Wydanie bieżące

1 marca 5 (221) / 2013

Kamil Zając zamilkając,

PAMIĘTNIK Z FELIETONU. ODCINEK DRUGI: Z MOTYKĄ NA KSIĘŻYC, CZYLI ZAJĘCZE PORYWANIE SIĘ NA "SYLWETKI I CIENIE" ANDRZEJA SOSNOWSKIEGO

A A A

Próbując pisać o wierszach Andrzeja (jestem zaszczycony, że z tej klasy gentlemanem jestem „po imieniu”; w poprzednim zdaniu nie ma cienia kokieterii, żadnych koterii), czuję się jak chłopiec z witką w dłoniach, próbujący zrobić zamach na poziomkowy okop. A przecież wiadomo, że zając o wiele przyjemniej czuje się w poziomkach.

Jeśli mam być szczery (a od dzisiaj chcę być szczery!), jest to skomplikowane przez mój emocjonalny (długo, długo później intelektualny, ale o tym potem i w sumie bez znaczenia) stosunek do tej poezji. Po latach mogę z dystansem spojrzeć na tego młodzieńca, który wpada w zachwyt, czytając pierwszy wiersz „Latem 1987”, pierwszy wers: „A było tak, że twoja śmierć usiadła w moim cieniu”, absolutnie zabrakło mi tchu! Nie było to dotknięcie à la Białoszewski (mam na myśli jakiś rodzaj zabawy językiem, owszem, jednakowoż jakiś rodzaj współodczuwania, podobnie skadrowanego oka kamery na świat przedstawiony), autentyczny zachwyt, rodzaj uwiedzenia, gatunek zmysłowości, delikatności, co tylko było potęgowane przez następne wersy. W swoim ojczystym języku poczułem się wciągnięty w coś, co było zupełnie inne, dotychczas niespotykane i zachwycające. Słowa poruszały moją wyobraźnię, poruszały, wzruszały, zraszały, krzyczały. Tak to widzę, słyszę, czuję po latach.

Wiele fraz weszło na stałe do mojego słownika, języka, czasami wręcz mówionego. Zdaje się, rok później poznałem Karola Pęcherza, któremu pożyczyłem tomik Andrzeja. Mówiliśmy Sosnowskim. Okazało się, że dzieje się to z innymi chłopcami również. Niektórzy językowo-brzmieniowi brutaliści z życia literackiego uknuli termin sosnowszyzna. Nazwy o tyle okropnej, o ile pasującej do desygnatów bez pokrycia, które mają w jakiś wadliwy sposób systematyzować to: że albo ktoś nie ma słuchu, albo że ktoś nie rozumie (choć powinien w sumie poczuć), albo zwyczajnie że nie odnajduje przyjemności, robi oręż, ale czując respekt dla zjawiskowości tej poezji, leci linią najmniejszego oporu recepcyjnego.

Otwarty hermetyzm i suspens – takie terminy, słowa klucze (również francuskie jak miłość) padają w wierszu o jakże wymownym (i oczywiście lekko złośliwym, ale w dobrym stylu!, wielopiętrowym znaczeniowo, jeśli mogę się tak wyrazić) tytule: „Pęcherz Sosnowskiego”, zawartym w tomie „Niskie pobudki” Marcina Świetlickiego, gdzie dalej jest napisane: „Jeśli jednak jest miłość, nie powie się jej tu”.

Tu? Czyli gdzie? – może zapytać ktoś. Na tym łez padole? Po zdjęciu czarnych okularów, obserwując deszcz kodów kreskowych? W wierszu? W życiu? W użyciu? W życiu wiersza? W poezji życia? W użyciu życia? W użyciu wiersza?

Głos oddajmy autorowi (śmierć autora inauguruje promocję jego nowej książki –https://soundcloud.com/ip-identity-problem/nowa-kariera-w-nowym-miescie-a) „Iluminacji” – Arturowi Rimbaud – „Miłość nie istnieje – trzeba ją wymyślić na nowo”. W takim razie „Czym jest poezja? Zapewne nie jest strategią przetrwania, ani sposobem na życie”. Napisał Andrzej Sosnowski w wierszu „Czym jest poezja?” w swojej debiutanckiej książce „Życie na Korei”.

