Wydanie bieżące

1 lutego 3 (219) / 2013

Kamila Czaja,

PÓŹNY NIE ZNACZY DOJRZAŁY

A A A
Wszechstronności nie można poecie odmówić. Z biogramu zamieszczonego na początku tomu wynika, że urodzony w 1971 roku Mrugowski to plastyk (grafika na okładce jest jego autorstwa), prozaik specjalizujący się w fantastyce, entuzjasta ruchu rycerskiego, tancerz. Czytelnik dowiaduje się także, że poeta studiował budownictwo, organizował targi „Therm” oraz publikował w czasopismach branżowych „Ciepło” i „Zaopatrzeniowiec”. Zaskoczony tymi rewelacjami, odbiorca niekoniecznie skupi się na tych fragmentach biografii, które wiążą się z twórczością poetycką, a więc na dacie i miejscu debiutu („Akant” 12/1998) oraz na kolejnych publikacjach (w miesięczniku „Więź” i w almanachach „Generacja”, „Spojrzenia”). Oczywiście, nie ma nic złego w tym, że specjalista od budownictwa i wyposażania wnętrz pisze wiersze. A jednak, tak jak dopasowuje się CV do stanowiska, na które się aplikuje, można by, wydając tomik poezji, wybrać z życiorysu fakty adekwatne do sytuacji. Jeśli chodziło o sprawienie wrażenia, że Mrugowski jest człowiekiem renesansu, to efekt starań pozostawia wiele do życzenia.

Już biogram sugeruje, że czegoś pojawia się za dużo (informacji z życia, głównych i pobocznych zajęć, szczegółów) i czegoś za mało (niedopowiedzenia, tajemnicy, umiaru). Takie wrażenie towarzyszy właściwie całej lekturze tomiku „Otóż”. Jakie nadmiary i niedobory cechują debiut Mrugowskiego?

Za dużo

Problemem nie jest szeroki wachlarz tematów, po które sięga autor. Przeciwnie, swobodne poruszanie się po różnych rejonach wyobraźni poetyckiej mogłoby stanowić zaletę. Podzielony na cztery części („Inspiracje”, „Historie Miłosne” „Czas Dojrzewania” i „Aberracje”) tomik zawiera między innymi utwory o związkach damsko-męskich („Młodzi i wolni”), opisy przestrzeni („Poranek na Gdańskiej”), wyznania poświęcone wchodzeniu w dojrzałość („Ogłoszenie”), teksty metapoetyckie („Krnąbrny Anioł”), rozważania metafizyczne („Jestem Człowiekiem”) i liryczne przedstawienia tańca („Dyskoteka”). Niestety, niezależnie od tematyki Mrugowski operuje podobną poetyką, której główne usterki łatwo wskazać.

Wielkie Słowa (i Litery!). Skłonność Mrugowskiego do wielkich liter nie razi aż tak w pierwszym wierszu („Matce”). W końcu frazy: „szum skrzydeł ptaka / którego imię Przemijanie” czy: „.zwyciężając Niebyt, dokonałaś cudu”, jakkolwiek wysokie, jeszcze można na siłę obronić. „Niebyt” i „Przemijanie”, jako wyrazy silnie nacechowane patosem, można (chociaż pewnie lepiej byłoby tego nie robić) od czasu do czasu „upatetycznić” dodatkowo. Jednak kolejne strony tomu ujawniają czytelnikowi, że wielkich liter pojawia się u Mrugowskiego zdecydowanie za wiele – i nieważne, jaka część mowy ulega uwzniośleniu. Sformułowania typu: „Racjonalizm Całego Świata”, „by Widzieć!”, „Miłość jest Pierwszym z zaklęć!”, „nazywamy Naszą” czy wręcz „Odkrywam siebie / Fizycznie / Metafizycznie / Filozoficznie / i czekam na Objawienie” gęsto zaścielają strony „Otóż”, uderzając biednego czytelnika patetycznym stylem i nadużywaniem jego formalnych wyznaczników – wielkich liter oraz, co widać w niektórych z powyższych przykładów, wykrzykników.

