Wydanie bieżące

1 marca 5 (221) / 2013

Dominika Kijek,

JAK PAMIĘTA CIAŁO?

A A A

Debiutancki tom Urszuli Kulbackiej, mimo iż utkany jest z bardzo dobrze nam znanych z dyskursu o ciele wątków i motywów, stanowi dosyć intrygującą i zarazem niepokojącą opowieść o tym, co „dzieje się gdzieś w ciepłym mięsistym wnętrzu”, o tym, z czym ciało miało do czynienia i w jaki sposób to, z czym miało do czynienia, pamięta. Wiersze młodej poetki przybierają postać minikadrów filmowych. Krótkie obrazy wygenerowane są, jak się wydaje, przez fragmentaryczną i reinterpretującą wydarzenia pamięć, przez co oscylują nieustannie pomiędzy jawą i snem, rzeczywistością i wyobrażeniem, świadomością i nieświadomością, możliwym i niemożliwym. Doświadczenia wieku dziecięcego skonfrontowane zostają przez Kulbacką z mnogością doświadczeń dorosłego (dojrzałego?) umysłu i ciała. W efekcie czytelnik otrzymuje literacki obraz nie-Arkadii dzieciństwa, miejsca, z którego wieje grozą.



Wspomniane przeze mnie na początku mięsiste wnętrze funkcjonuje tutaj przede wszystkim jako sceneria dla wydarzeń, z którymi czytelnik zapoznaje się w poszczególnych wierszach. Oczywiście nie tylko ono stanowi przestrzeń, w której rozgrywa się „akcja” utworów Kulbackiej, jednak dochodzi w tej twórczości do takiego rozmycia granic pomiędzy światem zewnętrznym i wewnętrznym, że nietrudno zatracić orientację. Ciało człowieka, rdzennego mieszkańca świata, niejako zaabsorbowało naturowo-kulturową przestrzeń, z którą miało styczność w trakcie swojej dotychczasowej egzystencji. Samo stało się zatem specyficzną (bo noszącą cechy zarówno żywego organizmu, jak i otoczenia) przestrzenią „wydarzania się” zreinterpretowanego minionego, przestrzenią, w której (nie) egzystują jej rdzenni mieszkańcy – dzieci, którymi wcześniej się było, rozmnożone minione „ja”.



Zgodnie z potocznym twierdzeniem, jakoby w każdym dorosłym tkwiło dziecko, Kulbacka personifikuje poddane modyfikacjom i pełne ubytków wspomnienia bohaterów z czasów dziecięcych. Te upostaciowione echa, a może raczej widma sprzed lat, głęboko niepokoją, przypominają dzieci rodem z horrorów – „[…] mają szron w ustach, mówią, że wstręt, / ten twardy wstręt, który nie pozwala im jeść, / rozcina skórę. niosą na rękach tłuste niemowlęta: / ich płacz paruje jak rtęć, nie można go wywietrzyć”. Beztrosko i jednocześnie majestatycznie prezentują na swoich „ciałach” różnorakie uszczerbki (skaleczenia, zadrapania, strzaskane biodra, przetrącone kręgosłupy), śpiewają o głodzie, krwi i bandażach, odciskają się w ziemi, chowają w niej bolące chrząstki, niestraszny im brud, smród i wydzieliny ciała, krew zlizują z rąk, jak gdyby była słodkim miodem… Przerażać może takie poetyckie zbliżenie dzieci do elementów przynależących do topiki wstrętu. Są to jednak wszystko rzeczy wstrętne w przeświadczeniu człowieka dorosłego, nie w przeświadczeniu dziecka, dziecko bowiem, jako istota nie nazbyt skażona jeszcze represyjnym działaniem kultury, nie zna przecież ani tabu, ani wstrętu. Wydaje się zatem, że młoda autorka próbuje wykazać, iż pamięciowy powrót do przeszłości jest podróżą do nie-Arkadii tylko z punktu widzenia kulturowego, z punktu widzenia człowieka wychowanego do wstrętu.



Z jednej strony regres (wyobrażony powrót do tego, co pierwotne) napawa osobnika ukulturowionego odrazą. Z drugiej strony jednak przeszłość i tak wydaje się w wierszach Kulbackiej bezpieczniejsza od teraźniejszości, teraz bowiem „nikt już nie przychodzi z bandażem, nie ma śladu / po świętym mleku pod nosem. z tego strzępka / królestwa wywieziono furgonetką wszystkie // dobre kobiety, ich powidła i naftalinowe kulki”. Matka, choć „wyślizgiwała się z rąk jak mydło”, niegdyś obdarzała opieką: „czyściła ze żwiru nasze kolana”, „wycierała mannę z ust”. Ale z biegiem czasu (prawdopodobnie wtedy, kiedy okazało się, „że ubranka z komunii są za ciasne”) pękać zaczęła tworzona przez nią otulina; trzeba było dorosnąć.