Po kolei. Rozpędziłem się, wszak wiadomo, każdy sam wybiera siebie i swoje zachwyty, więc byłem powalony na kolana, zachwycony (nie ma sensu mnożyć przymiotników; wszak euforia i eter to jedno, na co pewnie znalazłoby się wielu świadków).

Potem była lekcja żywego języka, epigoni, entuzjazm, krytycy i krytykanci. Ukazywały się nowe wiersze, tomiki. Andrzej Sosnowski stał się niechybnie Davidem Bowie polskiej poezji [idąc tropem muzycznych porównań, musimy stwierdzić, że Marcin Świetlicki w tym układzie znaczeń pełniłby rolę Iggy’ego Popa (teraz chcę być twoim psem! common! – polecam tę wersję http://www.youtube.com/watch?v=hLnL61pglb8), Czesław Miłosz – Frankiem Sinatrą, Wisława Szymborska – Barbarą Streisand i tak dalej, i tak dalej]. A przecież jest tak, że jeśli ktoś usłyszy, to albo mu się podoba, albo nie (porusza albo nie porusza, dotyka albo nie dotyka etc.) cała reszta jest naddana („Każdemu według jego snów! Wyrazy niepamięci od najbliższych słów”, z: „Życie po kolei”, tom „Taxi”), wtedy pojawiają się wyobraźnia i język (wyobraźnia języka czy język wyobraźni? nie mam pojęcia; bezwzględnie nie mam bladego pojęcia). Posłużyłem się oczywiście niesprawiedliwą analogią, ażeby pokazać, że istnieje zagrożenie figuratywności, z pisaniem o języku w języku, kiedy się czytało Rimbauda i wzięło do serca postulat, który napisał że „ja – to ktoś inny”.

„Poeta robi z siebie jasnowidza przez długie, bezmierne i wyrozumowane rozregulowanie wszystkich zmysłów. Wszystkie postacie miłości, cierpienia, szaleństwa; sam znajduje i wyczerpuje wszelkie trucizny, aby zachować z nich kwintesencję. Niewysłowiona tortura, do której potrzeba mu całej wiary, całej nadludzkiej siły i od której staje się wielkim chorym, wielkim przestępcą, wielkim potępionym – i najwyższym Mędrcem! – Bo dochodzi do nieznanego! Kultywował przecież swoją duszę bardziej, niż ktokolwiek inny! Dochodzi do nieznanego i kiedy, oszalały, traci na koniec rozeznanie swoich wizji, wtedy je zobaczył! Niech się na śmierć zamęczy, skacząc przez rzeczy niesłychane i nienazwane; przyjdą inni straszliwi pracownicy; zaczną od horyzontów, gdzie tamten stracił siły”.

Artur Rimbaud, „II List Jasnowidza” (do Paula Demeny), 15 maja 1871.

Wróćmy do pierwszego zdania, do pierwszego zachwytu: „A było tak, że twoja śmierć usiadła w moim cieniu”. Co ciekawe, w kontekście całości tego tekstu porwanego pamiętnika z felietonu, który próbuje porywać się na porywającego Andrzeja Sosnowskiego, słowo kładzie się cieniem.

Oddajmy głos wiki [Wiki! Wikusia! Chodź do Pana!]:

„Zdaniem Junga nieświadomość zbiorowa zawiera wiele różnorodnych archetypów. W literaturze najczęściej opisywane są następujące archetypy: cienia – uosobienie zwierzęcej strony natury człowieka; jest odpowiedzialny za pojawienia się w świadomości człowieka i w jego zachowaniu treści nieakceptowanych społecznie”.

[Czyż to nie jest alternatywna definicja aberracji (nawet jeśli na potrzeby narracji)? Świadomość jest tańcem radości, choć mogę być w błędzie, to moja świadomość tańczy.]

