ISSN 2658-1086
Wydanie bieżące

1 lutego 3 (219) / 2013

Piotr Bieroń,

MAFIA CZASÓW KRYZYSU

A A A
Jeśli ktoś zamierza się wybrać do kina na „Zabić, jak to łatwo powiedzieć”, licząc na odpowiedź na pytanie, w jakim kontekście tłumacz umieścił w tytule nawiązanie do piosenki Piotra Szczepanika, to z miejsca informuję: można sobie ten seans „odpuścić”. „Killing Them Softly” jest kolejną ofiarą tytularnej grafomanii, która ostatnimi czasy w polskiej dystrybucji filmowej przybrała gargantuiczne rozmiary. Weźmy choćby jako przykład mający niedawno polską premierę „Gambit, czyli jak ograć króla” – idiotyczny tytuł, którego wybór podyktowany był chyba tylko i wyłącznie udziałem w filmie Colina Firtha, czy też „Savages: Ponad bezprawiem”. O ile się nie mylę, ponad bezprawiem jest tylko prawo, film zaś miał opowiadać o gangsterach… W przypadku „Zabić…” sytuacja jest o tyle lepsza, że tłumacz próbował przynajmniej zachować obecne w oryginale nawiązanie do popularnej piosenki, ale efekt jest co najmniej groteskowy, sugerujący raczej czarną komedię niż dramat gangsterski z ambicjami, a tym właśnie jest (a przynajmniej stara się być) film Andrew Dominika.

Australijski reżyser, znany głównie jako twórca „Zabójstwa Jesse’ego Jamesa przez tchórzliwego Roberta Forda”, prezentuje specyficzne podejście do kina gatunków. Bierze na warsztat najbardziej zmitologizowane amerykańskie konwencje („Zabójstwo…” jest westernem, „Zabić…” filmem gangsterskim) i dekonstruuje je. W „Killing Them Softly” reżyser nagromadził jak największą liczbę motywów wiążących się z mitem filmowego gangstera. Mamy tu więc stylowe samochody i ubrania, bohaterowie działają i zabijają w rytm starych szlagierów, sama intryga zaś jest klasyczną historią o mafijnych porachunkach. Dominik próbuje jednak zestawić ten klasyczny gangsterski sztafaż z komentarzem społecznym, przez co mityczna otoczka zaczyna nabierać ironicznego charakteru.

Kłopot w tym, że nie do końca wiadomo, w kogo lub w co ta ironia jest wymierzona. Oto Frankie i Russell (Scoot McNairy i Ben Mendelsohn) – dwóch nieudaczników, bez stałej pracy i bez perspektyw, którzy jeśli już coś zarobią, to prędko zamieniają pieniądze na działkę narkotyków i szybko wracają do punktu wyjścia. Za namową niejakiego Johnny’ego Amato (Vincent Curatola), bohaterowie zgadzają się obrabować organizowaną pod patronatem mafii nielegalną grę hazardową, której gospodarzem jest Markie Trattman (Ray Liotta). Wic polega na tym, że Markie kilka miesięcy wcześniej obrobił swoją własną grę, co jednak zostało mu wybaczone. Złodzieje są przekonani, że wina za ich skok po raz kolejny spadnie na Markiego, przystępują więc do akcji. Napad kończy się sukcesem, a sprawcy uciekają nierozpoznani. Ale mafia to nie instytucja charytatywna i swoje finanse podlicza skrupulatniej niż ZUS składki. Do wyjaśnienia całej sprawy zostaje wynajęty płatny zabójca, Jackie Cogan (Brad Pitt). Jego zadanie jest proste – określić, kto stoi za kradzieżą, znaleźć sprawców i, no cóż, zabić ich. Na amen.

Ironia zasadza się na tym, że poszczególne sceny tej typowej, wręcz schematycznej kryminalnej opowieści poprzetykane są telewizyjnymi bądź radiowymi informacjami na temat pogłębiającego się kryzysu i coraz gorszej finansowej sytuacji kraju. Oprócz radiowych newsów, często przywoływane są również wypowiedzi polityków – pełne wielkich słów, odwołujące się do wzniosłych idei, nie dających wszakże odpowiedzi na jedno zasadnicze pytanie: jak wyjść z tego okropnego kryzysu? W jednej ze scen tajemniczy Kierowca (Richard Jenkins), najprawdopodobniej przedstawiciel mafijnej księgowości, targując się z Coganem, mówi mu, że jego szefowie nie mogą zapłacić zabójcy tyle, ile ten żąda, bo jest kryzys – mafia nie ma pieniędzy. Chwilę wcześniej w samochodowym radiu mogliśmy usłyszeć komentarz ekspertów na temat kryzysu finansowego właśnie.