Czytając tomik młodej debiutantki odnosiłam wrażenie, że dorastanie to przede wszystkim ból i przykra walka z samym sobą – z sobą niedorosłym. Książka rozpoczyna się wierszem opowiadającym o chłopcu, który, jak sądzę, dopiero co przeprawił się z brzegu dziecięctwa na brzeg dojrzałości. Pierwszym, co dostrzega, jest kukła przywodząca na myśl Freudowski totem; chłopiec jednak niewiele jeszcze wie na temat kulturowo ukonstytuowanej władzy, a to pozwala mu widzieć w kukle tylko kukłę: „głowę zatkniętą na patyk: / nieruchomego władcę z krwi i kości, martwe berło lata”. Jak mówi motto wiersza „Wydrążone domy”, świat prezentowany w poezji Kulbackiej to „kraina z której dzieci wykradły wszystkie oczy”. Wydaje się, że poprzez usytuowanie bliżej tego, co pierwotne, dziecko widzi więcej (i, co więcej, ma jeszcze do tego prawo), podczas gdy dorastanie, czyli odchodzenie od tego, co matczyne, oraz wkraczanie w porządek symboliczny, obliguje do ślepoty: „ojciec to ojciec. kiedy przyjdzie, / trzeba smarować chleb masłem, żuć jęczmienne placki. // trzeba udawać, że chodzi się po omacku”.



Owo chodzenie po omacku oznacza w tej poezji chyba przede wszystkim niedostrzeganie cielesnego uposażenia człowieka. Dorosłość, którą nazwać by trzeba konkretnie dorosłością kulturową, próbuje zawoalować to, co czyni nas bliskimi Naturze. Usiłuje tego dokonać m.in. za sprawą mnogich rytuałów, które w utworach młodej poetki – już przez sam ich dobór – wydają się śmieszne i absurdalnie naiwne, mamy tu bowiem cały arsenał przesądów, takich jak: plucie przez ramię, czy formułek utworzonych na podobieństwo znanych nam frazeologizmów, typu: „kto jest bez grzechu, niech pierwszy posoli mu rany”, „one musiały umrzeć, takie jest prawo księgi dżungli”. Absurdalność rytuałów Kulbacka eksponuje dodatkowo przez fakt, że każe posługiwać się nimi dzieciom. Taka Kultura wydaje się fantasmagorią – nie sposób jej brać na poważnie.



Kulturowe odwodzenie człowieka od kwestii pierwotnych i ostatecznych jest – zgodnie z ideą „rdzennych mieszkańców” – skazane na niepowodzenie, bowiem i tak „wewnątrz ucztuje śmierć”. Ciało (nieważne czy dorastające, czy starzejące się) pozostaje pod przemożnym wpływem Natury, zmierza na powrót ku temu, co powinno być mu najbliższe – ku ziemi, której jest rdzennym mieszkańcem. I choć żyjący „śpiewa o głodzie i wabieniu”, choć niesie na ustach „kłusowniczą pieśń”, to w końcu i tak „trawa – potulny grabarz – wystąpi przeciw niemu, wybierze co do naczynka”. Życie jest według Kulbackiej (zgodnie z jednym z tytułów jej wierszy) wężem, który połyka swój ogon; egzystencja w świecie polega na tym, że pochłaniamy i zostajemy pochłonięci. Jedyną właściwością ciała, jedynym, co ono posiada, jest, zdaje się, mięsność i nic ponad tę mięsność mu się chyba nie należy – wszak „o którejś z plag / mówią, że odda ludziom, co ludzkie, nie będzie tego wiele”. Tylko „cmentarz / wygląda jak kielich słodyczy wypełniony po brzegi”, tylko wciąż wzbogacająca się w kolejne ciała „ziemia staje się coraz droższa, jej imię to obfitość”.



Nie ulega wątpliwości, że Kulbacka w swoim tomie zwraca uwagę na problemy, na które zwrócono uwagę już wielokrotnie, że pozostaje – nie bójmy się tego powiedzieć – w panujących obecnie poetyckich trendach. Jest jednak w tym tomie coś, co wciąga, intryguje, daje do myślenia… coś fascynującego i groźnego, coś głęboko prawdziwego, co sprawia, że mamy ochotę zgłębiać poszczególne minihistorie, po raz kolejny dokopywać się do skór i kości, do tych – jak pisze autorka w „Przepychu” – skarbów ziemi. My także jesteśmy przecież tej ziemi rdzennymi mieszkańcami.


Urszula Kulbacka: "rdzenni mieszkańcy". Biblioteka ARTERII. Łódź 2012.