Wydanie bieżące

15 stycznia 2 (218) / 2013

Kinga Kasperek,

POLITYKA I JEDZENIE

A A A
Ponoć ostatnimi laty nasila się trend polegający na celebrowaniu jedzenia. Ruch spod sztandaru slow food, liczne publikacje kulinarne i programy w mediach to nie wszystko. Wydawnictwo Czarne wypuściło serię książek „Dolce vita”, które łączy właśnie pochwała dobrego jedzenia i spokojnego trybu życia. Najnowszą częścią jest „Brudna robota” Kristin Kimball – gdyby ktoś się zastanawiał, jaką przyszłość miałaby przed sobą Carrie Bradshaw z serialu „Seks w wielkim mieście” i Super Tramp z „Into the wild”, to książkę można potraktować jako odpowiedź na to pytanie.

Bohaterka-narratorka jest ucieleśnieniem wszystkiego, co kojarzy się z Nowym Jorkiem, a w zasadzie z Manhattanem. Tak jak Carrie, jest singlem po trzydziestce, wierzącym bardziej w przyjaźń niż miłość. Oczywiście, jest również pisarką, copywriterką i akademickim nauczycielem, równocześnie uwielbia markowe ubrania, modne knajpki i imprezy do rana. Jednak zamiast Mr Biga spotyka trochę doroślejszą wersję Super Trampa – idealistę i farmera. Bohaterka postanawia rzucić swoje dotychczasowe życie, wyjść za mąż za Marka i wspólnie od podstaw stworzyć farmę.

Interesująca jest droga, którą przechodzi ta dwójka intelektualistów. Żadne z nich nie ma rolniczych korzeni, ani doświadczeń wyniesionych z dzieciństwa, związanych z uprawą ziemi. Ziemia i własna ekologiczna żywność staje się dla nich odpowiedzią na miejski nihilizm, hedonizm i wewnętrzną pustkę. Bohaterka, opowiadając historię swojej przemiany z miejskiej wojowniczki w farmerkę, utrzymaną trochę w konwencji popularnych powieści dla kobiet, trochę zaś małego mitu (zdaje się niemalże przechodzić drogę herosa z „Bohatera o tysiącu twarzy” J. Campbella – odkrywając w sobie moc/zdolność do uprawy roli, spotykając magicznych pomocników i przechodząc różnorakie próby), szczegółowo kataloguje pierwszy rok spędzony na farmie oraz budowę nowego systemu wartości. Miasto przeciwstawiane wsi wypada tutaj o wiele gorzej, zaś binarna opozycja pomiędzy miejską sterylnością a wiejskim brudem również zostaje zachwiana. Kontrast pomiędzy miastem i wsią, jak zwykle w takich sytuacjach, wypada dość interesująco, samo porównanie może zaś poważnie zachwiać światopoglądem niejednego mieszczucha. Miasto wypada nudno i nieciekawie – dodatkowo na zasadzie rozbudowanej metonimii utożsamia kapitalizm, a w zasadzie wszystkie jego wady. Mieszkańcy trwonią czas na zarabianiu na niepotrzebne im przedmioty i nieproduktywne siedzenie w knajpach. Praca twórcza bohaterki również wypada gorzej w zestawieniu z ciężką pracą fizyczną, która wraz z brudem, chaosem jest pozytywnie wartościowana i stanowią trzon nowej wiary i nowego systemu wartości, uzupełniającego farmerski tryb życia.

Odrzucono wszystko, co chwilowe i niepraktyczne – całkowity utylitaryzm jest podstawą wszelkich działań, zaś farma nie jest wcale sielankowo-bukoliczną przestrzenią. Przenika ją mrok i chaos, trudny do ogarnięcia bez ciężkiej, fizycznej pracy. Praca zaś jest wybawieniem od egzystencjalnych rozterek – „dopiero wtedy farma odwdzięcza ci się obfitością i wypełnia po brzegi nie tylko piwnicę na warzywa, ale także to wyschnięte, zachwaszczone poletko, które nazywamy duszą” (s. 11). Ta myśl jest jednym z bardziej interesujących przesłań w powieści, którą trudno przyporządkować do konkretnego światopoglądu lub polityki. Bo farma, choć lepsza alternatywa od miejskiego znudzenia, niesie w sobie niebezpieczeństwo. Pozwala poznać siebie, ale nie mam tu na myśli oświecenia, oferowanego przez płatnych guru lub poradniki. Ułatwia powrót do korzeni, jednak książka nie ma nic w sobie z prawicowego i patriarchalnego myślenia o ziemi i „panowaniu nad zwierzętami”. To jakby trzecia droga, która może wytrącić z równowagi zarówno lewicowca i prawicowca.

