Wydanie bieżące

15 lutego 4 (220) / 2013

Katarzyna Szkaradnik,

PRZYCZAJONY TYGRYS, UKRYTY PI

A A A
Z morza internetowych memów graficznych można wyłowić i taki: na rufie niewielkiej łódki, kołyszącej się w skwarze u brzegów egzotycznego lądu, siedzi półnagi brzuchacz w ciemnych okularach i chustce na łysawej głowie, obżerający się ciastem i powodujący wyraźny przechył łajby; na jej dziobie kot w tygrysie prążki z szeroko otwartym pyszczkiem (bardziej ziewający niż szczerzący kły). Podpis: „Life of pie” [ang. pie – ‘ciasto’]. Trzeba się zgodzić, że „Life of Pi” – jeden z tzw. murowanych kandydatów do Oskara (11 nominacji), typowy blockbuster – aż się prosi o parodię; jak wszystko, co koturnowe, rzewne i urokliwe. Niemniej kardynalną kwestią pozostaje, czy to „wina” samego filmu, czy głośnej (uhonorowanej Nagrodą Bookera w 2002 roku) książki Yanna Martela pod tym samym tytułem, której ekranizację wszak stanowi. A może za kontrastowe opinie na temat fabuły, efektów wizualnych oraz wymowy „Życia Pi” odpowiada przedstawiana historia, dotykająca fundamentaliów, o których trudno mówić bez ześlizgnięcia się w truizmy?

Oto młody człowiek, Piscine Molitor Patel, postawiony w okolicznościach tak ekstremalnych, że się o nich filozofom nie śniło (ponoć to życie pisze najciekawsze scenariusze), musi stawić czoła wszystkim potęgom tego (i nie tylko?) świata, z których okazały tygrys bengalski jest najbardziej oczywistą i niejednoznaczną zarazem. Sytuację narracyjną określa rama w postaci rozmowy przeżywającego „kryzys twórczy” kanadyjskiego pisarza z hinduskim emigrantem, którego przypadkiem spotkany w Indiach starszy mężczyzna polecił jako mogącego nie tylko zaoferować mu niesłychaną opowieść, ale również sprawić, że uwierzy w Boga. Ambitny to zamiar i poniekąd uzasadniający zarzuty pretensjonalności. Na mnie ani książka, ani film nie podziałały tak piorunująco, jednak niewątpliwie dają do myślenia. Choć lejtmotywem „Życia Pi” wydają się poszukiwania religijne głównego bohatera, bardziej aniżeli do wiary w Boga skłania ono do wiary w człowieka. Stąd wpierw wspomniałam o Piscinie jako przedstawicielu rasy ludzkiej, a dopiero potem o jego (nb. niezwykle istotnym) pochodzeniu, mamy bowiem do czynienia z jawną parabolą, zdominowaną przez sensy metaforyczne. Są one generowane automatycznie przez niesamowitą fabułę: szesnastoletni syn właścicieli zoo, które muszą oni przetransportować z Indii do Kanady, po zatonięciu statku ratuje się jako jedyny – w szalupie z dogorywającą zebrą, hieną i orangutanem (acz te szybko giną zgodnie z „prawem dżungli”), ale przede wszystkim z owym tygrysem, stanowiącym dlań przechodzące pojęcie zagrożenie, wyzwanie, równocześnie zaś jedynego kompana i towarzysza niedoli. Czy wszakże historia Pi eo ipso nie przerodziła się w kolejnego „Alchemika”, zinfantylizowaną baśń o dojrzewaniu, a przy okazji religijną przypowiastkę dla ubogich w duchu?

Z tej perspektywy należy docenić pierwszą partię filmu, która nie jest – jak chcą niektórzy – niepotrzebnie rozwlekłym preludium do faktycznej „akcji”. Retrospekcje Patela z dzieciństwa, oprócz różnych anegdot, nakreślają także portret psychologiczny chłopca, sankcjonujący jego późniejsze zachowanie i podejście do, zdawałoby się, beznadziejnej sytuacji. Za kluczowy uznałabym kompleks niższości, wywołany prowokującym do kpiarskich przekręceń imieniem Piscine. Już jako dziecko bohater konstruktywnie go przezwycięża, obierając przydomek „Pi”, który wiąże ze słynną stałą matematyczną, bynajmniej nie przypuszczając, że nieskończoność w wymiarze negatywnym – absolutnej samotności, strachu i cierpienia – zwiąże się z nim samym. Lecz infinitum ma tu też drugie, nie mniej ważne oblicze: chodzi o wzmiankowane zbliżanie się Pi do Boga poprzez trzy jakże odmienne religie, które najpierw intuicyjnie, a z czasem coraz bardziej świadomie bohater próbuje pogodzić. Osobom przeświadczonym o natręctwie owego wątku przypomnę, że w powieści został on znacznie bardziej rozbudowany i przybiera ton niemal kaznodziejski (Piscine ma „większy problem” z agnostykami niż z ateistami, tych drugich bowiem, ufających swemu przekonaniu i pozbawionych wątpliwości, łatwiej skłonić do wiary w Boga).

