Wydanie bieżące

15 marca 6 (222) / 2013

Maciej Duda,

NIE MYŚLĘ, WIĘC JESTEM. ARCHEOLOGIA PEWNGO ŻARTU

A A A
Naga Wyspa i znajdujący się na niej obóz dla politycznych więźniów nie jest dla polskich czytelników novum. Już w czasie, gdy Polacy jeździli na tzw. egzotyczne wakacje do Socjalistycznej Federacyjnej Republiki Jugosławii mogli spodziewać się tego, że ów raj musiał posiadać także rewers – tę mniej barwną stronę – jak każdy system zarządzany silną ręką wodza. Zostawmy jednak intuicje. Dziś, by zauważyć odwołania do literacko mityzowanej kategorii Nagiej Wyspy, wystarczy pochylić się nad współczesną bałkańską beletrystyką i eseistyką tłumaczoną z języka chorwackiego czy włoskiego (przypadek albańskiej pisarki Orneli Vorpsi). To właśnie zesłania na Nagą Wyspę boją się bohaterki Orneli Vorpsi, o tejże pisze także Dubravka Ugresić. W pierwszym przypadku wyspa jest tajemniczym bytem. Można na nią trafić niespodziewanie, z dnia na dzień, bez zapowiedzi. Można wyjść do pracy i nie wrócić do domu, zapaść się pod ziemię, wpaść jak kamień w wodę, a ci, którzy zaczną szukać zaginionego/zaginionej, usłyszą tylko, by tego zaprzestali, ponieważ zaginiony najwyraźniej wyjechał w rodzinne strony i porzucił dotychczasowe życie. Autorka „Kraju, w którym się nigdy nie umiera” próbuje zrekonstruować kategorię Nagiej Wyspy tak, by odpowiadała ona ówczesnej wiedzy jej bohaterek. Toteż czytelnicy nie mają dostępu do faktów, do historii, pozostają im tylko podejrzenia i wyobrażenia kształtowane przez strach i żal opuszczonych bohaterek, które także (na zasadzie traktowania ich jako współodpowiedzialnych za zdradę partii) stawały się wrogami ojczyzny i poddawane były szykanom.

Fakty na temat Titowskiego obozu/więzienia odsłania felietonistyka Dubravki Ugresić. Ta robi to jednak w typowy dla siebie ironiczny, miejscami szyderczy sposób. Pokazuje nam to, co stało się z jugosłowiańskim gułagiem po 1989 roku, kiedy na wyspę wkroczyli turyści z całej Europy. W jednym z felietonów wyspę opisuje przez pryzmat medialnego sporu, reakcję oburzonych byłych więźniów i nacjonalistów, którzy nie zgadzają się, by owa goła, kamienna i pusta przestrzeń była wykorzystywana jako scenografia filmów pornograficznych, szczególnie tych prezentujących pornografię gejowską. Ot, kolejny paradoks wyłowiony okiem outsiderki Ugresić, która dowodzi, że opisane obozowe warunki i przelewane na wyspie pot, krew i łzy dziś stały się składową zbiorowej wyobraźni, która do wymienionych wydzielin dołączyła jeszcze spermę. Oburzające? Dla autorki z pewnością intrygujące.

Ten pobieżny wykaz prezentuje skrajne obrazy Nagiej Wyspy. Właśnie takie jej ujęcia w ostatnich latach zaprezentowały nam tłumaczenia wydane nakładem Czarnego. W tym roku wydawnictwo dołączyło jeszcze jedną odsłonę  Titowskiego obozu – „Nagą wyspę” Bożidara Jezernika. Ten ostatni znany jest w Polsce z eseju „Kawa” czy tłumaczenia niezwykle cennego opracowania „Dzika Europa. Bałkany w oczach zachodnich podróżników”. Ów słoweński antropolog na kartach „Nagiej wyspy” w jedną całość złożył dziesiątki, jeśli nie setki świadectw  byłych więźniów, więźniarek, ale też pracowników więzień: Naga Wyspa (Goli Otoko),  Sveti Grgur, Stara Gradiška i Ugljan. Ale po kolei.

Historycznie rzecz ujmując, więzienie na Nagiej Wyspie powstało w monecie, kiedy Tito usamodzielnił się i zerwał z politycznym nadzorem i zależnością wobec Stalina. W owym czasie ci, którzy dosłownie z dnia na dzień nie zdążyli zmienić politycznych barw, stawali się wrogiem nowego systemu, a jako tacy podlegać musieli odpowiedniej reedukacji. Ponowne kształtowanie społecznej i politycznej jednostki objęło więc wszystkich tych, którzy dotychczas honorowani byli jako rewolucjoniści bądź narodowi bohaterowie, zaangażowani w budowę socjalistycznego ładu nowego państwa. I tak, pierwsi polityczni więźniowie na wyspę przybyli w 1949 roku, a po 1956 roku więzienie zmieniło swój charakter: od tego czasu poza więźniami politycznymi trafiali tam także ci z wyrokami kryminalnymi. W takiej postaci więzienie działało aż do 1988 roku.

