Wydanie bieżące

15 marca 6 (222) / 2013

Adam Andrysek,

ZMYSŁOWO O KINIE

A A A
Nowości wydawnicze
Już sam pomysł podjęcia tematu zmysłowego doznawania kina uważam za świadectwo szczególnej odwagi Justyny Budzik. Trudno nie dostrzec bowiem wielu niebezpieczeństw stojących przed osobą próbującą na kartach książki zawrzeć możliwie szczegółowy opis kinematograficznego doświadczenia, aspirując ponadto do nadania efektowi swych rozważań waloru naukowości. Efemeryczność owego doznania zdaje się uchwytna jedynie dla poetów, malarzy, filozofów, nigdy zaś dla badaczy kultury audiowizualnej. „Dotyk światła. O zmysłowym doznawaniu kina” przyciąga więc czytelnika zainteresowanego audiowizualnością chociażby za sprawą sposobu ujęcia trudnego tematu. Innym, zapewne ważniejszym, powodem skłaniającym odbiorców do sięgnięcia po tę publikację jest jej oryginalność i unikatowość na polskim rynku wydawniczym. W kontekście dynamicznych zmian technologicznych, prymatu cyfrowości oraz popularności terminów takich jak „konwergencja”, „paratekst” czy „hipertekst”, powrót do „źródła”, rozumianego jako sala kinowa wraz ze znajdującym się w niej widzem oraz skupienie się na jego / jej doznawaniu kina okazują się wyjątkowo interesujące. Założeniem (być może jedynie implicite) książki Justyny Budzik jest więc odświeżenie dyskursu medio- i filmoznawczego, jak również ponowne pochylenie się nad fenomenem projekcji filmowej. Czy zostało ono zrealizowane?

Najbardziej chyba fascynującym fragmentem książki Budzik jest poruszona przez nią kwestia tego, czy można dotknąć światła emitowanego z kinowego projektora. Tym jednym, z pozoru błahym, może nawet zabawnym pytaniem autorka uruchamia wyobraźnię czytelnika, zabierając go w podróż najpierw po ciemnych, nasyconych erotyzmem salach kinowych, później ulicami miast rozświetlonych jaskrawymi neonami.

Jeszcze jednak przed postawieniem kluczowego dla całej książki pytania badaczka prowokuje do refleksji nad światłem projekcji kinematograficznej. Co w istocie znaczy dla nas blask sączący się z kabiny projekcyjnej? W trakcie lektury opisywanego fragmentu przypomniałem sobie jedno z najintensywniejszych wspomnień kinowych mojego życia. Wiele lat temu (prawdopodobnie około 1997 roku) jako dziecko uczestniczyłem w ostatnim seansie filmu „Gwiezdne wojny: część VI – Powrót Jedi” w jednym z niewielkich studyjnych kin regionu. Zajmowałem centralne miejsce w ostatnim rzędzie, tuż pod szybą oddzielającą salę kinową od kabiny projekcyjnej. W pewnym momencie taśma, z której prezentowano film, uległa zerwaniu; moim oczom zupełnie przypadkowo ukazała się więc istota kina – światło w czystej postaci. Po naprawieniu usterki projekcja została wznowiona, do końca seansu byłem już jednak świadom obecności wiązki światła migoczącej nad moją głową, dotychczas dla mnie przezroczystej.