Nie do końca rozumiem, w co właściwie te zabiegi są wymierzone. Czy Dominik przyrównuje rząd lub państwo do mafii? Jeśli tak, to jest to porównanie nietrafione – społeczny komentarz ogranicza się tutaj właściwie tylko do radiowych czy telewizyjnych komentarzy i cytatów, jest więc zbyt lichy, by takie porównanie miało rację bytu. Trudno też stwierdzić, na czym to podobieństwo miałoby polegać. Na tym, że państwo okrada obywateli jak mafia? Że politycy kłamią niczym gangsterzy na przesłuchaniach? Same banały, nic mądrego z tego nie wynika. Inna sprawa, że gangsterzy w „Zabić…” wydają się, na swój okrutny sposób, bardziej prawdomówni i uczciwi niż politycy. Jeśli Barack Obama mówi w telewizji, że sytuacja jest pod kontrolą, a społeczeństwo stanie zjednoczone „w tej trudnej chwili” i z podniesionym czołem zadziała na przekór kryzysowi, nie ufaj mu; może brzmi to uspokajająco, ale ma tyle wspólnego z prawdą, co pepesza z wiatrówką. Jeśli natomiast Jackie Cogan mówi ci, że cię zabije – usiądź, weź głęboki oddech i zmów paciorek. On na pewno cię nie okłamuje. Takie postawienie sprawy jest oczywiście niesłychanie cyniczne, ale i reżyser w swym społecznym komentarzu w cynizm popada. „Ameryka to nie kraj. Ameryka to biznes. A teraz mi, kurwa, zapłać” – mówi Cogan do Kierowcy. Monolog poprzedzający te słowa uderza w większość narodowych wartości Amerykanów, akcentując równocześnie żądzę pieniądza i panujący w kraju permanentny wyścig szczurów. Wnioski to, jak widać, niezbyt odkrywcze, za to tendencyjne i banalne, trudno je bowiem – w stosunku do społeczeństwa tak wielokulturowego i zróżnicowanego jak amerykańskie – brać za poważny komentarz.

Nie można jednak odmówić twórcom umiejętności rekonstrukcji atmosfery Ameryki czasów kryzysu. Motyw ten widoczny jest już w grafice obecnej na jednym z oryginalnych plakatów promujących film. Przedstawia ona wycelowany w widza rewolwer, nad którym widoczne są, na czarnym tle, ciemne okulary Cogana, w których odbija się flaga Stanów Zjednoczonych. Wydaje się, że dla Andrew Dominika mafia jest właśnie takim zwierciadłem podsuniętym współczesnej Ameryce. Lustrem odbijającym mroczną stronę amerykańskiego snu, gorzką prawdę o tym, ile warte są wszystkie wzniosłe słowa i uspokajające zapewnienia polityków. Nieprzypadkowo akcja filmu toczy się w Nowym Orleanie, tuż po przejściu huraganu Katrina. Miasto jest w rozsypce, powoli podnosi się z gruzów. Szczególne lokacje filmu wydają się dla reżysera metaforą stanu współczesnej Ameryki, pozostającej w kompletnym rozkładzie, tak ekonomicznym, jak i społecznym. Wszyscy chcą z kryzysu wybrnąć, wyjść na powierzchnię, trudno jednak ujrzeć na ulicach miast choćby nikły blask światełka w tunelu, o którym mówią politycy.

Być może wbrew intencji samego rozmiłowanego w demitologizacji reżysera, to właśnie gangsterski mit jest tym, co daje podczas oglądania filmu największą satysfakcję. „Zabić…” podobało mi się właśnie jako przykład kina gatunków, klasyczna historia ubrana w atrakcyjne wizualne szaty. Nie jest to z pewnością film gangsterski w stanie czystym, dzieje się w nim bowiem w zasadzie niewiele, a akcja opiera się głównie na dialogach. Są one jednak napisane z polotem, zaś strona audiowizualna jest stylowa – obcowanie z nią sprawia niemałą satysfakcję estetyczną. W szczególności zapadają w pamięć sceny zabójstw, w których elegancja i wizualne wysmakowanie stanowią intrygujący kontrast z brutalnością działań głównego bohatera. Na polskich plakatach można znaleźć zwrot porównujący „Zabić…” do filmu „Drive”. Nie jest on do końca bezpodstawny, choć dzieło Australijczyka nie wydaje się aż tak wysmakowane, jak film Nicolasa Windinga Refna.

Nie można też zbyt wiele zarzucić grającym w filmie aktorom. Pitt świetnie się sprawdza w roli zimnego, bezwzględnego, a jednocześnie inteligentnego i wyszczekanego zabójcy. Podobnie Richard Jenkins w roli Kierowcy. Dyskusje i przekomarzania tych dwóch, zaprawione humorystyczną nutą, to jedne z najlepszych scen filmu. Miło było również zobaczyć na ekranie Vincenta Curatolę, który szerokiej publiczności jest znany głównie jako Johnny Sacramoni z „Rodziny Soprano”. Zmarnowaną szansą jest natomiast kreacja Jamesa Gandolfiniego, grającego tutaj płatnego mordercę, niegdyś mistrza w swoim fachu, obecnie otyłego alkoholika z kryzysem wieku średniego. Obsadzenie w takiej roli aktora, który niegdyś grał szefa mafii we wspomnianej „Rodzinie Soprano”, mogło być ciekawym pomysłem. Niestety postać ta wydaje się doszyta do scenariusza na siłę, jak gdyby istniała tylko po to, by reżyser mógł jeszcze bardziej podkreślić demitologizacyjny wymiar swojego filmu.

Jakie więc jest „Zabić, jak to łatwo powiedzieć”? To w zasadzie taki „dobry, lecz nieudany” film. Dobry, bo intryguje atmosferą rodem z czarnego kryminału, wciąga specyficznie skonstruowaną opowieścią i dialogiem, żonglując jednocześnie motywami z klasycznych filmów gangsterskich. Sprawia też dużą satysfakcję estetyczną. Nieudany natomiast dlatego, że siląc się na nie wiadomo jak ważki i aktualny społeczny komentarz, okazuje się kompletnie płaski i banalny. Jako filmowiec-rzemieślnik Andrew Dominik wychodzi na profesjonalistę. Jako społeczny obserwator – kompletnie zawodzi.
„Zabić, jak to łatwo powiedzieć” („Killing Them Softly”). Scenariusz i reżyseria: Andrew Dominik. Obsada: Scoot McNairy, Ben Mendelsohn, Brad Pitt, James Gandolfini, Richard Jenkins i in. Gatunek: film gangsterski / kryminał. Produkcja: USA 2012, 97 min.