Wydanie bieżące

1 marca 5 (221) / 2013

Magdalena Kempna-Pieniążek,

PSYCHOZA BEZ GROZY

A A A

Niewiele jest obecnie filmów, do których tak dobrze jak do „Hitchcocka” pasowałoby nieco przestarzałe już metaforyczne (a nie gatunkowe) zastosowanie określenia pièce bien faite, sztuka dobrze zrobiona.



Opowieść o realizacji „Psychozy” (1960) – jednego z najsłynniejszych filmów w historii – jaką serwują widzom stosunkowo mało doświadczony reżyser Sacha Gervasi oraz nieco bardziej znany scenarzysta John J. McLaughlin, z pewnością może ucieszyć oko niejednego kinofila. Przyjemność płynąca z oglądania tego filmu nie ma jednak wiele wspólnego z postmodernistycznymi zabawami w rozczytywanie ukrytych interteksualnych nawiązań czy śledzenie głęboko autotematycznych tropów. „Hitchcock”, oczywiście, jest dziełem intertekstualnym (powstał na podstawie książki Stephena Rebello „Alfred Hitchcock and the Making of Psycho”), a także autotematycznym (jako film traktujący o powstaniu innego filmu), nie wymaga jednak uruchomienia specyficznego trybu odbioru, na ogół zarezerwowanego dla tzw. „znawców” czy „miłośników”, by w pełni móc się tymi walorami cieszyć. Zamiast zagłębiać się w niuanse i mnożyć nawiązania, twórcy filmu sięgają po ikoniczne, bez wyjątku szeroko rozpoznawalne tropy, takie jak wizerunek Hitchcocka znany z jego telewizyjnych wystąpień czy portret reżysera z wielkim ptakiem na ramieniu. Film Gervasiego trudno także uznać za szczególnie intrygującą dekonstrukcję samej „Psychozy”; jest on raczej zbiorem ciekawych spekulacji, próbą bezpretensjonalnej zabawy w dociekanie motywów, jakie mogły stać za powstaniem jednego z filmowych arcydzieł.



Oglądany z tej perspektywy, „Hitchcock” wydaje się dobrze dobraną mieszanką (fabularyzowanych) faktów i (teoretycznie bazującej na nich) fikcji. Akcja oscyluje wokół dwóch wątków: obfitującej w liczne trudności realizacji „Psychozy” oraz kryzysu nękającego małżeństwo słynnego reżysera (Anthony Hopkins) z Almą Reville (Helen Mirren). Pierwszy (i zarazem ciekawszy) z tematów daje możliwość zajrzenia za kulisy Hollywood, w świat niejednoznacznych relacji między twórcą-autorem, jakim z pewnością był Alfred Hitchcock, a hegemonią producentów. Tytułowy bohater zżyma się na politykę filmowych studiów, pragnących zarabiać jak najwięcej jak najmniejszym nakładem środków (nie tylko finansowanych), zaciska zęby i cierpliwie tłumaczy cenzorom (w 1960 roku wciąż obowiązywał Kodeks Haysa), że w scenie, w której Marion Crane niszczy dowody kradzieży pieniędzy, niezbędne jest pokazanie muszli klozetowej, co – zdaniem urzędników – nie zdarzyło się dotąd w żadnym amerykańskim filmie.



Drugi z naczelnych wątków, historia przezwyciężania małżeńskiego kryzysu, jest już zdecydowanie mniej błyskotliwie rozpisany (lecz na szczęście błyskotliwie zagrany przez wybitnych aktorów), oscylując wokół doskonale znanego schematu. Alfred i Alma stanowią dobraną parę niepozbawionych dystansu do samych siebie, inteligentnych, kochających się ludzi, przerzucających się ironicznymi komentarzami i – wydawałoby się – znających się nawzajem na wylot. Nawet jednak i w tym zgodnym związku przychodzi moment zmęczenia: pochłonięty realizacją „Psychozy” reżyser nie zauważa potrzeb swojej sfrustrowanej żony, ta zaś – zniecierpliwiona wiecznym pozostawaniem w cieniu Hitchcocka oraz jego nieustanną pogonią za „idealną blondynką” – szuka zastępczego spełnienia w platonicznej relacji z pisarzem Whitfieldem Cookiem (Danny Huston). Oboje główni bohaterowie popełniają błędy i oboje zostają przykładnie – choć niezbyt surowo (wszak „Hitchcock” nie ma ambicji dramatu psychologicznego) – ukarani.



