak potoczą się jej dalsze losy – Melinda Nadj Abonji zostawia swoją bohaterkę na początku owej samodzielnej drogi. Co ważne, choć pierwszoosobowa narracja stawia w centrum powieści jedną z postaci, rysunek psychologiczny pozostałych na tym nie ucierpiał. Opowieść Ildikó jest z jednej strony zwięzła i konkretna, z drugiej bardzo plastyczna, nasycona mnóstwem urzekających scenek. Zamiast patosu – o który łatwo przy opisie dramatycznych wydarzeń – jest zachowany zdrowy dystans, nie bez odrobiny humoru.

Tę książkę można było napisać zupełnie inaczej. „Gołębie wzlatują” mogły stanowić sagę rodzinną traktującą zarówno o cieniach emigracji jak i wojennego życia. A jednak Melinda Nadj Abonji wybrała inną formę, ubierając konflikty i dylematy emigracyjne w całkiem dobrze przemyślaną, intrygującą i do tego sprawnie poprowadzoną powieść inicjacyjną o dziewczynie, która chce świadomie znaleźć swoje miejsce w świecie. Pozostaje tylko dodać, że to był naprawdę trafny wybór.
Melinda Nadj Abonji „Gołębie wzlatują”. Przełożyła Elżbieta Kalinowska. Wydawnictwo Czarne. Wołowiec 2012 [seria: proza świata].