Książka ma jednak potencjał polityczny. Zgrabnie ukryte pomiędzy szerokimi i smakowitymi partiami przepisów kulinarnych i scenami zarzynania krów, niemalże pozostającymi z w dialogu z „Chłopami” W. Reymonta, tło polityczne dodaje smaczku całości. I bynajmniej nie ma tu mowy o wielkiej polityce i rewolucji, ale o małych działaniach, oddolnych inicjatywach widocznych na Zachodzie już od jakiegoś czasu, a nieśmiało kiełkujących również w Polsce. Przede wszystkim: lokalność i ekologiczność. Powrót do prostych rozwiązań. Traktory, dojarki, pestycydy, nawiązujące do kultury industrialnej i kapitalizmu, idą w kąt. Ważniejsze są lokalne więzi, sąsiedzka pomoc i praca z pomocą zwierząt. Po drugie: antyantropomorfizm. Gdy bohaterka po raz pierwszy obserwuje ubój świni i rozbiór tuszy, kończy z wegetarianizmem. Później proces postępuje – sama stwierdza, że przypisywanie zwierzętom ludzkich cech umniejsza samo bycie zwierzęciem. Zwierzęta mają być użyteczne, a gdy nie są, zawsze znajdzie się inny sposób na ich zutylizowanie. Nie jest jednak to filozofia pozbawiona współczucia. Przypomina raczej świadomość cyklu życia. Szacunek do mięsa jest tym wyższy, im więcej pracy zostanie włożone w wyhodowanie zwierzęcia. Sceny przedstawiające polowania, ubój, bądź inne cierpienie zwierząt mogą szokować. Szczególnie mieszczuchów. Jednak pomimo naturalistycznej dosłowności opisów, która może odstręczać, stosunek do zwierząt przedstawia nowy punkt widzenia. Przyznam, że ze scenami uboju miałam ogromny problem – z jednej strony były drastyczne, z drugiej – przepełniał je szacunek dla zwierząt. Zdaje się, że to dość niezwykła odpowiedź na spór z wegetarianizmem – zwierzęta przeznaczone na ubój nie muszą być traktowane przedmiotowo (każde z nich ma imię), zaś ubój nie równa się rzezi. I właśnie takie podejście zaskakuje i zmusza do przemyślenia kwestii chowu zwierząt i jedzenia mięsa.

Kolejną tendencją, zadziwiającą i promowaną w książce, jest pewien zwrot w przestrzeni intelektualnej. Praca naukowa i pisarska, zgodnie z wspomnianą zasadą odwrócenia wartości, traci na znaczeniu. Bohaterowie, pomimo tego, że są wykształceni (narratorka-bohaterka ukończyła jeden z uniwersytetów z Ivy Legue), wolą skupić się na pracy fizycznej. Czytanie książek ma sens, jeśli są użyteczne – dotyczą roli bądź gotowania. W znaczącej, ostatniej scenie, farmerka po roku pracy na roli decyduje się wyjechać na Maui, aby napisać serię reportaży na zlecenie. Sama komentuje te wydarzenie: „Przez jakiś czas czułam się ogłuszona, niemalże sparaliżowana, ale gdy nieco ochłonęłam, odkryłam, że najbardziej brakuje mi nie Marka, nie zwierząt, ale brudu i pracy” (s. 250-251).