Kiedy przeczytałem tytuł pliku „Sylwetki i cienie” (w skrócie – sic!), przypomniała mi się fraza z Elizabeth Bishop: „We caught the sun forever there – the shadows are our own”. Dopiero po chwili gdzieś w oddali zaczął pohukiwać w pociągowym rytmie Blanchota: „nie było nadziei, na przeniknięcie cieni”. Bryła nocy w formatach pustki.

„Dzień to w najlepszym razie jakiś grill; grillowanie i paintball korporacji w durnej siłowni dnia. Rzeźba i masa niechaj się swoim dniem napakują i wypychają. I niech się bez przerwy o coś ubiegają. A potem niech lokują i firmują, i pobierają, pobierają – ciągle za dnia, naturalnie, gdyż od nocy, mówiąc delikatnie, wara!”

Wara i wiara, noc jako dalekowzroczna dziewczyna, ucieczka od mdłego dnia, zawłaszczonego do cna. I jest zarysowana pozorna dychotomia, ale raczej gra: światła i cienia, nocy i dnia, ciała i duszy etc. A przecież po dziś dzień słyszę, jak mówię (na potrzeby rozmowy, choć oczywiście nie tylko), wysamplowując AS: „duszę mam na końcu języka”.

I to jest bardzo ładna deklaracja, bardzo ładna wypowiedź, bardzo ładna odpowiedź (nie tylko na klasyczne pytanie: czy wierzysz w duszę?). „Duszę mam na końcu języka” (i wtedy pojawiają się oczy, i miny tych wszystkich dziewcząt, nierzadko pijanych jak piwonie przed świtem. Absolutnie bezcenne). Weźmy na koniuszek języka, ale bez histerii, coś, co nas niweczy. I wyobraźmy sobie koniuszek języka, to jest bardzo intymny i niebywale przyjemny obraz. I pójdźmy dalej niż na molo: wyobraźmy sobie ten koniuszek języka poety rozkoszującego się, dajmy na to, winem (nie winą! winni są zawsze inni, co nie;). A to przecież Augustyn z Hippony wyznawał, że „poezja to diabelskie wino”. Co jest zdaniem bardzo ładnym w swej kategoryczności, stąd bardzo ładna odpowiedź Andrzeja: „O mój miły Augustynie, wszystko słynie, słynie, słynie”.

Nie można sobie pozwolić na chwilę wątpliwości. („Dubito ergo sum – Wątpię, więc jestem”, panie Kartezjuszu, coś pan świecił odbitym blaskiem tylko, bo przecież wiadomo że „czucie i wiara silniej mówią do mnie”; Pan Cogito versus Pani Dubito. Dubi dubi do, nucimy z przekąsem, pod nosem w noc, w kalamburze). „Ro­zumiej, abyś mógł wie­rzyć, wierz, abyś mógł rozumieć”, powiada miły Augustyn, ale jak oczy mogą śmiać się do słońca, kiedy musimy oddać szaleństwo światła en gros (hurt hurt detal detal) na sprzedaż? Wydawać by się mogło, że to takie nasze signum temporis, że ponowoczesność, postmodernizm etc. Wszak nie da się wyabstrahować od okoliczności, od czasów, od miłości, wobec której bezradny i ogołocony wydaje się być nawet Derrida podczas procesu dekonstrukcji „zagadnienia” ? http://www.youtube.com/watch?v=dj1BuNmhjAY.

„Czuję wstręt do wszelkich zajęć. Właściciele i wyrobnicy, wszystko to niecne gbury. Ręka z piórem i ręka u pługa, jedna warta drugiej. – Ależ to stulecie rąk! – Nigdy nie będzie wśród nich mojej ręki. Służba prowadzi zresztą za daleko.

Nie schodź do schronu. Kiedy najdosłowniej miłość jest magią, która dzieli życie

przez rozkosz i stratę.

[...]

