Wydanie bieżące

1 marca 5 (221) / 2013

Michał Paweł Urbaniak,

PRZEZWYCIĘŻYĆ KŁAMSTWO

A A A

Zaczynając analizę powieści „Krasnoludki nie przyjdą”, pierwszej wydanej w Polsce książki Sary Shilo, można najogólniej stwierdzić, że jest to rzecz o trwaniu w cieniu nieustannego zagrożenia. Mieszkająca w małym izraelskim miasteczku rodzina Dadonów, imigrantów z Maroka, za wszelką cenę stara się żyć normalnie, pomimo ciągłych ataków bombowych bądź alarmów zwiastujących takie ataki. Tylko czy da się prowadzić zwyczajne życie, kiedy złowieszcze katiusze zupełnie dezorganizują codzienność? Nie. Podczas alarmu „normalność” ulega swoistemu zawieszeniu, ulice pustoszeją, przestają funkcjonować zakłady pracy, szkoły, sklepy, a ogarnięci przerażeniem mieszkańcy miasteczka w panice uciekają do schronów. Ten czas ma specyficzne mechanizmy i reguły, świetnie zobrazowane przez Shilo. Ludzie balansują pomiędzy zezwierzęceniem (strach, który karze w jednej chwili porzucić wszystko, czasem nawet najbliższych – uciekająca do schronu Eti Dadon po drodze gubi młodszych braci), a próbą oswojenia sytuacji. Gdy lęk mija, rozpoczynają się pełne złości dyskusje, zajadłe kłótnie, porównania z poprzednimi atakami, bezsensowne licytacje – Edi relacjonuje: „Zaraz po tym, jak ktoś powiedział, że nie ma porównania [z poprzednimi atakami – przyp. mój – M. P. U.], wszyscy ruszyli wystawiać na stół swoje talie kart i grać w wojnę – kto ma wyższą, tak właśnie ich sobie wyobrażałam, jako hazardzistów przy stoliku”. Wraz z odzyskanym bezpieczeństwem pojawia się nawet pewnego rodzaju ekscytacja związana z niedawnym zagrożeniem śmiercią. Ciżba ludzka „teraz, kiedy już jest bezpieczna, chciałaby móc jak najbardziej przybliżyć się do śmierci, żeby móc potem opowiadać, jak wielkie miała szczęście, że cudem się uratowała”.

Jednak wbrew pozorom zagrożenie z zewnątrz nieustannie towarzyszące bohaterom jest tylko swoistym dodatkiem dezorganizującym i tak już nieuporządkowaną rzeczywistość. Innymi słowy, prawdziwy dramat Dadonów, będący głównym tematem tej powieści, rozgrywa się w ich własnym domu rodzinnym, niejako poza spadającymi z nieba katiuszami. Nieoczekiwana śmierć Mas’uda Dadona, właściciela lokalnego baru z falafelami, kończy pewną epokę w życiu tej rodziny. Shilo kreśli to niezwykle wyraziście. Nie bez przyczyny „król falafela” (jak powszechnie nazywa się Mas’uda) na kilka dni przed śmiercią organizuje nader wystawną bar micwę dla najstarszego syna. Uroczystość ma stanowić potwierdzenie wysokiej pozycji tej rodziny w miasteczku i podkreślić jej zamożność. Tym bardziej znaczący jest upadek społeczny Dadonów dokonujący się niebawem i to na wielu płaszczyznach. Przede wszystkim lokal „króla falafela” przestaje być dochodowy – chciwi i liczący tylko na szybki zysk bracia Mas’uda przejmują kontrolę nad firmą i przekształcają to prawdziwe magiczne miejsce w zwyczajny, podobny do wielu innych bar, co oczywiście nie przekłada się na większą popularność wśród klientów. Jednak odejście „króla falafela” to przede wszystkim indywidualna tragedia dla każdego z członków rodziny. Simona, dotąd adorowana i rozpieszczana przez męża, zaczyna pracować. Kobi, najstarszy syn Mas’uda, musi błyskawicznie dorosnąć, by przejąć rolę głowy rodziny. Rozpaczliwe próby odnalezienia się w rzeczywistości bez ojca podejmują również młodsze dzieci: Edi, Itzik i Dudi. Wszyscy oni zabierają głos po kolei, aby opowiedzieć tę samą historię ze swojej perspektywy. Tak poszarpana narracja wyraźnie pokazuje, jak oddalili się od siebie członkowie tej rodziny (dość wspomnieć, że każdy z nich ujmuje wydarzenia inaczej, a poszczególne opowieści mają niewiele wspólnych punktów). Warto się zresztą zastanowić, czy określenie „rodzina” jest zasadne. Wszak Dadonowie żyją ze sobą, ale pozostają obcy dla siebie nawzajem, zamknięci we własnym bólu. Łączy ich właściwie tylko… kłamstwo.

