Wydanie bieżące

1 lutego 3 (219) / 2013

Patrick De Witt,

BRACIA SISTERS (FRAGMENT)

A A A
Zimowe dni były krótkie. Zatrzymaliśmy się na nocny odpoczynek w wyschniętym wąwozie. Taki scenariusz można często spotkać w powieściach przygodowych, które się drukuje w różnych pisemkach: dwóch ponurych jeźdźców opowiada sobie przy ognisku sprośne historyjki i śpiewa przerażające piosenki o śmierci i koronkach. Ale mogę wam powiedzieć, że po całym dniu jazdy chcę się już tylko położyć spać, i właśnie to zrobiłem – nawet nie zjadłem porządnego posiłku. Rano, gdy zdejmowałem buty, poczułem ostry ból w dużym palcu lewej stopy Kiedy odwróciłem but i popukałem w podeszwę, spodziewając się, że wypadnie z niego pokrzywa, o ziemię pacnął grzbietem ogromny włochaty pająk, wymachujący w chłodnym powietrzu ośmioma nogami. Puls zaczął mi walić jak szalony i zakręciło mi się w głowie, bo bardzo się boję pająków, węży i wszystkich innych pełzających stworzeń. Charlie, który o tym wie, przyszedł mi z pomocą i wrzucił pająka nożem w ognisko. Patrzałem, jak się kuli i umiera, dymiąc niczym zwitek papieru, i cieszyłem się, że cierpi.

Teraz po mojej nodze pięło się w górę drżące zimno, jakby fala mrozu. Powiedziałem:
– To było małe, ale potężne zwierzę, bracie.

Od razu zmogła mnie gorączka i musiałem się położyć. Charliego zaniepokoiła moja bladość; kiedy zdałem sobie sprawę, że nie jestem już w stanie mówić, dołożył do ognia i pojechał do najbliższego miasta po lekarza, którego przyprowadził do mnie częściowo albo zupełnie wbrew jego woli – widziałem wszystko jak przez mgłę, ale pamiętam, jak zaczynał kląć, kiedy tylko Charlie oddalał się na tyle, że nie mógł go usłyszeć. Dostałem jakieś lekarstwo czy odtrutkę, przez którą poczułem się szczęśliwy i zamroczony jak po alkoholu, a do tego chciałem już tylko powybaczać wszystkim wszystko, co się da, i bez końca palić tytoń. Szybko zapadłem w kamienny sen i pozostawałem w oderwaniu od świata przez cały dzień i noc, aż do następnego ranka. Kiedy się ocknąłem, Charlie wciąż siedział przy ognisku. Spojrzał na mnie i uśmiechnął się.
– Pamiętasz, co ci się przed chwilą śniło? – zapytał.
– Tylko tyle, że ktoś mnie uwięził.
– Wciąż powtarzałeś: „Jestem w namiocie! Jestem w namiocie!”.
– Nie pamiętam.
– Jestem w namiocie!
– Pomóż mi wstać.

Podał mi rękę i już po chwili chodziłem wokół obozowiska, na nogach sztywnych jak z drewna. Czułem się słabo, ale zjadłem solidny posiłek, składający się z boczku, kawy oraz herbatników, i udało mi się go nie zwymiotować. Uznałem, że polepszyło mi się na tyle, żeby ruszyć w drogę, i do następnego postoju przejechaliśmy spokojnie cztery czy pięć godzin. Charlie wciąż mnie pytał, jak się miewam, a ja za każdym razem próbowałem mu odpowiedzieć, ale po prawdzie sam nie wiedziałem. Czy to przez jad pająka, czy przez odtrutkę podaną przez przymuszonego do pomocy lekarza, miałem wrażenie, że nie do końca tkwię we własnym ciele.

Noc spędziłem w gorączce, co chwila się budząc, a kiedy rano odwróciłem się, żeby odpowiedzieć Charliemu na jego „dzień dobry”, spojrzał na mnie i wrzasnął z przerażenia. Zapytałem go, co się stało, a on przyniósł mi blaszany talerz, w którym mogłem się przejrzeć jak w lustrze.
– Co to jest? – spytałem.
– To twoja głowa, przyjacielu. – Stanął na piętach i gwizdnął.

