Wydanie bieżące

15 lutego 4 (220) / 2013

Bernadetta Darska, Marek Doskocz,

OSWAJANIE LĘKU

A A A
Marek Doskocz: Skąd pomysł na książkę o serialowych antybohaterach?

Bernadetta Darska: To naturalna konsekwencja moich zainteresowań. W swojej pracy naukowej oraz krytycznej zajmuję się przede wszystkim literaturą najnowszą (w tym także literaturą non-fiction), czasopiśmiennictwem kulturalnym oraz kulturą popularną. W przypadku tej ostatniej szczególnie interesuje mnie powieść kryminalna, literatura kobieca oraz seriale nowej generacji. Wydaje mi się, że dużą zaletą kryminału czy właśnie seriali (zwłaszcza amerykańskich) jest rejestrowanie w sposób twórczy współczesnej rzeczywistości. W ten sposób opowieść z kręgu popkultury zamienia się w metaforyczną historię o nas samych – czytelnikach i widzach. Serialowy antybohater staje się więc nieco karykaturalnym, przejaskrawionym, wyolbrzymionym odbiciem współczesnego człowieka. Jest Innym, ale bez trudu się z nim utożsamiamy. Odnajdujemy w nim coś bliskiego, ale i bardzo niepokojącego, obcego. Uważam, że ta zależność jest bardzo ciekawa.

M.D.: Kiedy nastąpiła ta zmiana w tworzeniu seriali? Wydaje mi się, że dawniej serialowi bohaterowie byli wyraźniej określeni, jako albo dobrzy, albo źli.

B.D.: To właściwie specyfika końca XX i pierwszej dekady XXI wieku. Symbolicznym początkiem jest pojawienie się serialu „Rodzina Soprano” na początku 1999 roku. Wiele osób zajmujących się fenomenem współczesnych seriali telewizyjnych zauważa ponadto, iż za rewolucyjne można uznać zjawisko odrębności propozycji programowych telewizji kablowych. To właśnie tam – potocznie rzecz ujmując – jest odważniej, bardziej prowokacyjnie, oryginalnie, zaskakująco. Bartek Chaciński zastosował nawet dość ostre rozróżnienie. W telewizjach kablowych kręci się dla inteligencji, produkcje kinowe i wielkie sieci telewizyjne są adresowane do masowego odbiorcy. Niewątpliwie antybohater nie jest postacią, która zaintryguje każdego. Ten, kto „czyta” kulturę dosłownie, raczej może być rozczarowany, a nawet zbulwersowany. Ci natomiast, którzy lubują się w nieoczywistościach, dla których świat nie jest czarno-biały, będą z pewnością usatysfakcjonowani grą, w jaką zostaną wciągnięci. Ten wysyp bohaterów etycznie niejednoznacznych faktycznie jest fenomenem naszych czasów. Można by przewrotnie powiedzieć, że pojawienie się serialowych antybohaterów pieczętuje symboliczną ucieczkę od superbohaterów i czarnych charakterów.

M.D.: Który z serialowych antybohaterów najbardziej Panią fascynuje i dlaczego?

B.D.: Wskazanie jednej postaci nie jest łatwe. Muszę powiedzieć, że pewną sympatię mam do wszystkich opisywanych przeze mnie postaci. Choć bardzo różnią się od siebie, to jednak swoboda lawirowania między dobrem i złem, konieczność zmagania się z nietypowymi wyzwaniami, wreszcie ich moralna ewolucja ma w sobie coś pociągającego. Skoro jednak prosi Pan o wskazanie jednego antybohatera, wskażę… dwóch. Nie umiem między nimi wybrać. Pierwszy to Dexter Morgan, policyjny analityk krwi, który jest seryjnym mordercą. Fenomen jego postaci sprowadza się z jednej strony do funkcjonowania po stronie prawa i bezprawia, z drugiej do takiego ukierunkowania swojej obsesji, że zabijanie zamienia się w oczyszczanie miasta z tego, co chore, złe i zagrażające bezpieczeństwu. Choć wiemy, że bohater serialu „Dexter” znajduje przyjemność w odbieraniu drugiemu człowiekowi życia, zaczynamy go rozumieć, kibicujemy mu, a w którymś momencie nawet współczujemy. W postaci tej udaje się uchwycić mnóstwo ważnych egzystencjalnych dylematów – tożsamościowych, moralnych, społecznych. Drugą postacią, którą chciałabym wskazać, jest Walter White z serialu „Breaking Bad”. Jego życiorys to fenomenalne studium zła, władzy i zdolności człowieka do przekraczania nawet tych niewyobrażalnych granic. Walt jest przeciętnym do bólu nauczycielem chemii. Zdolnym, ale w szkole nieszczególnie może rozwinąć swoje umiejętności. Gdy dowiaduje się, że jest chory na raka, postanawia zmienić swoje życie. Chce zabezpieczyć byt swojej rodzinie i zaczyna produkować silnie uzależniający narkotyk, metaamfetaminę. Z osoby, która niewiele znaczy, zamienia się w króla. Nie ma sobie równych. Jego produkt jest najlepszy. Opowieść, która na początku bawi, z czasem staje się coraz bardziej mroczna i fatalistyczna. Walt nie potrafi i nie chce się wycofać, a koszty takiego a nie innego funkcjonowania w przestrzeni publicznej są coraz większe i bardziej nieodwracalne. Daje do myślenia.

