Wydanie bieżące

1 lutego 3 (219) / 2013

Maja Baczyńska, Wojciech Błażejczyk,

STRUKTURA A SIŁA WYRAZU

A A A
Maja Baczyńska: Muzyka, kompozycja, reżyseria dźwięku… Jak to się zaczęło?

Wojciech Błażejczyk: Wszystko zawdzięczam pani od muzyki w przedszkolu - odkryła we mnie zalążek talentu. Potem była podstawowa szkoła muzyczna i pierwsze próby komponowania, potem przerwa, fascynacja gitarą klasyczną i rockiem, a następnie reżyseria dźwięku – zawsze nagrywałem to, co tworzyłem, najczęściej na magnetofony kasetowe, które przy odrobinie fantazji mogły przeistoczyć się w studio nagrań. A ponieważ przez cały ten czas komponowałem, to musiałem w końcu wylądować na studiach kompozytorskich.

M.B.: Czy trudno te dwie dziedziny ze sobą łączyć, czy wręcz przeciwnie: jedna pomaga drugiej? Słuchając Twoich utworów, ma się wrażenie, że Twoje doświadczenie jako reżysera dźwięku ma niezwykły wpływ na kompozytorską technikę – czy rzeczywiście?

W.B.: Moje doświadczenia jako reżysera dźwięku mają duży wpływ na dźwiękowy aspekt moich utworów, zwłaszcza kameralnych. Barwa dźwięku może być istotnym elementem utworu, tylko trzeba o nią zadbać i pozwolić słuchaczowi ją dostrzec.

M.B.: Jakie jeszcze inspiracje możemy odnaleźć w Twojej twórczości?

W.B.: Duży wpływ wywarł na mnie mój profesor Zygmunt Krauze, którego twórczość jest bardzo wyrazista. Z drugiej strony, jako muzyk związany także ze sceną alternatywnego rocka (gram na gitarze w zespole Demer di), korzystam także ze środków wyrazu zarezerwowanych dla tego gatunku. Generalnie staram się - tworząc różne rodzaje muzyki (muzykę współczesną, filmową, rockową) - traktować je wszystkie tak samo i wykorzystywać doświadczenia z jednego gatunku w innym. To jest bardzo ożywcze, np. przełożenie rytmiki i energii obecnej w rocku progresywnym do utworów „poważnych”, albo z drugiej strony – myślenia kompozytorskiego do muzyki rockowej.

M.B.: Nieco kontrowersyjny kompozytor Giacinto Scelsi powiedział: „Kiedy gramy bardzo długo jeden dźwięk, staje się on potężniejszy. Wzbiera do tego stopnia, że zaczynamy słyszeć harmonię, która narasta wewnątrz. Dźwięk nas ogarnia, obejmuje. Zapewniam was, że to coś innego. Wewnątrz dźwięku ukrywa się cały wszechświat, wraz z jego widmami, nigdy dotąd niesłyszanymi. Dźwięk wypełnia przestrzeń, w której się znajdujemy, otacza nas (…)”. Mógłbyś się do tego odnieść – i jako kompozytor, i jako reżyser dźwięku?

W.B.: Nie znałem tej wypowiedzi, a znakomicie oddaje ona istotę rzeczy. W świecie, który wciąż zalewa nas potokiem dźwięków, pojedynczy dźwięk, odseparowany od tego hałasu (również muzycznego), może mieć ogromną siłę oddziaływania. Słuchając jednego dźwięku, mamy możliwość odkrycia jego bogactwa, wsłuchania się w jego widmo, odkrycia jak ożywa ono w otaczającej nas przestrzeni.

M.B.: Co uważasz za swój największy dotychczasowy sukces? Czy jest coś, z czego jesteś szczególnie dumny?

W.B.: Chyba największym moim sukcesem kompozytorskim było wykonanie utworu „MAD - Mutual Assured Destruction” na orkiestrę kameralną na festiwalu New Music Concerts w Glenn Goulds Hall w Toronto w 2010 roku.

M.B.: Czy zdarza Ci się pisać także muzykę tzw. „użytkową”? Jakie zamówienia dostajesz najczęściej?

W.B.: Tak. Piszę regularnie muzykę do teatru (współpracuję z reżyserką Ewą Piotrowską), czasem także do filmów, napisałem też muzykę do gry komputerowej. Są to bardzo ciekawe wyzwania (o ile traktuje się je poważnie, a nie jako chałturę).

M.B.: Z jakimi artystami dotychczas współpracowałeś? Które spotkanie z perspektywy czasu wydaje Ci się być szczególnie ważne?

