Wydanie bieżące

15 stycznia 2 (218) / 2013

Mirella Siedlaczek-Mikoda,

JAK HENRY JAMES KOCHAŁ I NIENAWIDZIŁ NOWEGO JORKU

A A A
Zacznę od wyznania: jako czytelniczka prozy Henry’ego Jamesa z utęsknieniem czekałam na premierę „Opowiadań nowojorskich”, przypuszczając, że w niespiesznej, skoncentrowanej na szczególe narracji odnajdę przyjemność zanurzenia się w uporządkowanym świecie amerykańsko-europejskich wyższych sfer. Gdyby ktoś lekceważąco zakwalifikował Jamesa jako pisarza salonowego, to obszerny wstęp Colma Toibina, opublikowany pierwotnie w amerykańskiej edycji, wskaże niestosowność podobnego myślenia. Sam Toibin jest irlandzkim pisarzem, autorem bestsellerowego „Mistrza”, fabularyzowanej biografii Henry’ego Jamesa. W wstępie do „Opowiadań nowojorskich” pisze: „Utwory Jamesa o Nowym Jorku ujawniają przede wszystkim gniew, niepodobny do żadnego innego Jamesowskiego gniewu, gniew wywołany tym wszystkim, co mu odebrano – jak postąpiono, w imię komercji i materialnego postępu z miastem, które kiedyś znał”. Pisarz, którego brzydzi wulgarność obyczajów, języka, dominacja pieniądza nad kulturą, wraca po wielu latach do miasta swojego dzieciństwa, żeby skonstatować, że nic z niego nie zostało, a co więcej – jest plątaniną ulic, którymi wcale już nie chce się chodzić. Ale po kolei: w książce obcujemy z dziewięcioma utworami powstałymi w różnych okresach twórczości pisarza, które łączy miejsce. Jak wskazuje w wstępie Toibin, niektóre z opisów bazują na wspomnieniach samego Jamesa, jednak nie chodzi o wędrówkę śladami pisarza, tylko o pokazanie przemian i dominację estetyki nadmiaru i krzykliwości, uniemożliwiających wzajemne porozumienie. Skądinąd wiemy, że w ogóle bohaterom Jamesa trudno się porozumieć, bo posługują się niedopowiedzeniami czy wyszukanymi, choć pustymi frazami.

Spośród zamieszonych w tomie opowiadań znałam wcześniej jedynie „Dom przy placu Waszyngtona”, zekranizowany przez Agnieszkę Holland ze średnim powodzeniem. Pozornie to historia łowcy posagów i nieurodziwej panny, zmuszonej do wyboru między posłuszeństwem apodyktycznemu ojcu a pokusą małżeństwa z uroczym młodzieńcem bez grosza przy duszy. Jednak to najdłuższe spośród opowiadań, o rozmiarach powieści w tym zbiorze zyskuje kontekst opowieści o mieście, nieuchronnych zmianach topograficznych, ilościowych, jakościowych, ale i związanych z modą na określone adresy, ulice. Doktor Sloper stanowi przykład tak amerykańskiego w istocie self-made mana, który nie może znieść myśli, że inny, błyskotliwy na swój sposób człowiek miałby skorzystać z jego majątku, zdobytego przecież nie tylko dzięki wyrzeczeniom, lecz również dzięki korzystnemu ożenkowi. It’s complicated – można by rzec, wszak bohaterowie Jamesa niezwykle rzadko mówią wprost, jednoznacznie wiążąc bezpośredniość z brakiem manier, doktor Sloper nie ukrywa jednak swych intencji i daje córce jasne komunikaty – albo rozstanie z ukochanym, albo natychmiastowe opuszczenie domu, częściowe wydziedziczenie (Catherine otrzymałaby jedynie pieniądze po matce). Brzydka, nie obdarzona zbyt wielką inteligencją, wyobraźnią czy urokiem osobistym panna Sloper usiłuje ojca przekonać, aż wreszcie… Może są pośród Was czytelnicy wcześniejszego wydania albo wielbiciele kina Agnieszki Holland, dla reszty pozostawię zdanie niedopowiedziane.