Doświadczenie związane z przywołanym wspomnieniem sprawia, że nie mogę nie zgodzić się z autorką, która słusznie zauważa: „[s]tożkowata wiązka projekcyjna fascynuje nie ze względu na swoją treść obrazową, która poza ekranem jest nie do odczytania, lecz ze względu na swoją szczególną strukturę, znajdującą się między niematerialnością a materialnością” (s. 47). Światło projektora ma różną gęstość, zdaje się w istocie namacalne, prowokując wręcz do podejmowania prób jego dotknięcia. Powyższy trop w książce Justyny Budzik znajduje rozwinięcie chociażby we fragmencie poświęconym słynnemu dziełu Bernardo Bertolucciego „Marzyciele” (2003). Autorka wyczerpująco opisuje fenomen kinofilii, zwracając szczególną uwagę na przestrzeń projekcji, w której uczestniczyli przyszli przedstawiciele francuskiej Nowej Fali. W powyższym kontekście jako wyjątkowo interesująca jawi się silna potrzeba nowofalowców do percypowania filmu z pozycji możliwie najbliższej ekranu. Szczególnie „zaangażowanym” widzom siedzenie w pierwszych rzędach umożliwiało uzyskiwanie obrazu „świeżego”, odbitego wprost od ekranu.

Skomplikowana problematyka zmysłowego doznawania kina wymagała od autorki wypracowania klarownej i funkcjonalnej struktury wywodu. Trzeba przyznać, że podział książki na cztery części okazał się bardzo dobrym rozwiązaniem. Poprzez specyficzny sposób prowadzenia narracji autorka zaprasza czytelnika do odbycia wraz z nią podróży śladami zmysłowości kina – co uwidacznia się także w strukturze publikacji. W części pierwszej Justyna Budzik szkicuje „projekt zmysłowej antropologii kina”, stanowiący rodzaj uzasadnienia dokonywanych przez nią wyborów. Metodologiczny punkt wyjścia zapewnia jej archeologia dyskursu, opierająca się na badaniu poszczególnych elementów istniejących w rozproszeniu, z równoczesnym akcentowaniem indywidualnej osobowości badacza. Autorka proponuje tym samym własną drogę badania zmysłowości kina w oparciu o archeologię dyskursu „kinomiłosnego”, wykorzystującą subiektywnie wybrane eksponaty.

Szczególne miejsce w refleksji nad taktylnością kina oraz w rekonstrukcji dyskursu „kinomiłosnego” zajmuje wspomniana już przestrzeń sali kinowej. Powyższemu elementowi prawie w całości poświęcona została druga część książki, a szczególnie doskonała, obszerna analiza oraz interpretacja obrazu Edwarda Hoppera „Nowojorskie kino”. Właśnie tutaj charakterystyczny styl Justyny Budzik błyszczy całym swoim blaskiem. Rzadko zdarza się, by publikacje naukowe w tak przemyślany, umiejętny sposób łączyły elementy języka akademickiego i analitycznej obserwacji z ogromną swobodą oraz plastycznością opisu. Grzechem byłoby niezacytowanie chociażby jednego fragmentu: „Podwieszone kinkiety nie świecą tak ostro i intensywnie jak te po prawej stronie obrazu, ale ich delikatne światło czyni rozpoznawalnymi dwoje widzów: mężczyznę i kobietę. Nie siedzą oni obok siebie, ale w oddzielnych rzędach, jednak usytuowanie wzdłuż ukośnej linii wytwarza między nimi niewidzialną więź. Są samotni, ale czy sami? A może należy odwrócić pytanie: sami, ale czy samotni? (…) Być może widzowie «Nowojorskiego kina» doświadczają czegoś więcej niż tylko projekcji filmu – uczestniczą w zmysłowej przestrzeni seansu, wypełnionej spojrzeniami. Delikatnie zapadają się w pluszowe fotele, czują ich miękkość. Wokół nich monumentalna ornamentyka jest także taktylna, plastyczna, modelowana przyćmionym światłem podwieszanych lamp” (s. 45-46).

Powyższy cytat obrazuje zmysłowość opisu, którą autorka wykorzystuje w swym dziele wielokrotnie. Jest to, moim zdaniem, najlepsza droga do scharakteryzowania podjętego tematu. Justyna Budzik płynnie rozwija postawione wcześniej tezy, konsekwentnie dowodząc obecności głęboko erotycznych i taktylnych doznań w przestrzeni sali kinowej.