Mrugowski najwyraźniej ma też ulubione słowa z wysokiego rejestru. Na przykład „Anioł” – z reguły pisany, rzecz jasna, wielką literą – pojawia się w wariacjach na różne tematy: „w upojeniu / słuchamy śpiewu Aniołów”, „od blasku skrzydeł / Aniołów Błękitnych”, „Jestem mężczyzną / kalekim, niemym Aniołem...”, „Krnąbrny Anioł”, „Taniec to język / Jakiego nauczyły nas Anioły!”. Anioły pełnią tu wręcz rolę przypisywaną zazwyczaj muzom: „On układa wiersze; / Notuję”. Poeta chętnie sięga też po klasyczne symbole, których nagromadzenie może powalić mniej odpornych: „kiedy nie targa już przestrzeni / śnieżnoskrzydły Łabędź / i umilkła Lutnia wypuszczona z rąk, / a Pegaz skacze ponad horyzontem”. Ledwo czytelnik zdąży odeprzeć myśl, że coś podobnego widział ostatnio chyba u Kochanowskiego („O białoskrzydła, morska pławaczko”), a już w tym samym wierszu musi odeprzeć atak „Smoka”, „Perseusza” i „Andromedy”. W obliczu takich klasycznych ujęć prawie już nie zrobi wrażenia to, że w tekstach Mrugowskiego świeci nie „księżyc” (ani nawet „Księżyc”), lecz „Luna”, a obiekt westchnień ma „ramiona jak z dłuta Lizypa”. Trudno jednak nie zwrócić uwagi na częste wtręty łacińskie (na przykład „mirabile dictum milczenia”), bez których obraz wszechogarniającego Wysokiego Tonu byłby niepełny. I kiedy Mrugowski w wierszu „W dojrzałość” pisze: „Będę kochał i cierpiał. / Może pójdę ścieżką z kamiennego bruku / Na przekór wytartym ideom / mierząc się z bólem istnienia / i będzie tak... Wzniośle! / Aż zabolą odciski //... lub zwątpię...”, to czytelnik, owszem, wątpi. I zdecydowanie coś go przy lekturze boli – jeśli nie odciski, to na pewno zęby od ciągłego zgrzytania.

Wielokropki. Te wszystkie Wielkie Słowa pisane Wielkimi Literami trzeba jeszcze jakoś ze sobą połączyć i ułożyć na stronie. Mrugowskiemu nie wystarczają liczne przerzutnie czy wcięcia tekstu – poeta chętnie sięga jeszcze po wielokropki (najlepiej i po wersie, i na początku kolejnego). Pojawiają się więc fragmenty: „Bez niej / mogę stać się / co najwyżej... / Silny”, „i walczyć już tylko... / ...z własną ślepotą”, „i jak zwykle nagrodzi ją... / ...salwą śmiechu”, „A on... / ...że nie będzie fruwał”. Prawdopodobnie miały one wzmagać efekt zaskoczenia, ale raczej go niwelują, irytując czytelnika sugestiami, że jest bardzo niedomyślny, więc potencjalne momenty „olśnienia” należy mu podkreślić, niczym fluorescencyjnym flamastrem. Zresztą oryginalna interpunkcja w „Otóż” ma też inne fascynujące aspekty, a kiedy w utworze „Samoubezwłasnowolnienie” następuje fragment: „stopi się na styku z rzeczywistością (?!)”, czytelnik prawdopodobnie będzie miał ochotę zareagować w tym – i pewnie nie tylko w tym – momencie lektury właśnie tak: ?!

Wielkie nazwiska. Mrugowski nie ma oporów przed wymienianiem w swoich tekstach wielkich poprzedników. Remarque, Norwid, Poe, Lem czy Proust przywołani zostają już w tytułach i podtytułach utworów, a nieco subtelniej objawiają się Mickiewicz (jeden z wierszy nosi tytuł „Wiek męski, wiek klęski”, w innym pojawiają się „Szkiełko i Oko”) i Herbert („gdzie nie ma miejsca na / «tak, tak, nie, nie»). Autor debiutanckiego tomu sam sobie szkodzi sugerowaniem takiego kontekstu, wiersze z „Otóż” nie są bowiem w stanie udźwignąć nasuwanych w ten sposób porównań i niedostatki tomiku na tak szacownym tle rażą jeszcze bardziej. Dodanie do dwóch utworów podtytułu: „W stronę Norwida” jeszcze mocniej uświadamia, że – jeśli nawet wiersze faktycznie zwrócone są w tamtą stronę – Mrugowskiego od Norwida dzielą lata świetlne.

Te wszystkie nagromadzenia, które wzmagają „Wzniosłość”, aż proszą się o podsumowanie, że Wielkie Słowa, Litery i Nazwiska nie czynią jeszcze Wielkiej Poezji. Zalecając umiar w pewnych kwestiach, trzeba równocześnie zauważyć, że w wierszach Mrugowskiego niektórych właściwości brakuje.

Za mało

Część tego rodzaju zarzutów można wysunąć już na podstawie poprzednich. Potrzeba więc umiaru w stosowaniu pewnych chwytów, a przy okazji przydałaby się samodzielność niewymagająca (samobójczego) przywoływania wieszczów, klasyków epiki oraz antycznych rekwizytów. Przynajmniej o dwóch niedoborach trzeba jednak wspomnieć osobno, tak znacznie bowiem utrudniają lekturę „Otóż”.

Dystans. Mrugowski pisze: „zyskałem dystans do myśli człowieka, jakim byłem dziewięć, dziesięć, piętnaście, a nawet dwadzieścia lat temu”. Pomijając nasuwające się spostrzeżenie, że może nie ma sensu wyliczać tak dokładnie (w sumie czemu nie od razu: „dziewięć, dziesięć, jedenaście, dwanaście....”?), to akurat dystans (jako część pisarskiej postawy) jest elementem nieznanym autorowi tomu. Dystans czasowy jest, ale dystans w rozumieniu rezygnacji z ciągłego namaszczenia i podjęcie próby spojrzenia na świat z ironią lub choćby niepowagą wydaje się Mrugowskiemu zupełnie obcy. Przez to brakuje kontrapunktu dla patosu. Ale pilny odbiorca, spragniony odejścia od wysokiego tonu, sam doszuka się powodów do rozbawienia.

