Wydanie bieżące

1 marca 5 (221) / 2013

Olga Knapek,

KRÓTKA HISTORIA: OD OPERY DO REKLAMY

A A A

Specjaliści od reklamy nauczyli nas już sporo o języku promocji. Wiadomo, nie używa się tam przeczeń, unika trybu rozkazującego, najlepiej nie stosować fraz ze słówkiem „albo”. Patowe jest też „spróbuj”, bo ponoć zakłada niemożność wykonania, a tego potencjalni klienci nie lubią. Wiemy, że oko patrzącego na plakat reklamowy najpierw zauważa środek, później prawy, górny róg itd. Powszechnie wiadomo też, że blok reklamowy w trakcie filmu nadawany jest o ton głośniej, niż reszta programu. Maratony reklamożerców przyciągają tłumy, są nawet specjalne strony internetowe poświęcone co ciekawszym spotom reklamowym. Obszarów do fascynacji reklamą jest sporo. Temat wydawał się nieco wyczerpany. Tymczasem promocja telewizyjna wraca na pole uwagi, do obrazu dołączając sugestywną ścieżkę dźwiękową.



W zasadzie pomysł jest stary jak historia opery. Wiadomo, dlaczego powstała. Poza całym muzycznym usprawiedliwieniem cech dystynktywnych opery, nie można zapominać o jej społecznej funkcji. Miała opowiadać długie i skomplikowane historie za pomocą odpowiednich dźwięków i ekspresji scenicznej. Połączenie gry aktorskiej i emocji zawartych w muzyce miało zagwarantować idealną opowieść. Obecnie funkcja ta przypadła musicalom, a „Les Miserables” w kinach tym bardziej o tym przypominają. „Les Miserables” stoją w zasadzie na pograniczu tych dwóch gatunków muzycznych (opery i musicalu), tak jak „Nędznicy” Wiktora Hugo jako powieść zawierają w sobie i elementy powieści dygresyjnej, i panoramę obyczajową XIX-wiecznej Francji. Dzięki efektownej grze aktorskiej, specyficznemu, musicalowemu charakterowi wokaliz film z 2013 roku idealnie opowiedział pięciotomowego giganta francuskiej literatury. Zaszło ciekawe zjawisko syntezy treści przez formę.



Co ciekawe, na analogicznej zasadzie opiera się dobór utworów do spotów komercyjnych. Ich zadaniem jest opowiedzenie wszystkiego tego, czego nie da się zmieścić w kilkudziesięciosekundowym filmie reklamowym. Oddziaływanie tych piosenek jest tak silne, że muzyka z reklam (ogólnie) ma już swoich fanów. Powstają specjalne wyszukiwarki internetowe, gdzie po wpisaniu nazwy produktu wyświetlają się informacje o piosenkach użytych w jego reklamie. Wpływ reklamy jest tak silny, że stanowi ona promocję nie tylko dla towaru handlowego, ale dla samej muzyki. Dzięki reklamie Heinekena The Asteroids Galaxy Tour wypromowało „The Golden Age”, a piosenka z reklamy Plusa trafiła na ścieżkę dźwiękową do filmu „Czekolada”. Hitem stała się „Smokescreen” autorstwa Willis, wszyscy kojarzą piosenkę „Blackheart” Two steps from hell z reklamy Playstation. Dzięki spotowi do Kinder Bueno także Selah Sue wypromowała swój album zawierający „This World”.



Mimo niewątpliwej atrakcyjności całej muzyki reklamowej, to właśnie Selah Sue jest najbardziej zjawiskową artystką. Jej kariera dopiero startuje. Oddała swoim fanom jeden duży album (jego reedycja z 2012 roku została powiększona o singlowe utwory z lat 2008-2012) i kilka mini-produkcji. Można zatem spodziewać się dalszego rozwoju Selah Sue. Zwłaszcza, że jej brzmienie idealnie wpisuje się w lukę po Amy Winehouse. Belgijka brzmi podobnie. Analogicznie łączy swoją ciekawą barwę głosu z mocnym, ciemnym beatem. Jej twórczość zawiera się w zbiorze wspólnym soulu, funku i reggae. Efekt jest naprawdę zaskakujący. Piosenki na pierwszej płycie Selah Sue są proste, chwytliwe. Mają w sobie odpowiednio dużo niskich tonów, dzięki czemu dźwięki wydają się jeszcze bardziej zmysłowe i pociągające. Muzyka dobiega jakby z głębi, a to bardzo ciekawe wrażenie. Niestety tematyka utworów Selah Sue nie jest aż tak głęboka. Przez to jej twórczość przypomina zestaw startowy Alicii Keys – dobrze brzmiące utwory o banalnych sprawach przeciętnej nastolatki. Tu nie jest aż tak źle. Teksty nie traktują o porzuconych kochankach i nieszczęśliwej miłości, a jak w „Crazy Vibes” są meta-muzyczne. W „Black Part Love” słyszymy o tym, żeby być takim, jakim się jest naprawdę. Przesłanie utworu przekłada się na jego brzmienie. Pomiędzy czarne dźwięki i soulową aranżację wkradają się instrumenty typowe dla orkiestrowych scenerii (sekcja dęta). Czasem pobrzmiewa zwykły trójkąt.



Może się wydawać, że to całkiem spory galimatias, że wszystkiego tam za dużo. Tymczasem jest czegoś za mało, co dziwne, w dobrym tego znaczeniu. Muzyka Selah Sue jest jak strój spod ręki Coco Chanel. Kreatorka mody lansowała ideę, by zdjąć z siebie ostatnią, założoną rzecz. Miało to zapewnić kreacji subtelność, prostotę i elegancję. Można odnieść wrażenie, jakby Selah Sue robiła to samo. Kiedy śpiewa w mocnych aranżacjach przepełnionych różnymi instrumentami, rezygnuje już z mocnej ekspozycji własnego wokalu i odwrotnie – kiedy tylko stawia na sam śpiew, robi to przy dźwiękach jednego, czy dwóch zaledwie instrumentów. To bardzo obiecujący objaw u tak młodej artystki.



Nowe wydanie jej płyty to właśnie to, od czego powinno się zacząć przygodę z Selah Sue. Duża dawka dobrej, młodej muzyki. Ma w sobie powiew świeżości i nowości. Przywołuje na myśl coś, co dopiero powstało i przepełnione jest energią małych koncertów w ciasnych klubach. A przy tym widać, że muzyka Selah Sue kiedyś dorośnie. Wówczas zyska jeszcze większy wybór i być może pójdzie w jedną ze stron: funk, soul. Bo reggae jest tam raczej ciekawym afrodyzjakiem, niż głównym składnikiem melodycznym. Być może muzyka Selah Sue zrobi dla reggae to samo, co Kinder Bueno dla artystki – dobrą reklamę. Ma ona bowiem szansę przekonać do swojej muzyki fanów przeróżnych gatunków muzycznych.


Selah Sue: „Collectors Edition” [Warner Music Poland, 2012].