Wydanie bieżące

15 lutego 4 (220) / 2013

Patrycja Mucha,

KINOFILA SPEŁNIONE MARZENIE

A A A
Quentin Tarantino jest twórcą na swój własny, oryginalny sposób żonglującym gatunkowymi konwencjami, co – według powszechnie znanego mitu – stanowi efekt między innymi jego kariery reżysera wykształconego nie w szkole filmowej, ale w wypożyczalni kaset wideo, gdzie pracował aż do momentu swojego pierwszego sukcesu w branży – sprzedaży scenariuszy do „Urodzonych morderców” i „Prawdziwego romansu”. Tarantino słynie ze swego uwielbienia dla filmów gangsterskich i westernów, zwłaszcza włoskich dzieł Sergio Leone. O ile swoje wersje tych pierwszych zrealizował już na początku reżyserskiej kariery („Wściekłe psy”, „Pulp Fiction”), o tyle jego autorska wariacja na temat drugiego ze wspomnianych gatunków, wykorzystująca sztafaż scenograficzny i inspiracje fabularne, ujrzała światło dzienne w całej swojej krasie dopiero teraz, za sprawą długo oczekiwanego „Django”.

Jak na western przystało, w najnowszym filmie Tarantino zobaczyć można kowbojów, prostytutki, niewolników, charakterystyczne stroje, rewolwery, listy gończe, saloony, słowem: cały inwentarz Dzikiego Zachodu – te same elementy co dawniej, przedstawione jednak w zupełnie inny sposób. Osią fabuły, jak w wielu klasycznych dziełach gatunku, pozostaje zemsta czy też konflikt dwóch stron, jednak całe ideologiczne dobrodziejstwo westernowego świata zostaje tu odrzucone. Miasto nie jest już dłużej ostoją cywilizacji, nie pozostaje w opozycji do natury. Stanowi właściwie mało istotny element filmu, przypominając jedynie od czasu do czasu o swoim istnieniu. Saloon, na ogół tłumnie odwiedzany przez bohaterów tego typu dzieł, u Tarantino jest pusty i zakurzony. Postać szeryfa to parodia systemu władzy, a punkt kulminacyjny tradycyjnego westernu – pojedynek w centrum miasta – przeniesiony zostaje na początek filmu i odarty z wszelkiej patetyczności. Bohaterowie wyjeżdżają z miasta, nigdy do niego nie wracając, pozostając ciągle w drodze, natomiast główny bohater, Django (Jamie Foxx), nie jest już pośrednikiem między naturą a kulturą, należy bowiem całkowicie do pierwszej z wymienionych sfer.

Łowca nagród, doktor Schultz (Christoph Waltz), wykupuje niewolnika Django, by ten pomógł mu znaleźć trzech ściganych przez prawo mężczyzn. W zamian za tę przysługę czarnoskóry ma odzyskać wolność. Angażuje on jednak kompana w sprawę uwolnienia swojej żony, która również została pojmana i sprzedana jednemu z bogatych właścicieli ziemskich (Leonardo DiCaprio). Fabuła koncentruje się przede wszystkim na konflikcie rasowym i problemie niewolnictwa, jednak poza nią w filmie odnajdziemy to, co u Tarantino lubimy najbardziej: ironiczne i długie dialogi, dużo atrakcyjnej wizualnie przemocy i elementów popkultury (takich jak współczesna muzyka). W „Django” w niepamięć odchodzą tradycyjne reguły pojedynku; mężczyźni strzelają do siebie niespodziewanie, często wtedy, kiedy przeciwnik nie jest przygotowany do walki. Za wzór stawia nam się bohatera dokonującego rzezi, ale mającego przynajmniej – co odróżnia go od większości przedstawicieli tego świata – odwagę, poczucie obowiązku i honor. Dochodzi tu również do rewizji mitów związanych z historią Stanów Zjednoczonych. Tarantino nie tylko konstruuje parodystyczny obraz Ku Klux Klanu jako organizacji liczebnej, aczkolwiek złożonej z farmerów o przeciętnej inteligencji, ale i przedstawia białych osadników jako bezwzględnych ludzi o sadystycznych skłonnościach, również niewolników odzierając z niewinności przez wprowadzenie postaci czarnoskórego lokaja (Samuel L. Jackson), który ma władzę na swoim terenie.

Film wydaje się rozpoczynać tradycyjnie: „westernowa” muzyka, pustynne plenery, konie i postać w kapeluszu. Między bohaterami dochodzi do konfliktu: jeden chce od drugiego wykupić niewolnika, którego tamten nie zamierza sprzedawać. Po wymianie zdań następuje ostrzegawcza prezentacja broni. Złudzenie „klasyczności” tego otwarcia znika w momencie, gdy Schultz strzela niespodziewanie, wbrew zasadom uczciwej walki, do handlarza niewolnikami. Od tego momentu następuje załamanie westernowych konwencji. Świat przedstawiony w „Django” jest właściwy dla klasycznego wizerunku Dzikiego Zachodu, jednak sposób jego pokazania pozostaje nowatorski i, jak na kino reżysera „Pulp Fiction” przystało, postmodernistyczny.

Współczesne wariacje na temat westernu widzieliśmy już wcześniej, na przykład w filmach Clinta Eastwooda. Jednak u Tarantino znać większą świadomość medium i oczekiwań odbiorcy, toteż „Django” równocześnie bawi i niweluje dystans czasowy między odbiorcą a światem przedstawionym, wprowadzając współczesną muzykę i brutalne sceny przemocy, z krwią tryskającą na wszystkie strony, co jest oczywiście cechą współczesnego kina akcji. Retardacyjne dialogi i monologi postaci są doskonale rozpisane i brawurowo zagrane. Z kolei hip-hop i muzyka Ennio Morricone tworzą pomost między filmem Tarantino a spaghetti westernem w reżyserii Sergio Corbucciego z 1966 roku.

Trudno wytknąć „Django” jakiekolwiek wady konstrukcyjne czy realizacyjne. Film wciąga i jest atrakcyjny zarówno na płaszczyźnie fabularnej, jak i wizualnej, nie wspominając o aktorskich kreacjach: wszak Jamie Foxx jako tytułowa postać ze swoją kamienną twarzą idealnie wpisuje się w specyfikę świata przedstawionego. Hołd oddany przez Tarantino spaghetti westernom jest zupełny i spełniony na najwyższym poziomie współczesnego kina. Być może będzie to impuls do wskrzeszenia martwego i wyczerpanego gatunku, za jaki uchodzi western, a nawet jeśli film okaże się tylko jednorazowym przejawem retromanii, to na pewno w doskonały sposób zakończy żywotność opowieści o Dzikim Zachodzie.
„Django” („Django: Unchained”). Scenariusz i reżyseria: Quentin Tarantino. Obsada: Jamie Foxx, Christoph Waltz, Leonardo di Caprio, Samuel L. Jackson i in. Gatunek: western. Produkcja: USA 2012, 165 min.