Jak bardzo przygnębia miłość tych wszystkich nienagannych istot, które spacerują po peryferyjnych promenadach w strojach zdolnych szokować farmerów. Prowincja jest zmorą poetów.

[...] [B]o prócz prowincji nie ma nic.

[...] [C]óż miałoby być poza tym, że nic? [...] [C]hodźmy, nic tu nie ma. A więc operujemy tylko pejzażem wewnętrznym!”

[Fragment]

„Dusza nie ma sylwetki, więc nie rzuca cienia”.

Gnoza? Groza? Kto za? Na pewno Platon, który z Państwa chciał usunąć poetów. Choć nie usunął poety z siebie, pisząc, że „światło jest cieniem Boga”.

„Ach, tak jestem opuszczony, że każde wyobrażenie boskie wyzwala we mnie porywy doskonałości.

O moje wyrzeczenia, cudowne moje miłosierdzie! na tym świecie jednakże. De profundis, Domine, jaki ze mnie głupiec!”

[cytaty z boskiego Artura Rimbaud]

Jeżeli poezję Rimbauda ślizgacze po gładkich powierzchniach (nazwijmy ich figurantami, którzy krzyczą: freeze!) usystematyzowali na potrzeby ludzkości („woli Pan ludność czy bezludność? Trochę bez trochę z”) jako poetę wyklętego, to – idąc tym tropem – Andrzeja Sosnowskiego możemy śmiało nazwać poetą zaklętym (mam na myśli to, co oferuje odbiorcy), czego przykładem (bo przecież nie dowodem, bo to nie ta nomenklatura, gdzie możemy mówić o pewności, wszak pewność zgubna jest szczęśliwy, kto uniknął jej) może być wiersz „Grimoire”. Słowo, które stanowi tytuł wiersza, wywodzi się z języka francuskiego i oznacza czarodziejską księgę (magia, abrakadabra etc.) oraz nieczytelne pismo – i bądź tu mądry, i czytaj wiersze, czytelniku, skoro wszystko to takie nieoczywiste i nieczytelne, ale jednocześnie niezwykle pociągające, a nawet momentami niepokojące, jeśli wierzyć/ufać mitycznym pokrętełkom intelektu, które przecież tak łatwo przekręcić.

Oczywiście moglibyśmy zabawić (nie zbawić? zwabieni zbawieniem odmawiajcie) się słowem i przyjąć dychotomiczną tezę: zagadka czy zagładka? Wybór należy do Ciebie.

W poemacie „Gdzie koniec tęczy nie dotyka ziemi” w pewnym momencie lektury (o procesie pisania wiemy niewiele, choć nie jest to proces w stylu kafkowskim, jak sądzę, bo jest w nim czas na uśmiech – taka jest moja koncepcja, tak ja to widzę) zostało napisane:

„[…] regularnie chodzi o to, by kogoś przytrzymać momentalnie zresetować i zmusić do rezygnacji z jego własnych niedorzecznych aberracji i wykrętów od sedna sprawy, którą najlepiej czujemy tylko sami.

Nawet człowiek w celce porusza się zbyt szybko, więc generalnie chodzi o to, by »przygwoździć«”.

„Przygwoździć” i „przytrzymać” to bezokoliczniki bez okoliczności łagodzących, niestety. Pierwsze słowo konotuje oczywiście ukrzyżowanie, a przecież o wiele ciekawsze wydaje się rozwiązywanie krzyżówki niźli bycie krzyżowanym – choćby przez krytykę literacką, czasy i okoliczności mniej lub bardziej sprzyjające. Być gwoździem programu, toż to gwóźdź do trumny! Chodzi przecież o ruch, dynamikę, zmieniające się obrazy, które nie przeszkadzają żyć miłośnikom statyczności w bezruchu uczuć, bo czyż nie o uczucia rozchodzi się w powyższym fragmencie? I w życiu (nie tylko wiersza)?