W.B.: Współpracowałem z wieloma instrumentalistami jako realizator nagrań oraz kompozytor, choć chyba za najcenniejsze uważam jednak granie z innymi muzykami (gram na gitarze elektrycznej muzykę współczesną, improwizowaną i rockową). Gram m.in. w zespole Warsaw Contemporary Ensemble z wybitnymi muzykami młodego pokolenia – Magdą Bojanowicz (vc), Maćkiem Frąckiewiczem (ak) i Oliwierem Andruszczenko (cl). Wykonujemy m.in. mój utwór „Music 4 Four”. Ciekawy był dla mnie kontakt z niemieckim zespołem Elektronisches Gluck (Klaus Schopp – fl i Marc Lingt – elektronika), z którym zagrałem improwizowany koncert w Berlinie na festiwalu Neue Music – to było granie naprawdę free, bez próby, i chyba całkiem udane. Ciekawe jest też granie z muzykami, którzy nie mają wykształcenia muzycznego – ich spojrzenie na muzykę często jest bardzo świeże i przede wszystkim szczere. Bardzo cenne są też dla mnie kontakty z kompozytorami, dyrygentami i wykonawcami na Warszawskiej Jesieni, gdzie pracuję jako reżyser dźwięku – np. tegoroczny koncert European Workshop for Contemporary Music.

M.B.: Niedawno otrzymałeś III nagrodę na I Międzynarodowym Konkursie Kompozytorskim Krzysztofa Pendereckiego „Arboretum” w Radomiu. Parę słów o Twoim utworze i emocjach związanych z tak prestiżowym konkursem.

W.B.: Nie miałem wiele czasu na napisanie utworu „Introjekcja”, który zdobył III nagrodę, dlatego tym bardziej mnie ona ucieszyła. Jest to chyba jeden z moich lepszych utworów, prosty formalnie i fakturalnie, ale posiadający duży ładunek emocjonalny, a to jest dla mnie zawsze najważniejsze.

M.B.: Jakie doświadczenie kompozytorskie (lub w ogóle muzyczne) wpłynęło na Ciebie najbardziej?

W.B.: Trudno powiedzieć. Wciąż pojawiają się nowe inspiracje i fascynacje.

M.B.: W jaki sposób pracujesz nad swoimi utworami?

W.B.: Najpierw jest pomysł, potem dużo o nim myślę, ustalając w głowie przebieg utworu, jego formę i fakturę, a gdy to jest gotowe, siadam do pianina i staram się wypełnić pomysł odpowiednimi nutami, co jest najbardziej pracochłonną częścią.

M.B.: A natchnienie?

W.B.: To coś, co niektórzy przeceniają, inni zaprzeczają jego istnieniu, ale ono rzeczywiście czasem się pojawia – może to po prostu większa jasność umysłu w danym momencie?

M.B.: Jaką muzykę się dziś promuje, a jaką chciałbyś pisać i… jakiej sam słuchasz?

W.B.: Dziś promuje się z jednej strony mnóstwo kiepskiej muzyki rozrywkowej, wśród której można znaleźć także świetne utwory, ale to jest raczej rzadkie, bo muzyka ta ma służyć uciesze uśrednionego odbiorcy, a uśrednianie zwykle równa w dół. Jeśli chodzi o muzykę współczesną, mam wrażenie, że w Polsce promuje się głównie muzykę kontynuującą tradycje awangardy. Ta muzyka jest trudna w odbiorze, co zraża mniej wprawionych słuchaczy, poza tym okres awangardy mamy już chyba za sobą. A jednak gdy spojrzy się na program np. Warszawskiej Jesieni, to głównie taka muzyka jest tam obecna. Stąd środowisko związane z muzyką współczesną jest w Polsce dość hermetyczne, nikt nie chce przychodzić na takie koncerty. A w filharmoniach muzyki współczesnej prawie się nie grywa. Muzyka, którą piszę, jest przede wszystkim ekspresyjna i naładowana emocjami. Środki, których używam, aby ten cel osiągnąć, są sprawą drugorzędną – może to być orkiestra potraktowana w sposób tradycyjny, preparacja fortepianu lub gitary elektrycznej, muzyka elektroniczna, a także zespół rockowy. Nie jestem kompozytorem konceptualnym ani przywiązującym się do struktur czy magii liczb, ważniejsza jest dla mnie forma i siła wyrazu. Jakiej muzyki słucham? W samochodzie mam płyty Andrisena, King Crimson, The Doors, Freda Fritha, Jima Halla, symfonie Szostakowicza, Bjork, Nirvanę...

M.B.: Czy trudno jest się dziś „przebić” młodemu kompozytorowi muzyki współczesnej?

W.B.: Nie jest to łatwe. Trzeba pisać dobre utwory, wygrywać konkursy i spotkać na swojej drodze odpowiednie osoby. Trzeba być też swoim własnym menadżerem, co dla wielu kompozytorów – w tym dla mnie – jest trudne.

M.B.: Jakie masz dalsze plany na przyszłość, nad czym teraz pracujesz …?

W.B.: Planów jest wiele, przymierzam się do napisania multimedialnego utworu z dużym udziałem elektroniki, który będzie podstawą mojej pracy doktorskiej. Piszę także utwór dla duetu fletowego Flute o'clock, w kolejce czeka utwór dla Fluent Ensemble oraz na kontrabas i elektronikę (zamówienie festiwalu Musica Electronica Nova we Wrocławiu).

M.B.: Życie bez muzyki byłoby…

W.B.: Dość nudne, ale pewnie znalazłoby się coś innego.

M.B.: Życie z muzyką jest…

W.B.: Pełne radości, ale też różnego rodzaju stresów…
Fot. Czesława Błażejczyk.