Eti mówi, że kłamstwo „stało się już domownikiem, jakby było niemowlęciem urodzonym zaraz po Chaimie i Oszrim. Ono zmieniło życie nas wszystkich”. Nie bez przyczyny padają tu imiona najmłodszych z rodzeństwa bliźniaków-pogrobowców. To właśnie na ich użytek powstało kłamstwo. Simona nie chciała, aby najmłodsze dzieci chowały się bez ojca, więc nie protestowała, kiedy Chaim i Oszri zaczęli mówić „tato” do Kobiego – najstarszego brata, a Mas’uda zaczęli uważać za swego dziadka. Wkrótce kłamstwo jakby podporządkowuje sobie Dadonów staje się wyznacznikiem nowej chorej rzeczywistości – i można by się zastanawiać, czy to właściwie nie ono – a nie sama śmierć ojca – rozbija tę rodzinę. Eti opowiada: „kłamstwo rosło razem z Chaimem i Oszrim. Ja je obserwowałam i widziałam, jak puchnie, jak nabiera sił i jak zaczyna się szarogęsić w całym domu, nie pytając nikogo o pozwolenie”. Dziewczyna postanowi w końcu przerwać lata życia w zakłamaniu i w przeddzień szóstej rocznicy śmierci Mas’uda wyjawi prawdę najmłodszym braciom. Wierzy, że w ten sposób zdoła pokonać kłamstwo i ocalić rodzinę.

Wybór narratorów wydaje się nieprzypadkowy i potwierdza, że w tej historii chodzi przede wszystkim o wyniszczającą moc kłamstwa. Wszak opowiadają tylko ci, którzy są w nie zamieszani (nieświadomi niczego Chaim i Oszri nie mają prawa głosu). Jednocześnie każda z narracji mogłaby stanowić odrębną całość, pokazującą różne sposoby zmagania się z pełną niebezpieczeństw rzeczywistością.

Owdowiała Simona czuje się tak, jakby to ona umarła. Dawniej należała do społeczności jako królowa (nazywano ją „Naszą Simoną”), wzbudzała powszechny podziw i zazdrość. Nie musiała pracować, gdyż we wszystkim wyręczał ją mąż. Dnie spędzała na snuciu się po miasteczku, spotkaniach towarzyskich i wywyższaniu się ponad innych: „Zawsze coś tam miałam: a to pończochy przywiezione z miasta, a to nowe perfumy, a to fryzurę, co jej jeszcze nikt nie widział w miasteczku, albo bransoletkę od Mas’uda. (…) Wszędzie, gdzie przechodziłam, ludzie podnosili głowy znad roboty, śmiali się, zapominali o kłopotach i marzyli, żeby pewnego dnia znaleźć się na moim miejscu”. Po śmierci męża przestała być królową, została wyraźnie zdegradowana w oczach społeczności. Z „Naszej Simony” zmieniła się w „Simonę Harującą” – podjęła pracę w żłobku, zajęła się domem, przestała dbać o swój wygląd. Swoją historię w „Krasnoludki nie przyjdą” przedstawia, siedząc samotnie na szkolnym boisku. Ma nadzieję, że zabije ją kolejna katiusza (choć w swoim przekonaniu – jak wspomniałem – Simona już jest martwa). Opowiadając, zwraca się często do nieżyjącego męża i – można śmiało stwierdzić – właściwie tylko z nim nawiązuje nić porozumienia. Dzieci zajmują zdumiewająco mało miejsca w jej opowieści, zresztą one same nie poświęcają Simonie wiele więcej słów (nawet Kobi, kiedy matka pojawia się jego opowieści, nie mówi o niej inaczej niż „ona”) - więź rodzinna i emocjonalna Dadonów jest wyjątkowo słaba. Warto się zastanowić, czy skoncentrowana przede wszystkim na sobie Simona Dadon cierpi po śmierci męża, czy raczej żałuje straconego prestiżu społecznego i wygodnego życia. To postać tragiczna i niejednoznaczna.