I już nie chodzi o cel (a w zasadzie ich mnogość, które potęgują bezcelowość), ale o celkę, zdrobnienie celi, przymilenie się do czytelnika, licząc na współodczuwanie. Żeby nie być gołosłownym (chciałbym kiedyś zobaczyć gołe słowa), weźmy „Wiersz dla czytelnika” (już sam tytuł jest apostrofą do Ciebie, mnie i innych) zaczyna się sens-orycznie (by nie powiedzieć oni-rycznie), tka się sytuacja, wspomnienie, melodia i nagle pojawia się wielokropek, znak w poezji Andrzeja spotykany niebywale rzadko i po nich pada fraza: „nie, to zbyt piękne. Inscenizowane / w chińskich półcieniach, specjalnie dla ciebie”.

W zasadzie wszystko jest jasne, drogi czytelniku, nasze drogi zawsze są różne, tylko punkty są styczne. Bardzo ciekawe jest to wyjście od „my” („mieliśmy deszcz na twarzach”: w domyśle oniryczni współtowarzysze sensorycznej drogi przygody) do „ty”. Wydaje mi się to niebywale szczere poinformowanie czytelnika, że uczestniczy w inscenizacji półcieni specjalnie dla niego („Ciebie”).

Ten przepiękny (tak, mówię o swoich odczuciach, gdyż czytałem Rilkego i w wieku lat 14 wziąłem sobie do serca sentencję, że „piękno to tylko przerażenia początek”, po latach przypomniałem sobie, że ten sam poeta napisał: „o jakże dobrze mieć z kim podziwiać piękno!”) wiersz pochodzi z tomiku „Taxi”, który został wydany 10 lat temu. Dekadę później ukazuje się książka „Sylwetki i cienie”. Już nie półcienie, ale cienie wraz z sylwetkami specjalnie dla Ciebie. Rzeczony wiersz kończy się zdaniem: „Miej ostatnie słowo”. Ostatnie w tym wierszu dla czytelnika jest słowo: słowo („a słowo ciałem się stało i zamieszkało między nami”), co ciekawe, poprzedza je wyraz „mieć” („miedź brzęcząca, cymbał brzmiący”) w formie bezpośredniego zwrotu (zawrotu?), ale nie w trybie rozkazująco-dokonanym – „masz”, ale „miej” (nieustannie? nie usta nie?). Państwo czują tę delikatność i brak przymusu? I jak tu w kontekście tego, co powyżej zostało napisane, „przytrzymać” to żywe srebro, tę niejasną, niejednoznaczną, iluminacyjno-echolaliacyjną poezję poety, którego inicjały po angielsku stanowią monodram poezji? Toż to jakaś idea fix, wszak wiadomo że symfonia szamoce się w głębinach, a pieśń to ledwie ad remix.

Andrzej Sosnowski potrafi zachwycać (brzmienie! brzemię? co w nim drzemie? nie wiem doprawdy. do prawdy? nie, ale jeśli już, to tylko w charakterze głównodowodzącego ruchliwą armią metafor!) dźwiękiem, obrazem, przypadkiem, ukradkiem, mimochodem, „z wielu stron, co do słowa, jednym głosem. Z jednej strony, wiele razy. Z jedną myślą, z wielu stron”.



Pamiętnik z felietonu



I miało być o nowej książce „Sylwetki i cienie”, ale że książki lepiej czytać i o nich rozmawiać, aniżeli systematyzować, toteż na koniec pozwolę sobie nawiązać do epilogu najnowszej „książki” Andrzeja Sosnowskiego, który ma tytuł „Nadzieja”. (No, ale żeby napomykać o trzech cnotach głównych w kontekście wierszy Andrzeja Sosnowskiego, doprawdy zabawne). Wróćmy do nadziei, która tkwi w „ludziach dowcipnego serca. W prostocie uprzejmego serca”.

Kochani, proszę wybaczyć ten festiwal wspomnień i napomknięć, próby rozświetlenia lichych mignięć lampeczek metody, ot, taka sylwetka, taki dzień. Przepraszam. Cień! pozdrawiam. Dobra. Noc.