Wydanie bieżące

15 lutego 4 (220) / 2013

Paweł Świerczek,

MUSICAL Z GROBU POWSTAJE?

A A A
Kino wchodziło w XXI wiek pod znakiem odrodzenia musicalu. Filmy takie jak „Tańcząc w ciemnościach” (2000) Larsa von Triera, „Moulin Rouge!” (2001) Baza Luhrmanna, „Cal do szczęścia” (2001) Johna Camerona Mitchella czy „Chicago” (2002) Roba Marshalla z pompą otworzyły nową dekadę gatunku, wyznaczając potencjalne kierunki rozwoju i rozpalając nadzieje na odświeżenie konwencji. Wkrótce modą stało się produkowanie muzycznych biografii pokroju „Raya” (2004), „Spaceru po linie” (2005) czy „Dreamgirls” (2006), w których główne role odgrywali aktorzy na co dzień nie parający się śpiewaniem. Niedługo potem przez kina przetoczył się szereg filmów wykorzystujących popularne przeboje gwiazd sprzed lat, takich jak „Across the Universe” (2007) z muzyką Beatlesów czy „Mamma Mia!” (2008) z utworami Abby. Odsuwając na bok oceny poszczególnych dzieł (lepszych i gorszych), łatwo dostrzec ogólną tendencję regresu i narastającą wtórność kolejnych musicali powstałych w minionej dekadzie.

Tymczasem odświeżenia klasyka podjął się Tom Hooper, twórca obsypanego Oscarami „Jak zostać królem”. Sceniczna wersja „Les Misérables” na podstawie powieści Victora Hugo, opracowana przez Claude-Michela Schönberga, nie schodzi z afiszy od ponad trzydziestu lat, a możliwość odegrania głównej roli Jeana Valjeana przez wielu postrzegana jest jako zaszczyt. W kinowej adaptacji w Valjeana wcielił się Hugh Jackman, któremu towarzyszą m.in. Russell Crowe, Anne Hathaway, Helena Bonham Carter, Amanda Seyfried czy Sacha Baron Cohen. Reżyser postarał się nie tylko o pierwszorzędną obsadę, ale i o doskonałe warunki produkcyjne, które pozwoliły pieczołowicie dopracować scenografię czy kostiumy. „Les Misérables. Nędznicy” to film nieskazitelny technicznie, co jest niestety jednym z niewielu komplementów, które można w odniesieniu do dzieła Toma Hoopera wystosować.

Próba połączenia klasycznej musicalowej konwencji (niemal każde słowo jest tu wyśpiewane) z naturalizmem obrazowania mogłaby stać się ciekawym punktem wyjścia dla poszukiwań interesujących rozwiązań inscenizacyjnych. Poza pewnym odczuciem niekoherencji, niewiele jednak z tego zderzenia umowności śpiewu z werystyczną wizualnością wynika. Ciekawie prezentuje się nakręcony w jednym ujęciu utwór „I Dreamed a Dream” w wykonaniu najlepszej w całej obsadzie Anne Hathaway, dającej tu popis swoich możliwości wokalnych i aktorskich. Styl wizualny szybko jednak staje się przezroczysty i nużący, co odsłania miałkość przystosowanego do kinowego ekranu scenariusza autorstwa Williama Nicholsona. Motywacje głównych bohaterów są tu całkowicie niejasne i irracjonalne. Nie odwołując się do znajomości oryginału (czy to scenicznego, czy powieści Hugo), nie sposób wywnioskować, skąd wziął się życiowy konflikt uwięzionego na dziewiętnaście lat za kradzież chleba Jeana Valjeana i inspektora Javerta. Również przemiany, które obie postaci przechodzą w trakcie trwania filmu, są niewiarygodne. Pomiędzy Hugh Jackmanem i Russellem Crowe nie występuje żadne napięcie czy ekranowa chemia. Trudno oprzeć się wrażeniu, że panowie tak bardzo skupili się na kreowaniu własnych śpiewanych ról, iż zapomnieli o tym, by grać ze sobą, a nie obok siebie. Ich wysiłek można docenić, jednak wymierne efekty daje on tylko w popisowych scenach solowych. Wszelkie interakcje wydają się dla skupionych na samych sobie odtwórców głównych ról męką.

Aktorom drugiego planu śpiew nie przychodzi z takim trudem jak Jackmanowi i Crowe’owi (których wyczynom częściej bliżej jest do melodeklamacji), nikomu jednak – z wyłączeniem wspomnianej już Anne Hathaway – nie udało się wykreować pełnokrwistej postaci. Mamy tu raczej do czynienia z nakreślonymi naprędce szkicami, których grube linie ograniczają bohaterów do najbardziej stereotypowych cech („niewinna” Cosette w wykonaniu Amandy Seyfried, Eddie Redmayne jako „zakochany młodzieniec” Marius itd.). Owszem, musicalowa konwencja zakłada pewne uproszczenia psychologiczne, jednak tchnięcie w postaci życia zdaje się kwestią kluczową, której obsada „Nędzników” zrealizować nie zdołała.

W „Jak zostać królem” Hooperowi doskonale udało się połączyć rozrywkowy potencjał opowiadanej historii ze zgrabną, choć niezbyt odkrywczą refleksją na temat uwikłań człowieka w „spektakl życia codziennego”. „Les Misérables” pozbawiony jest jakiejkolwiek refleksji czy choćby próby interpretacji opowiadanej historii. Ta bardzo szybko staje się zresztą serią luźno powiązanych ze sobą scen. Bohaterowie nie wzbudzają zainteresowania, mechanizm projekcji-identyfikacji nie następuje, a obserwowanie filmu ze zdystansowanej pozycji świadomego widza prowadzi tylko do irytacji nijakością rozwiązań realizacyjnych.

Największą bolączką „Nędzników” jest więc brak pomysłu na świeże spojrzenie na musical Schönberga. Jest to konstatacja tym bardziej przykra, że – pomimo nieco przyprószonego kurzem sztafażu – mamy tu do czynienia z dziełem nie tylko ponadczasowym, ale wręcz proszącym się o odczytanie przez pryzmat współczesności. Z jednej strony odnajdujemy w nim odwieczne motywy winy i odkupienia, miłości i obowiązku, z drugiej – jakże aktualne problemy absurdów prawnych, kryzysów społecznych i potrzeby rewolucji. Tymczasem film Toma Hoopera pozostaje tylko dopieszczoną wizualnie, rozśpiewaną pocztówką z ulic dziewiętnastowiecznego Paryża.

Jeśli „Mamma Mia!” to ostatni podryg nowego kinowego musicalu, to „Les Misérables” jest musicalem w wersji zombie, bezskutecznie próbującym powstać z grobu. Na kolejną młodość gatunku przyjdzie nam chyba jeszcze poczekać.
„Les Misérables. Nędznicy” („Les Misérables”). Reżyseria: Tom Hooper. Scenariusz: William Nicholson. Obsada: Hugh Jackman, Russell Crowe, Anne Hathaway, Amanda Seyfried, Eddie Redmayne, Helena Bonham Carter, Sacha Baron Cohen i in. Gatunek: musical. Produkcja: Wielka Brytania 2012, 157 min.