Lewa strona mojej twarzy była groteskowo opuchnięta, od czubka głowy aż do szyi. Obrzmienie zanikało dopiero przy ramieniu. W miejscu oka miałem tylko ciasną szparkę, a Charlie, który zdążył już odzyskać humor, powiedział, że wyglądam jak mieszaniec człowieka i psa, a potem rzucił kijem, żeby sprawdzić, czy będę aportował. Zorientowałem się, że źródłem mojej opuchlizny są zęby i dziąsła; kiedy puknąłem palcem w lewą część dolnej szczęki, przez moje ciało przebiegł palący ból, od góry do dołu i z powrotem.
– Chlupie ci tam chyba galon krwi – ocenił Charlie.
– Gdzie znalazłeś tego lekarza? Powinniśmy do niego wrócić i kazać, żeby mnie nakłuł.

Charlie pokręcił głową.
– Jego już lepiej nie szukać. Później doszło do smutnego incydentu w związku z jego zapłatą. Prawda, że chętnie by mnie znowu zobaczył, ale wątpię, czy chciałby nam jeszcze pomóc. Wspomniał coś o innej osadzie, położonej kilka mil na południe. Pewnie najlepiej by było, żebyśmy tam pojechali, jeśli tylko sądzisz, że to przetrzymasz.
– Chyba nie mam wyboru.
– Tak, bracie, jak to w tylu sprawach życiowych bywa, chyba nie masz.

Jechaliśmy powoli, choć teren był łatwy – ot, spokojny zjazd w dół po twardej, porośniętej lasami ziemi. Czułem się dziwnie zadowolony, jakbym się właśnie dobrze bawił, ale w pewnym momencie Baryłka źle postawił kopyto i gwałtownie zamknąłem usta. Ryknąłem z bólu, ale na tym samym oddechu zacząłem się też śmiać z tego, jakie to wszystko absurdalne. Włożyłem między szczęki prymkę, żeby je amortyzować. Usta wypełniały mi się przez to brązową śliną, ale nie mogłem splunąć, bo okazało się to zbyt bolesne, więc po prostu pochylałem się do przodu i pozwalałem plwocinie spływać na kark Baryłki. W pewnym momencie przez krótką chwilę padał śnieg – dotyk jego płatków na mojej twarzy był miły i chłodny. Głowa mi się kiwała, a Charlie ciągle mnie okrążał, żeby mi się lepiej przyjrzeć.
– Nawet od tyłu widać – powiedział. – Skóra na głowie ci spuchła. W ł o s y ci spuchły.

Ominęliśmy szerokim łukiem miasto, gdzie mieszkał nieopłacony lekarz, a kilka mil dalej natrafiliśmy na kolejną osadę – bezimienną dziurę długą na ćwierć mili i zamieszkaną przez setkę ludzi, albo nawet mniej. Szczęście było po naszej stronie – znaleźliśmy tam lekarza od zębów o nazwisku Watts, palącego fajeczkę przed wystawą swojego gabinetu. Kiedy do niego podszedłem, uśmiechnął się i powiedział:
– Jakże dziwna jest moja profesja, skoro się cieszę na widok tak straszliwie zdeformowanego człowieka.

Zaprosił mnie do swojej ciasnej, ale praktycznie urządzonej pracowni, na miękki skórzany fotel, tak nowy, że aż zapiszczał, kiedy na nim usiadłem. Przyciągnął ku sobie tacę pełną połyskujących narzędzi i zadał mi kilka pytań o historię moich zębów, na które nie miałem zadowalającej odpowiedzi. Nie szkodzi – odniosłem wrażenie, że odpowiedzi go nie obchodzą, bo cieszy go samo wypytywanie.

Podzieliłem się z nim swoją hipotezą, że problem z zębami wynika z ukąszenia pająka albo z odtrutki, ale Watts odparł, że nie ma żadnych przesłanek medycznych, które by ją wspierały. Powiedział mi:
– Ciało to cud, a kto potrafi pociąć cud na kawałki i go przebadać? Tak, może to pająk, a może reakcja na tak zwaną odtrutkę tego lekarza, a może ani jedno, ani drugie. Chociaż, tak naprawdę, co to za różnica, d l a c z e g o pan się źle czuje? Prawda?

Odpowiedziałem, że pewnie tak. Charlie wtrącił:
– Doktorze, mówiłem właśnie Eliemu, że pewnie mu tam w głowie chlupie galon krwi. Watts wyciągnął z futerału wypolerowany srebrny lancet.
Usiadł, odchylił się do tyłu i popatrzał na moją głowę jak na jakieś monstrualne popiersie.
– Przekonamy się.
Przeł. Paweł Schreiber. "artPapier" objął patronat medialny nad powieścią.