M.D.: Co może współczesnego widza najbardziej zaskoczyć w tych serialach? Co Panią zaskakiwało lub zaskakuje dalej?

B.D.: Myślę, że na poziomie utożsamiania się z antybohaterami najbardziej zaskakujący jest moment uświadomienia sobie, że ich często wątpliwe etycznie zachowanie budzi nasz podziw, chcemy więc, żeby dalej tak postępowali. Ciekawość niebezpiecznie więc się zbliża do wspomnianej już fascynacji. Opowieść o antybohaterach staje się w pewnym, wyolbrzymionym, oczywiście, sensie historią nas samych. Zaskakujące więc bywa odkrycie, że pozornie obca biografia fikcyjnej serialowej postaci w miarę oglądania może stać się dziwnie swojska, nasza. Antybohaterowie metaforycznie zamieniają się w odbicie nas samych, takie niechciane, ale jednocześnie niepozwalające na odwrócenie wzroku. W ich życiorysach oglądamy bowiem lęki naszej współczesności. „Dexter” to przecież jeszcze jedna wersja historii o tym, jak państwo nie potrafi sobie poradzić z przestępczością. „Wszystkie wcielenia Tary” to próba opowiedzenia o mierzeniu się społeczeństwa z istnieniem osób cierpiących na choroby psychiczne. „Californication” to połączenie pozornie nieprzystawalnego rozpasania seksualnego z romantycznością. „Siostra Jackie” czy „Dr House” to sportretowanie środowiska medycznego w nieco karykaturalnym wymiarze – pielęgniarka-lekomanka okazuje się bardzo empatyczna w stosunku do swoich pacjentów; lekarz-lekoman jest doskonałym diagnostykiem, tyle że nienawidzi jakichkolwiek kontaktów z ograniczonymi, jego zdaniem, pacjentami. Lubić ich czy nie lubić? Oto jest pytanie.

M.D.: Czym się Pani kierowała przy wyborze postaci?

B.D.: Interesowała mnie postać serialowego antybohatera. Oczywiste jest, że książka ta nie miała stać się leksykonem tego typu postaci, ale możliwie bogatym i zróżnicowanym opisem zjawiska. Etyczne uwikłanie antybohaterów może dotyczyć wielu aktywności. Zależało mi więc na tym, by pokazać, że charakterystyczne zawieszenie między dobrem i złem, dwuznaczność postępowania, wątpliwe moralnie zachowania, to zjawisko dużo szersze, niż nam się wydaje. Sygnalizuję ów fakt we wstępie, poszerzając możliwy rejestr seriali, których bohaterowie wpisaliby się w interesujący mnie temat. Jednocześnie jestem przekonana, że tak wielka popularność antybohaterów wiąże się ze zmianami zachodzącymi w społeczeństwie i problemami, które w mniejszym lub większym nasileniu stają się także nasze. Wspomniana potrzeba różnorodności przedstawienia spowodowała, iż w książce znajdziemy postaci o odmiennych życiorysach, przekraczające różnego rodzaju granice, budzące sympatię i mające w sobie coś fascynującego, ale jednocześnie… odrażające. To dlatego atrakcyjna matka z przedmieścia handlująca marihuaną („Trawka”) może wystąpić obok Waltera White’a, nauczyciela chemii, który staje się czołowym producentem metamfetaminy („Breaking Bad”), a cyniczna prawniczka Patty Hewes („Układy”) obok erotycznie wyzwolonego Hanka Moody’ego („Californication”).

M.D.: Dextera od House sporo różni na pierwszy rzut oka, a mimo to obaj występują w „To nas pociąga”.