Niedopowiedzenie to figura tekstowa stworzona wprost dla Henry’ego Jamesa. Przecież spragniony dynamizmu czytelnik może rzec, że niewiele się w tych opowieściach dzieje. Czasem ktoś przerwie w pół zdania, zrezygnuje z powiedzenia czegoś, może dostrzeże grymas nieprzeznaczony dla jego oczu i już zmienia się bieg życia. Trudno streścić te historię, bo traci się wtedy piękno i finezję delikatnie utkanej fabuły. Porzucałam lekturę, to znów wracałam do niej zaintrygowana losami bohaterów. Czytając „O czym wiedziała Maisie”, utwierdzamy się w przekonaniu, że proza Henry’ego Jamesa zadziwiała psychologizmem postaci i nowatorską formą, czytając „Opowiadania nowojorskie”, nie oddalamy się zbytnio od Prousta, w tle słychać szelest taftowych sukien, szeptów wygłaszanych niby mimochodem i pozornie banalnych salonowych rozmów, czuć dym cygar, czasem w wysokim kieliszku perli się szampan, a jednak częściej spotykamy ludzi wciąż zmuszanych do kombinacji, jak przeżyć miesiąc ze szczupłego funduszu, nadszarpniętego nietrafionymi inwestycjami. James zdrapuje pozłotko, obnaża ubóstwo zdeklasowanych przedstawicieli klasy wyższej.

Teksty pomieszczone w zbiorze nie są równe pod względem artystycznym, co jest prawdziwie dla mnie pocieszające i ściąga nieco autora z pomnika, który mu wystawiłam. wprawdzie według autora wstępu, pisarz nie cenił „Placu Waszyngtona” zbyt wysoko, jednak ta niewielkich rozmiarów powieść z tak wyraziście zarysowanymi postaciami jest arcydzielna, co trudno przyznać na przykład „Impresjom kuzynki” czy „Rundzie wizyt”. Po lekturze zapamiętuję „Historię pewnego arcydzieła” jako klasyczną historię pogmatwanych uczuć, zazdrości o kobietę, pieniądze, chęci posiadania jednego i drugiego, ale także „Stałość Crawforda” – niezwykle gorzką historię ulokowania uczuć w niewłaściwych kobietach. Trzeba bowiem nadmienić, że bohaterowie opowiadań Jamesa mają niezwykłego pecha do kobiet, w których się zakochują, w czym odzywają się mizoginiczne ciągoty pisarza. W jednym z opowiadań schemat wykorzystującej i ofiary został zamieniony. Właśnie w „Impresjach kuzynki” pojawia się zdradliwy plenipotent, rozkochujący w sobie bogatą dziedziczkę – pan Caliph. Jest Żydem, co ubarwia galerię postaci i przynosi ciekawe świadectwo niezręcznie maskowanego przez narratorkę – ubogą, krewną Eunice –antysemityzmu („…czy kto kiedyś widział naiwnego Żyda? […] To, że ja zorientowałam się niemal natychmiast, dowodzi jedynie, że mam zwyczaj studiować ludzki profil”). Tekst „Niezły narożnik” zdał mi się dziwaczny, dopiero ponowna lektura wstępu, naprowadzająca na trop interpretacyjny – motyw sobowtóra, sprawiła, że przeczytałam opowiadanie ponownie.

Mimo różnych możliwości interpretacji ten zbiór powstał przede wszystkim, jak sugeruje tytuł, jako wybór opowiadań o mieście, także o tym, kiedy nie było jeszcze Tym Miastem – tyglem kulturowym, prekursorem mody, centrum biznesowym, tylko plątaniną ulic, które z miejskich przechodziły w drogi podmiejskie, a tamte w takie o zdecydowanie wiejskim charakterze. Z kart wyziera czasem chłopiec lub młodzieniec nie pogodzony z koniecznością opuszczenia Miasta, krytyczny wobec innych ludzkich zbiorowisk, które w tak intymnej prozie powinny raczej zyskiwać miano zbiegowisk.
Henry James: "Opowiadania nowojorskie". Przeł. Barbara Kopeć-Umiastowska. Wydawnictwo W.A.B. Warszawa 2012 [seria: nowy kanon].