Nobliwa powaga ogarniająca teksty Mrugowskiego sprawia bowiem, że już sama w sobie bawi. I kiedy odbiorcy proponuje się bez cienia ironii hybrydy w rodzaju: „Jestem Człowiekiem / [...] przewodnikiem impulsów / od nóg wsadzonych w gniazdko gleby / po głowę w chmurach. / Ja; skrzyżowanie świątyni antycznej / i światłowodu”, trudno potraktować tę poezję poważnie. Zwłaszcza, że cytowany utwór „Jestem Człowiekiem” kończy się jeszcze mocniejszym akcentem: „...choć raz po raz fragment szyfru / ułoży się w nieudolną formę literacką / odkrywa się cząstka korespondencji / między Wielką Matką a Ojcem Kosmosem”. Trudno, nawet przy maksimum dobrej woli, doszukiwać się dystansu w specyficznych synestezjach: „wrzący zapach Kobiety” czy: „nabiorę w dłonie światła / i wyleję sobie na głowę” oraz w „odkrywczych” stwierdzeniach: „o Poezjo [...] zaprawdę... / ...zaprawdę jesteś Kobietą!” albo: „i idzie w korowodzie / który z reguły / nazywany jest Życiem”. A w niezamierzony sposób rozbawić mogą także sformułowania typu: „list / napisany płomieniem pragnień”, „przegryzam / pustkę słów / mojego Pożegnania”, „bogini młodości / z gwiazdami w oczach”, „rozdarte chmury pragnień” czy rymy „nieokreślona / prawie jak wymyślona / bezszelestna / bezcielesna”. Przesadna powaga prowokuje do niepowagi, a kurczowe trzymanie się stylu wysokiego (którego w tym wypadku prawdopodobnie nie obrobiłby nawet sam Adam Zagajewski) aż prosi się o brutalne ściągnięcie na ziemię.

Selekcja. Owszem, trafiają się w tomie „Otóż” całkiem udane utwory lub frazy. Paradoksalnie najlepszy jest chyba wiersz „Poeta i Wiatr”, w którym napuszona fraza poetycka na temat wiatru („Po spacerze w parku / napisał quasi-poeta; / „liryczne andante Wiatru / pośród liści / jak szept”) zostaje ośmieszona stwierdzeniem: „a Old Fashioned Men / szurał zwyczajnie butami / jak co noc, od tysięcy lat”. W kilku tekstach znaleźć można naprawdę udane momenty, na przykład „To taniec / w obłędzie / gdy ciała układają się / w podpis na cyrografie” („Femme Fatale”), „Od początku jesteśmy dziećmi / Pokolenia »Y«” („Genesis”) czy: „być może czekasz / na Armageddon / albo wiesz dobrze / że nie nadejdzie / bo już nikt / w to nie wierzy” („Patrząc na Wenus”). Mniej pretensjonalne od pozostałych utwory, jak „Poeta i Wiatr”, „Wiatr” czy „Słowa”, giną jednak w natłoku wierszy słabych lub, co gorsza, niezamierzenie komicznych.

A wystarczyłaby gruntowna selekcja środków i tekstów, by tom zasłużył na wyższą notę. Zamiast dziewięćdziesięciu stron w większości niedanych wierszy debiut mógłby spokojnie mieć mniejszą objętość, za to składać się z utworów średnich – w porywach do całkiem niezłych. A może po prostu należało jeszcze zaczekać, aż faktycznie uda się z dystansem dokonać pewnych cięć?

Za wcześnie?

Mrugowski zauważa: „«Otóż» to debiut dość późny”. Niestety, późny nie znaczy jeszcze, że dojrzały. I nie zmieni tego zatytułowanie jednej części tomu „Czas Dojrzewania” i zamieszczenie tam tekstu „W dojrzałość”. Wspomniane nadmiary i niedobory sprawiają, że ma się wrażenie obcowania z poezją niedojrzałą, często wtórną lub po prostu przesadzającą w wysokości stylu. W tekście „Czas Dojrzewania” pada zresztą fraza: „Wiem, że mogłem sad zasadzić / Ale jak wtedy spojrzeć na świat / ....z wysoka”. Chciałoby się powiedzieć, że może jednak lepiej byłoby zasadzić sad i zejść niżej.

Przykro jest krytykować autora, który we wstępie rozbrajająco wyznaje: „Poezja wkracza w najbardziej intymną sferę bytu, bo jeśli jest szczera, stanowi dialog autora z jego duszą, dlatego też wydając się na osąd odbiorców, autor ów staje przed nimi niemal nagi!”. A jednak nie da się powstrzymać zarzutu, że bez gruntownych ograniczeń patetycznej formy i bez dodania do tworzenia chociaż cienia przeciwwagi dla powagi, znaczna część dialogu autora z duszą powinna na razie odbywać się bez świadków.
Sławomir Mrugowski: „Otóż”. Warszawska Firma Wydawnicza. Warszawa 2011.