Pomiędzy wspomnianymi głównymi wątkami umiejscowiony jest – na zasadzie łącznika – element trzeci. Poszukując inspiracji dla postaci Normana Batesa, Hitchcock z zainteresowaniem śledzi historię zbrodni Eda Geina (Michael Wincott), dokonując w swojej wyobraźni daleko posuniętej identyfikacji z psychopatą. Zaaranżowane w nieco onirycznej poetyce sceny z udziałem Geina stanowią element być może najbardziej ambiwalentny w całej strukturze filmu: bardzo dobrze zrealizowane i zagrane, równocześnie odsłaniają miałkość „Hitchcocka”, raczej oscylującego na powierzchni dyskursu o potencjalnych źródłach inspiracji twórcy „Psychozy”, niż zgłębiającego tajniki mrocznej osobowości reżysera. W efekcie, zamiast niepokoić i podsuwać wątpliwości co do rzeczywistego charakteru tytułowego bohatera, ukrytego pod zwalistą i (na pozór?) dobroduszną posturą, sceny te niebezpiecznie zbliżają się do szafowania frazesami pokroju stwierdzenia „zło czai się w każdym z nas”.



Bez względu na scenariuszowe i konstrukcyjne uproszczenia, sprawnie zamaskowane wzorcowo poprawnymi zdjęciami, scenografią, charakteryzacją, montażem i muzyką, „Hitchcock” może się objawić wielu widzom jako dzieło niemal doskonałe za sprawą jednego, podstawowego czynnika: aktorstwa. Znakomite kreacje Anthony’ego Hopkinsa i Helen Mirren to oczywiście główne źródło sukcesu, ale chyba nie oddziałałyby one tak mocno bez całej plejady równie doskonale skonstruowanych i zagranych postaci drugoplanowych. Na szczególną uwagę w tym kontekście zasługuje Scarlett Johansson przebojowo wcielająca się w postać Janet Leigh. Kreacja Johansson, wbrew pozorom, opiera się nie tyle na imitacji gestów, mimiki czy sposobu mówienia słynnej aktorki, co na próbie interpretacji, mającej na celu oddanie subtelności charakteru granej postaci – szalenie atrakcyjnej gwiazdy, mówiącej jednak o sobie przede wszystkim jako o żonie i matce, z zainteresowaniem i wątpliwościami przyglądającej się pracy mistrza Hitchcocka, uwikłanego w niejednoznaczną relację z inną aktorką, Verą Miles (Jessica Biel).



Chociaż spośród odtwórców ról drugoplanowych to właśnie Scarlett Johansson udało się wykreować postać najbardziej złożoną i wielowymiarową, nie sposób pominąć także i innych aktorów, odtwarzających jednak głównie pewne typy osobowościowe, naszkicowane kilkoma wyraźnymi, charakterystycznymi, zapadającymi w pamięć kreskami. W grupie tej znalazło się miejsce zarówno dla Danny’ego Hustona (postać Whitfielda to przykład niezbyt utalentowanego karierowicza, pod pozorami ogłady skrywającego intelektualną miałkość), jak i dla Toni Collette (sprawna, szafująca ironicznymi komentarzami asystentka Peggy Robertson) czy Jamesa D’Arcy’ego (neurotyczny, wypierający swe homoseksualne skłonności Anthony Perkins).



Jeśli chodzi o skalę wzbudzanych emocji, „Hitchcock” raczej nie może konkurować z dziełem, które stało się jego tematem, czyli „Psychozą”. Z pewnością jednak może pozostawić w pamięci przynajmniej kilka scen, takich chociażby jak ta, w której tytułowy bohater, ukryty za drzwiami, nasłuchuje reakcji publiczności po raz pierwszy skonfrontowanej ze słynną sekwencją zabójstwa pod prysznicem. Co szczególne, sekwencja ta, w oryginalnej „Psychozie” nakręcona w czerni i bieli, uznawana jest za jedną z najbardziej krwawych w historii kina. W rekonstrukcji jej realizacji w „Hitchcocku” oglądamy plan filmowy zaprezentowany na kolorowej taśmie. Również i tutaj jednak nie pojawia się ognisty kolor krwi. Jest za to – ten jeden raz naprawdę przerażający – Anthony Hopkins wymachujący nożem przed Scarlett Johansson grającą chyba naprawdę w tym momencie pełną grozy Janet Leigh. Oryginalne wrażenie nie jest oczywiście możliwe do powtórzenia, ale twórcy „Hitchcocka” w tym akurat wypadku stają na wysokości zadania: zamiast dublować oryginał (co swego czasu uczynił Gus Van Sant w niezbyt udanym remake’u „Psychozy”), wychodzą w przestrzeń spekulatywnej, ale intrygującej rzeczywistości pozafilmowej. Na szczęście.


„Hitchcock”. Scenariusz: John J. McLaughlin. Reżyseria: Sacha Gervasi. Obsada: Anthony Hopkins, Helen Mirren, Scarlett Johansson, Danny Huston, Michael Wincott i in. Gatunek: dramat biograficzny. Produkcja: USA 2012, 98 min.