Notabene, trzeba przywołać istotniejsze rozbieżności między książką a ekranizacją. Naturalne są skróty, pominięcie np. obserwacji zwyczajów zwierząt i wielu filozoficznych przemyśleń bohatera, które w filmie jawiłyby się jako zbędne gadulstwo; stąd zresztą pogląd, że „Życie Pi”, według scenariusza Davida Magee, stało się tanim moralitetem, zatraciwszy intelektualną głębię pierwowzoru. Może istotnie w słowach zawiera się coś, czego nie odnajdziemy w tym nieco przerysowanym filmie („Tylko słowa mogą utrzymać mnie przy życiu” – stwierdza Pi podczas nieskończonego dryfowania w szalupie), niemniej wiele zależy od tego, czy najpierw widzimy jajko, czy kurę: kto przed seansem czytał książkę, może czuć zawód, ale tego, kto nie czytał, adaptacja może zainspirować.

Z drugiej strony, w filmie nie tylko zawarto „widowiskowe” dodatki (m.in. melodramatyczny motyw rozstania z pierwszą miłością), ale również częściowo zmieniono charakter Pi (co każe stwierdzić, iż książka lepiej uzasadnia jego postępowanie): buńczuczne wyzwanie, jakie rzuca żywiołowi w trakcie burzy na statku; epizod z napiciem się wody święconej; okrutna lekcja ojca, która w powieści nie zostaje sprowokowana bezmyślnością syna – to wybrane przykłady uczynienia z Piscine’a chłopca mniej refleksyjnego, pełnego temperamentu. Rekompensuje je pewien nieobecny w książce drobiazg: na pierwszej lekcji, w asyście rozentuzjazmowanych kolegów, bohater wypisuje na tablicy mnóstwo cyfr po przecinku z liczby pi, które potem – ukazuje to zaledwie jeden migawkowy kadr – powtarza na tratwie dla zajęcia czymś myśli. Oto zmagania z nieskończonością natury za pomocą nieskończoności myśli.

Przecież jednak chodzi nie tylko rozterki duchowe, lecz w pierwszej kolejności o przetrwanie w niewyobrażalnych warunkach, o „ułożenie sobie życia” z tygrysem. Nie można przemilczeć więc tego, że obraz rozbitka mocno wygładzono – kinowy Pi wcale nie wygląda tak źle; no i zostały na nim łachmany, które wedle powieści („rzeczywiście”?) pod wpływem czynników atmosferycznych po prostu doszczętnie zniszczały. Wielodniowe borykanie się z żarem, słoną wodą gryzącą skórę, skutkami niedożywienia nie objawia w pełni odstręczającego oblicza. Ogólnie bowiem w „Życiu Pi” przeważa klimat baśni (opowieść Piscine’a to swoista „Księga tysiąca i jednej nocy”…), co najwyraźniej dochodzi do głosu w sferze wizualnej. Recenzenci komplementują fantastyczną (!) scenografię, zjawiskowe zdjęcia Claudia Mirandy i montaż, lecz owe atuty okazują się ambiwalentne: może należy to złożyć na karb stylu krzyżującego Bollywood z Hollywood, jednak prawie każdy kadr epatuje plakatowością, a nierzeczywista malowniczość oceanu i przesłodzona, intensywna kolorystyka ocierają się o kicz. Owszem, sielski wizerunek bajecznie barwnego zoo może sugerować (utracony) rajski ogród, pozostałe – zachęcać do zastanowienia się nad misterium przyrody. Z książki niełatwo owo piękno wydobyć, bo wspominający Patel po prostu koncentruje się na czym innym.