B.D: Ma Pan rację. Co prawda, zrezygnowałam z poświęcania oddzielnego szkicu słynnemu lekarzowi, ale jest to postać niemalże klasyczna, gdy mowa o antybohaterach. Umieszczenie obok siebie bardzo różnych postaci jest zabiegiem świadomym. Istnieje, oczywiście, coś, co ich łączy, a mianowicie: wszyscy są antybohaterami. Działają więc na granicy dobra i zła, sprawiedliwości i bezprawia, utożsamiamy się z nimi, ale nie chcielibyśmy jednocześnie, by stali się na przykład naszymi sąsiadami. Dzięki takiej koncepcji książki mogłam pokazać, że rys antybohaterstwa może się przejawiać na różne sposoby. Antybohaterem jest przywołany Dexter Morgan, seryjny morderca, który morduje seryjnych morderców i oczyszcza świat ze zła („Dexter”), Nancy Botwin, dilerka z przedmieść, która próbuje być dobrą matką i po śmierci męża usiłuje utrzymać się na powierzchni („Trawka”), wampir, duch i wilkołak, którzy muszą pogodzić się ze zwierzęcością w sobie i zawalczyć o ocalenie człowieczeństwa („Być człowiekiem”), Ray Drecker, szkolny trener, który postanawia zarobić więcej pieniędzy, oferując bogatym kobietom usługi seksualne („Wyposażony”), Tara Gregson, matka i żona, która cierpi na osobowość wieloraką („Wszystkie wcielenia Tary”), Hank Moody, pisarz walczący z kryzysem twórczym i uprawiający seks z niemalże każdą kobietą, jaką spotka na swojej drodze („Californication”) czy Patty Hewes, skuteczna prawniczka, ale i doskonała manipulatorka („Układy”). Gen antybohaterstwa zawiera się w charakterystycznym, tak to nazwijmy, „złamaniu”. Oto ktoś, z kim wiążemy określone społeczne oczekiwania, okazuje się kimś zupełnie innym. Nasza reakcja na taką zmianę nie jest oczywista: lęk miesza się z podziwem, a niechęć ze zrozumieniem. Taka postać nas emocjonalnie i intelektualnie angażuje.

M.D.: Dlaczego „to nas pociąga”?

B.D.: Bo świat nie jest czarno-biały. Antybohaterowie pokazują nam, jak skomplikowane, trudne, ale i niesamowite bywa życia. Obnażają również schematyczność postrzegania ról społecznych. Dlaczego Tony Soprano z serialu „Rodzina Soprano”, także antybohater, wzbudza sympatię widzów? Bo łamie pewien kulturowy schemat. Oto szef mafii okazuje się mieć takie same kłopoty rodzinne jak zwykli ludzie, ubiera się bardzo zwyczajnie, by nie powiedzieć – siermiężnie, i ma kłopoty natury psychicznej. Źródłem jego depresji są… kaczki, które odleciały z przydomowego basenu. Osoba łamiąca prawo zamienia się w postać dobrze znaną. Lęk zostaje oswojony. Nie zapominamy, oczywiście, o jego przestępczej działalności, ale dzięki owemu zanurzeniu w podobną do naszej codzienność rozumiemy, tolerujemy, akceptujemy. Kibicujemy antybohaterom, a kiedy odkrywamy, że sami staliśmy się uczestnikami dwuznacznej etycznie gry, wybaczamy sobie. Antybohater nie stanowi gloryfikacji błędów, pomyłek czy przestępstw. Niewątpliwie jednak pokazuje, że granica między dobrem a złem zwykle bywa dosyć rozmazana. Przekraczanie kolejnych etycznych zakazów fascynuje widza. Serialowa postać mimo swoich wad budzi sympatię, a jej niejednoznaczność moralna fascynuje. Na tyle mocno, że chcemy przygody antybohaterów oglądać, lecz z pewnością wolelibyśmy nie mieć ich wśród swoich znajomych. To nas pociąga.

M.D.: W którą stronę według Pani pójdą kolejne produkcje serialowe? Po Dexterze czy Hanku Moodym wydawać by się mogło, że trudno będzie przekroczyć kolejne granice lub bardziej rozmyć granice dobra i zła.

B.D.: Wierzę, że pomysłowość twórców seriali się nie skończy. Dobra opowieść, a z tym mamy tu do czynienia, zawsze może powstać. Gdybym wiedziała, jak to się wszystko potoczy, pewnie nie miałabym takiej przyjemności z odkrywania kolejnych produkcji. Na pewno moda – rozumiana w dobrym znaczeniu tego słowa – na antybohaterów trochę jeszcze potrwa. Powiedziałabym nawet, że jest to moda dość uniwersalna. Angażuje widza nie tylko w rozwój akcji, ale zmusza do zadania istotnych pytań uwikłanych w różnego rodzaju etyczne rozważania. Fenomen antybohaterów potwierdza, że popkultura może być nie tylko dobrą rozrywką, ale i intelektualnym wyzwaniem. Zresztą warto pamiętać, że w serialach nowej generacji grają zwykle świetni aktorzy (np. Glenn Close w „Układach”), mamy więc w tym przypadku często do czynienia z prawdziwą ucztą dla oczu i ucha. A tej, łatwo się z tym zgodzić, nigdy dość.

M.D.: Dziękuję za rozmowę.

B.D.: To ja dziękuję i namawiam czytelników do uważnego przyglądania się kulturze popularnej.