Mrugnięciem do czytelnika może być scena, w której farmerzy zarzynają krowę. Okazuje się, że mleczna krowa nie może być cielna, jest więc bezużyteczna. „Była bardzo charakterystyczna: ciemnobrązowa, z pięknym białym pasmem w białej grzywie. Przypominała mi Susan Sontag” (s. 195). Porównanie można zinterpretować jako pewien odwrót intelektualny – tezy Susan Sontag są na farmie tak samo bezużyteczne, jak bezpłodna krowa. Czeka je wyłącznie gest odrzucenia. Z drugiej strony, jest to pewien hołd – zwierzęta są niezwykle cenne, dają życie. Porównanie krowy do Susan Sontag dokumentuje przeszłość bohaterki (swobodne skojarzenia tekstów kultury z zastaną rzeczywistością oraz kultura pozwalająca oswoić naturę, poprzez wykorzystywanie znajomych wzorców w procesie nazywania), udowadnia nowe wykorzystanie starych kategorii, przy wyższości natury w opozycji kultura-natura. Pewnym punktem odniesienia może być figura mlecznej krowy jako pisarki.

Odwrót występuje również w relacji pomiędzy Markiem a bohaterką. Jest on najprawdziwszym z prawdziwych mężczyzn, który ustanawia trójkąt (dosłownie, przestawiając meble w mieszkaniu bohaterki), po którym będzie się ona poruszać. Kuchnia-łóżko-stół sprowadza jej życie do zaspokajania podstawowych potrzeb, rezygnuje całkowicie ze swojego dotychczasowego życia. Jednak nie ma mowy o żadnej represji – role płciowe zostają całkowicie zrównane na rzecz pracy na farmie.

O samej miłości napisano bardzo mało, zaś o seksie nie ma mowy. Interesujące, gdy zważy się, iż książka dotyczy pierwszych wspólnych lat zakochanej pary. Bohaterowie zamiast seksu jedzą. Jedzenie pojawia się zawsze, gdy mowa o bliskości i intymności, stanowi sublimację samego stosunku. I tak jak w początkowych fazach miłości bohaterowie wyłącznie jedzą, to później przesuwają swoje uczucia na uprawianą ziemię. Miłość do ziemi, bardzo biologiczna i sensualna, jest istotniejsza od tej pomiędzy bohaterami.

Uwagę od wątków miejskich, sensualnych opisów jedzenia i gotowania, skutecznie odwracają partie dłużyzny. Książka podzielona jest na cztery części, zależnie od pór roku. Dynamiczny początek i koniec kontrastują z nudnawymi opisami schematycznej pracy na farmie. To, co na początku przykuwa uwagę – czyli opis prac, nieznanych zapewne większości mieszczuchów, z czasem nudzi. A gdy coraz mniej jedzenia, akcji i dialogów, to tym trudniej przebrnąć całość. Jednak zakończenie rekompensuje mniej wciągające strony.

Wypadałoby napisać, że warto sięgnąć po książkę z powodu możliwości oderwania się od miasta, zapoznania z powolnym, rolniczym trybem życia i zwierzętami, które niepostrzeżenie zmieniają się w kotlet na talerzu. O doskonałych przepisach, które wywołują apetyt. Wypadałoby również wspomnieć o przerażającym trudzie pracy na roli, który jednak wyzwala i ułatwia konfrontacje z ponowoczesnymi lękami. Jednak sądzę, że „Brudna robota” jest interesującą pozycją z całkiem innych powodów – jest nieoczywista. Nieoczywisty jest aspekt polityczny, ideologiczna walka zakochanych intelektualistów i ich gest odrzucenia prostych rozwiązań. Zarówno traktorów i GMO, ale i lewicy oraz prawicy. Podejmowania niewygodnych działań. Szokowaniu niewygodnymi poglądami i zmuszaniu do myślenia o prostych rzeczach jak zawartość naszego talerza. Brutalnymi scenami zarzynania zwierząt i czułą opowieścią o lisie-szkodniku, który nie został zastrzelony z powodu pięknej rudości swojego ogona. Generalnie – refleksji nad utartym stereotypem farmera i sielankowej farmy oraz polityki. A tego raczej można się nie spodziewać po lekturze z „zapiskami o życiu na wsi, jedzeniu i miłości” w tytule.
Kristin Kimball: „Brudna robota. Zapiski o życiu na wsi, jedzeniu i miłości”. Wydawnictwo Czarne, Wołowiec 2012 [seria: Dolce vita].