Wydanie bieżące

1 lutego 3 (219) / 2013

Grzegorz Mucha,

DYWERSYJNA GRA

A A A
W niedawno zakończonym roku 2012 w żadnej dziedzinie nie odnotowano końca świata. Nikt nie ogłosił końca rocka, ale w jego wnętrzu doszło do drobnych potyczek. Nie przyczyniają się już do rewolucji na skalę wydarzeń lat minionych, niemniej o niektórych warto pamiętać.

Nowa muzyka tria Muse to propozycja złożona z trzynastu utworów. Prezentują różny poziom i po różne style sięgają. Zespół ma wyraźne oblicze, ale słychać inspiracje z wielu źródeł. Muzycy, którzy wywodzą się gdzieś ze sceny późno-nowofalowej, britpopowej, czy taneczno-elektronicznej, od kilku lat zmierzają w stronę rocka neoprogresywnego. Robią to na swój sprytny sposób. Dzieje się tak za sprawą lidera grupy. Matthew Bellamy, poza umiejętnością pisania chwytliwych i bardzo nośnych utworów, lubi popisać się sprawnością aranżacyjną. Sięga wtedy po małe składy orkiestrowe. Tak było już na poprzednim albumie „Resistance” („United States of EurAsia”, „Exogenesis”). Tak jest i tym razem. Najczęściej idzie to w parze z mocnymi, acz prostymi rytmami. Wśród nowych kompozycji łatwo odnajdziemy „Survival”, gdzie doszło do kuriozalnego wręcz skumulowania powyższych elementów z chóralnymi głosami i niemal wojskowym rytmem. Tym samym „Survival” stał się dla mnie drugim obok „Take a Bow” z albumu „Black Holes and Revelations” utworem nie do zaakceptowania. Nie na taką planetę Muse chcę polecieć. Bo to chyba Mars. Potwierdza to tekst z końcowym „Fight, fight, fight, fight. Win, win, win, win.” Mogę wybaczyć Bellamy’emu słabość do pisania pieśni-hymnów, ale nie do marszo-biegów.

Nie jestem też zwolennikiem pogłębiającego się związku z muzyką Queen. Bellamy czyni to świadomie. Niektóre utwory mają podobną melodykę, celowo naśladowany jest sposób budowania gitarowego sola, a nawet brzmienie instrumentu Briana May’a. Inna sprawa, że zabieg to śmiały, gdyż nikt wcześniej skutecznie takiego efektu nie osiągnął.

Ale… Muse ma jednak zawsze utwory, które nie maszerują, ale tną powietrze jak szybowce. Niesie je mocna melodia i sprawna konstrukcja. Niektóre z nich z łatwością stają się hitami („Madness”). Tym razem ich konstrukcja nośna znów wykorzystuje elementy już znane, jak np. funkowe („Panic Station”), czy spotykane u innych artystów angielskich („Follow Me”), bądź irlandzkich („Big Freeze”). Są także nowe dla zespołu motywy, kierujące ich muzykę w stronę... lekkiej, zwiewnej nostalgii („Animals”). Takie piosenki zabierają mnie na inną planetę Muse. Być może są dwie planety Muse. Tak jak są dwa utwory tytułowe nowego albumu „The 2nd Law”. To nowe, jakby badane dopiero oblicze grupy, gdzie dużo elektronicznych efektów miesza się z nałożonymi na siebie głosami. Tygle z gotującą się przyszłą muzyką grupy.

Nowy album jest zatem rockową potyczką, polegającą na wirusowym przeniknięciu. Bo Muse nie walczy, ale posuwa się naprzód jak wielka maszyna bojowa - Koń Trojański niemal. Wraz ze swoim nowofalowym sztafażem po cichu weszli do fortecy rocka neoprogresywnego. Ale pozostają zespołem ważnym.
Muse: „The 2nd Law” [Warner Bros/ Helium-3, 2012].