Kobi Dadon, najstarszy syn Mas’uda, dźwiga osobny dramat. Śmierć ojca wymogła na nim zbyt wczesne wejście w dorosłość, konieczność poradzenia sobie z ogromną odpowiedzialnością za rodzinę. To bodaj najbardziej zagubiony z bohaterów. Wchodzi nie tylko w rolę głównego żywiciela rodziny, czy rozsądnego starszego brata, ale również – poprzez kłamstwo – w dwuznaczną rolę ojca dla najmłodszego rodzeństwa, a tak do końca nie jest żadnym z nich. Nie umie się odnaleźć wśród tylu masek. Rodzeństwo pała do niego niechęcią, dla pogrobowców jest ukochanym ojcem, dla matki pozostaje ni to synem, ni to zastępnikiem męża (on sam – jak już nadmieniłem - nie mówi do niej „mamo”, a przy opisie używa neutralnego „ona”). Przez to wszystko tkwi też w pułapce własnej rozbudzającej się seksualności – odgrywając rolę małżonka i dzieląc z Simoną łóżko, z oczywistych względów nie może zarazem prowadzić życia erotycznego – z jednej strony wszak znajduje się nietykalna matka, z drugiej dbałość o utrzymanie pozorów, która nie pozwala na – naturalne w tym wieku – romansowanie z dziewczynami. Kobi próbuje przeskoczyć problemy rzeczywistości – odkłada zarobione pieniądze na pokazową kawalerkę, której kupno ma stać się początkiem nowego życia (i jednocześnie namiastką dawnego, w którym matka była królową). Warto zauważyć, że w tych marzeniach wchodzi w rolę ojca – nie ma w nich miejsca dla Eti, Dudiego i Itzika, dla których pozostaje bratem: „Nie pisnąłem jej [tj. Simonie – przyp. mój – M. P. U.] nawet słówkiem o mieszkaniu, dowie się dopiero, kiedy będzie miała w ręku klucze. Już widzę jak stoi tam w Riszon, razem ze mną, Chaimem i Oszrim. Niczego nie weźmiemy ze starego domu, nawet jedna szmata z nami nie pojedzie. Wszystko czyściutkie będzie tam na nią czekać. Już widzę, jak otwiera drzwi, jak klucz wypada jej z ręki, jak musi usiąść z wrażenia i prosi mnie o krzesło. Ale co tam krzesło, biorę ją od razu do salonu, na fotel. Z kuchni przynoszę szklankę schłodzonej wody. Obserwuję, jak powoli odzyskuje kolory na twarzy i od razu wchodzi w swoje nowiutkie życie, z nowymi prześcieradłami, ręcznikami, naczyniami. Wszystko nowiusieńkie tam sprowadzę”. Jednak ostatnia scena z udziałem Kobiego (wizyta w arabskiej wiosce) pokazuje, że ten przedwcześnie dojrzały młody mężczyzna pozostaje w rozsypce emocjonalnej i jest rozpaczliwie spragniony opieki i poczucia bezpieczeństwa.