W dwóch ostatnich częściach książki autorka wychodzi wraz z czytelnikiem z ciemnej przestrzeni projekcji na ulice miasta. Jej spojrzenie kieruje się na umiejscowienie kina w tkance miejskiej oraz sposoby przyciągania widzów w obręb jego oddziaływania (szczególna rola fasady i neonu). Poruszone zostają tu między innymi kwestie: miejsc archiwizacji zbiorów filmowych, istotnych różnic w doświadczeniu kinematograficznym w zależności od rodzaju kina (studyjne lub multipleks) oraz odbioru bodźców charakterystycznych dla przestrzeni sali kinowej we współczesnym miejskim krajobrazie.

W ostatniej części „Dotyku światła”, poświęconej m.in. neonom, wyświetlaczom i wszelkiego rodzaju miejskim ekranom, razi konsekwentne lokalizowanie wyrazu „display”, które – choć uprawomocnione – wydaje się bezzasadne. Strategia ta niejednokrotnie odwraca uwagę czytelnika od właściwej treści. Zdania typu: „Takie właśnie obrazy opanowały współczesne miasto – emanujące z displejów przytwierdzonych do elewacji budynków (s. 134)”, sprawiają, iż odbiorca zostaje wybity z rytmu lektury, a jego skupienie – zupełnie niepotrzebnie – ulega rozproszeniu. W stosunku do jednego z fragmentów książki można ponadto sformułować zarzut powtarzalności treści w łudząco podobnej formie. Dla porównania dwa cytaty, oddalone od siebie o kilka stron: „W centrum handlowym trudno odnaleźć symbolizm i metaforykę pejzażu miejskiego. Budowanie mallu jest tylko odtwarzaniem mapy, a między nim a miastem rzadko zachodzi wzajemna komunikacja, która mogłaby wzbogacić poznawanie przestrzeni. Trudno szukać w centrum handlowym subtelności XIX-wiecznych pasaży, zachowujących intymność wnętrza mieszkalnego i widowiskowość sfery publicznej” (s. 80); „I chociaż wnętrza centrum handlowego często aranżowane są na wzór struktury przestrzennej miasta, trudno w nich odnaleźć symbolizm i metaforykę pejzażu miejskiego. Budowanie przestrzeni mallu jest tylko kopiowaniem mapy, między marketem a miastem nie zachodzi nawet wzajemna komunikacja. Trudno szukać w centrum handlowym subtelności XIX-wiecznych pasaży, oferujących wrażenia właściwe i dla sfery publicznej, i dla wnętrza mieszkalnego” (s. 86).

Należy jednak pamiętać, że w kontekście całej książki powyższy zarzut (dotyczący wyłącznie zacytowanego fragmentu) ulega znacznemu osłabieniu – w przypadku tak obszernej i skomplikowanej pracy trudno uniknąć bowiem różnego rodzaju przeoczeń.

„Dotyk światła” Justyny Budzik prowokuje widzów kinowych do głębszej refleksji nad otaczającą ich rzeczywistością audiowizualną oraz do zatopienia się (po raz pierwszy? ponownie?) w dyskursie „kinomiłosnym”. Odnoszę wrażenie, że w przypadku konieczności obrania którejś ze stron w „sporze” miłośników celuloidu i zwolenników cyfrowych projekcji, autorka chętniej zidentyfikowałaby się z pierwszymi, tęskniącymi za odgłosem pracy analogowego projektora lub za wypełnionymi gazem rurkami miejskich neonów. Czy owa tęsknota jest uprawomocniona? Po lekturze książki sądzę, że tak. Również i ja, jako zwolennik przemian technologicznych, a więc częściowo także i nowoczesnych multipleksów, zacząłem tęsknić za seansem filmowym w cichym, małym, archaicznym – chciałoby się rzec – kinie. Jedno jest pewne: z biegiem czasu coraz trudniej będzie doznać czystego światła kina zrodzonego z urwanej taśmy celuloidowej…
Justyna Budzik: „Dotyk światła. O zmysłowym doznawaniu kina”. Wydawnictwo FA-art. Katowice 2012.