Jeśli jednak film ma oznaczać magię obrazu, z pewnością tak jest w tym wypadku. „Życie Pi” to obraz dopieszczony, wiele wszak w jego stronę graficzną zainwestowano. Na szczęście nie dane mi jednak było obejrzeć wersji 3D, gdyż taka doza „Disneylandu” byłaby ponad moje siły. Wydaje się też, że 11 oscarowych nominacji to przesada – można sądzić, że jarzeniowe barwy kadrów filmu przyćmiły inne produkcje, może mniej spektakularne. Zamykając sprawę fajerwerków i efektów specjalnych, należy się wszelako zgodzić, że tygrys stanowi naprawdę udany rezultat techniki komputerowej. Możliwe, że ma to zresztą drugie dno: otóż drapieżna bestia okazuje się wirtualna – i może toczymy swoje zmagania nie tyle z naturą (którą zdołaliśmy zdegradować), ile z niebezpieczeństwami „wirtualnymi”, tj. nie tylko związanymi ze sferą VR i multimediów, ale przede wszystkim (zgodnie z etymologią) „potencjalnymi”, czyhającymi w naszym własnym umyśle.

„Muszę wierzyć, że w jego oczach było coś więcej niż moje odbicie” – wyznaje po latach Pi. Oto pytanie: kto co zobaczy w oczach tygrysa. Podobnie w filmie Anga Lee można odnaleźć to, czego się szuka: wegetarianie potraktują go jako żarliwą apologię swej ideologii, wieszający psy na Depardieu za spoufalanie się z Putinem ujrzą go w epizodycznej roli szwarccharakteru, a może niektórzy – jak chce afisz reklamowy – odbędą „podróż swojego życia”. Oglądamy wszak robinsonadę z perypetiami, lecz w zasadzie nie chodzi o to, jak się ona skończy, skoro od początku wiemy, że Pi przeżyje. Czy jego historia jest jednak możliwa? I czy otaczające ją w filmie opary baśni nie zmieniają się w duszne opary absurdu? Czy rozwój duchowy nie został ukazany zbyt manierycznie? Cóż, zawsze zostaje alternatywna wersja zdarzeń.

Czy zachowanie nadziei wbrew logice wymusza zwrot ku Bogu? Wszak do Niego skierowane są słowa nawiązujące do Chrystusowego: „Czemuś mnie opuścił?”… Tu pragnę odnieść się do zarzutów, że taka aluzja zakrawa na bluźnierstwo: czy właśnie w tych słowach Chrystus najbardziej nie zbliżył się do człowieka w jego krańcowym osamotnieniu wobec losu, gdy jest się zdanym jedynie na własny hart ducha? „Tyle wiemy o sobie, ile nas sprawdzono” – pisała Poetka, a Piscine, wbrew zdrowemu rozsądkowi, podejmuje wyzwanie. W tym kontekście tytuł niniejszej recenzji – przywołujący najsłynniejszy film Anga Lee – może mylić, bo to raczej tygrys jest ukryty pod plandeką, a Pi przyczajony i gotowy do walki o siebie… Przy okazji trzeba odnotować, że Suraj Sharma naprawdę robi wrażenie świetną, przekonującą, a przecież niełatwą grą, mającą oddać tak krańcową sytuację, zwłaszcza skoro wcześniej nie miał do czynienia z aktorstwem (choć pamiętajmy, iż oglądamy aż czterech Pi w różnym wieku). Dodając do tego urok osobisty, można wróżyć młodemu Hindusowi karierę, jeśli występu na ekranie nie potraktuje tylko jako epizodu.

Ponowne wspomnienie o narodowości aktora i bohatera naprowadza na ostatnią już kwestię, ciekawą z perspektywy badań postkolonialnych. Otóż Hindus opowiada swą historię białemu, który ją spisuje. Na ile jednak Kanadyjczyk przemawia głosem samego Piscine’a? Może Lee (emigrant z Tajwanu) „lepiej” (bardziej adekwatnie z perspektywy nie-zachodniej) oddaje tę historię na ekranie? A może opozycję między Wschodem a Zachodem da się sprowadzić do tezy, że ducha pierwszego (oczywiście w upiększeniu) odzwierciedla film Lee, duch drugiego natomiast wyraża się w tym obrazku, który opisałam na początku?
„Witaj na arce Pi(e)”.
„Życie Pi” („Life of Pi”). Reżyseria: Ang Lee. Scenariusz: David Magee. Obsada: Suraj Sharma, Irfan Khan, Adi Hussain, Tabu i in. Gatunek: film przygodowy, dramat. Produkcja: Chiny / USA 2012, 127 min.