Kolejni narratorzy - bracia Itzik i Dudi – są diametralnie różni. Ten pierwszy fizycznie jest kaleką (kończyny nie zdążyły mu się wystarczająco wykształcić przed urodzeniem), ale jednocześnie odznacza się pomysłowością i energią. To on próbuje po dziecięcemu okiełznać strach przed terrorystami, tresując pustułkę o imieniu Dalila (ptak ma wydłubywać oczy terrorystom). Poza tym Itzik – chyba jako jedyny z rodziny – pragnie znaleźć odpowiedzi na pytania o sens życia samego w sobie i przejrzeć mechanizm działania Boga (wiedza pomaga zwalczyć lęki). Z kolei Dudi – sam dosyć bierny i zagubiony – jest całkowicie podległy bratu, wierzy mu bezgranicznie, wykonuje wszystkie jego rozkazy, zastępuje mu ręce i nogi (na przykład przy kradzieżach, których chłopcy często dokonują z rozmaitych powodów). Nie chce być samodzielny, nie chce stawać w konfrontacji ze światem (w przeciwieństwie do niepełnosprawnego brata). Wciąż przeżywa śmierć ojca, nie potrafi i nie chce go wyprzeć z pamięci. W finale swoich opowieści (obie są nieprzypadkowo zamieszczone w jednym rozdziale) Itzak niejako traci siły (kiedy zabija Dalilę - wraz ze śmiercią ptaka misterny plan unieszkodliwienia terrorystów przestaje mieć rację bytu), a Dudi zdobywa się na samodzielność i bunt.

Ostatnią z opowiadających jest Eti, która boi się świata i kontaktu z obcym człowiekiem – swoistym azylem stanie się dla niej słuchanie radia: „Oby nikt nie chciał się z nią zaprzyjaźnić ani jej dotknąć. Eti wystarczy w zupełności radyjko – gdy tylko widzi, że ktoś się zbliża, jej ręka automatycznie wędruje do plecaka i szuka odbiornika”. To ona najwnikliwiej opisuje koszmar ataków bombowych (gdy spadają katiusze, biegnie do schronu). To również ona nazywa kłamstwo po imieniu i w końcu postara się „odczarować” rodzinę (w końcu tytułowe krasnoludki nie przyjdą, aby to zrobić). Ujawnienie prawdy ma przede wszystkim przywrócić właściwie miejsce ojcu, który choć zmarł, wciąż jest obecny w życiu Dadonów – jego córka wspomina szczęśliwe chwile spędzone w „królestwie” Mas’uda, Kobi nie może znieść zdjęcia „króla falafela”, które przypomina mu o tym, że to nie on jest faktycznym ojcem rodziny, Dudi widzi w zmarłym surowego i rozczarowanego sędziego, a dla pogrobowców stanowi on figurę dziadka. Z kolei Simona – która często bezpośrednio zwraca się do ukochanego mężczyzny - w swoich wyobrażeniach wręcz oprowadza męża po odnowionym mieszkaniu. W gruncie rzeczy nie wiadomo, czy demaskacja kłamstwa wyzwoli tę rodzinę, czy przyniesie szczęście – powieść urywa się w momencie wyznania prawdy.

Jednak „Krasnoludki nie przyjdą” są nie tylko przejmującą i wielopłaszczyznową książką, wobec której trudno pozostać obojętnym, ale także świadectwem świetnie opanowanego warsztatu. Shilo potrafi poruszyć czytelnika przy użyciu niewielu środków wyrazu. Postaci zadziwiają wyrazistością i psychologiczną głębią, ich dramaty są przejmujące (choć opisane praktycznie bez psującego efekt patosu), a konflikty, które nimi targają, w pełni zrozumiałe. Na uwagę zasługuje również język – wyważony, oszczędny, a jednocześnie niezwykle plastyczny, pełen obrazowych metafor i trafnych porównań. Sara Shilo w „Krasnoludki nie przyjdą” udowodniła, że umie przedstawić niebanalne historie w bardzo wyrafinowany sposób – pozostaje mieć nadzieję, że polskiemu czytelnikowi przyjdzie się jeszcze niejednokrotnie o tym przekonać.


Sara Shilo: „Krasnoludki nie przyjdą”. Przeł. Agnieszka Podpora. Wydawnictwo Czarne Wołowiec 2013 [seria: Proza świata].

"artPapier" objął nad książką patronat medialny.