Gdy mówi, pisze się o literaturze łagrów i lagrów, jednym tchem wymienia się nazwiska Sołżenicyna, Szałamowa, Herlinga-Grudzińskiego czy Borowskiego. Te literackie świadectwa znalazły stałe miejsce w naszej zbiorowej pamięci. Non cogito ergo sum. Arheologija neke šale („Nie myślę, więc jestem. Archeologia pewnego żartu) – bo tak w oryginale zatytułowana została książka Jezernika (co doskonale obrazować ma wyniki procesów reedukacyjnych więzionych obywateli), ani nie kontynuuje, ani też nie uzupełnia (w najprostszym znaczeniu – rozciągając znany schemat postępowania na kolejne regiony geograficzne i wpływy polityczne) owych literackich rozpoznań. „Naga wyspa. Gułag Tity” nie jest publikacją, która mówi – tak, w Jugosławii też istniał gułag, a sama Naga Wyspa jest największym symbolem całego Titowskiego systemu zarządzania, reprezentacją łańcucha innych więzień rozlokowanych na terenie ówczesnej Socjalistycznej Federacyjnej Republiki Jugosławii. Miast tego Jezernik chce pokazać system, który, niewątpliwie czerpiąc ze sprawdzonych nazistowskich czy stalinowskich form, w znacznie większym stopniu je odhumanizował. Nie poprzez odebranie praw, znieważanie, bicie, opluwanie, odebranie ubrań, golenie ciał, zmuszenie do katorżniczego, często bezsensownego wysiłku będącego wypaczeniem socjalistycznego hasła budowy ojczyzny – pracy socjalistycznie użytecznej (przenoszenie kamieni w tę i z powrotem), nie poprzez brak jedzenia i wody, ale poprzez ciągłe przesłuchania oraz nieustającą inwigilację i doniesienia współwięźniów, którzy doskonale wiedzieli, że stan najniżej postrzeganych w hierarchii obozu więźniów – przedstawicieli bandy – musi się zgadzać, że banda musi być stale zasilana przez kolejnych strącanych do jej poziomu skazańców. Więźniowie znali główną zasadę kształtującą obozowe relacje: jeśli nie on, to ja – ta myśl budowała ich działania, ta zasada przeciwdziałać miała jakiejkolwiek solidarności. W ten sposób władze obozu wykorzystywały zasadę do it yourself – swoje zadanie zrzuciły na samych więźniów, to oni pilnowali się wzajemnie, to oni samodzielnie wykonywali kary fizyczne i psychiczne na współwięźniach, bili, pluli, znieważali, by nie zostać pobitym, oplutym, znieważonym. 

By przejść proces reedukacji trzeba było zerwać wszystkie relacje, wszelkie więzi, zostać samemu, a swoje myśli i słowa przekazywać tylko przesłuchującym (w formie zeznań opartych na zasadzie: naucz się mówić to, czego nie myślisz). I tu pojawia się ważny paradoks, ponieważ to właśnie obozowy kolektyw budował najgłębszą samotność jednostki. Samotność budowaną przez tłum, z którego nie można się było uwolnić. Ów tłum odzierał jednostkę z wszelkiej prywatności, stawiał ją pod ciągłym obstrzałem współwięźniów – potencjalnych donosicieli, którzy musieli dbać o samych siebie. Pełna reedukacja zakładała bowiem to, co pozostaje poza naszym wyobrażeniem, całkowitą identyfikację ofiar z katami, wdzięczność tych pierwszych, wobec tych ostatnich.

Jezernik krok po kroku, w krótkich odsłonach przedstawia kolejne etapy wchłaniania jednostek przez wyspę, od sposobów pojmania na stałym lądzie, przez transport i rites de passage, po szczegółowo przedstawione aspekty codziennej egzystencji więźniów: sen, pracę, pożywienie, higienę, potrzeby cielesne. Wszystko to każdorazowo porównane zostaje ze znanymi nam wspomnianymi wcześniej wzorami łagrów i lagrów (przy uwzględnieniu różnic i podobieństw, co przypomina trochę uproszczone literackie rozpoznania Andrzeja Szczypiorskiego poczynione w „Początku/ Die schöne Frau Seidenman”, wedle których forma i działania NKWD cechowały się mniejszym bestialstwem i krętactwem niźli formy działania KGB; według tak uproszczonej hierarchii działania Titoistów były jeszcze bardziej antyhumanistyczne i złowieszcze niż poczynania stalinistów) oraz obudowane antropologicznymi i etnologicznymi rozpoznaniami teoretycznymi. Te ostatnie nie przysłaniają jednak ogromu cytatów, jakimi inkrustowana jest narracja Jezernika. Ten często oddaje głos samym ofiarom, wykorzystuje ich wcześniejsze zeznania, starając się ich nie komentować, spina je, buduje dla nich ramę modalną, strukturę, porządkuje je. Takie działanie współgra oczywiście z teoretycznymi założeniami pisania mikrohistorii, oddania głosu świadkom. Wydaje się jednak, że tak duża ilość cytatów każdorazowo spięta kluczem jednego motywu rozbija potencjał poszczególnych głosów. Miast zeznań indywidualnych, oczekiwanego wielogłosu, mamy jednogłośny chór, który nadal nie zwraca nam pojedynczych odczuć.

Słuszność działań Jezernika jest niepodważalna, jednak przy tak skonstruowanej narracji ginie to, co czytelnika może chwycić i przywiązać do bohaterów. Chirurgicznie przycięte zeznania, świadectwa, nie ukazują samych bohaterów, a jedynie wypełniają antropologiczny schemat kolejnych etapów wyniszczenia jednostki. Przy zaznaczeniu niebywałego przygotowania, nakładu pracy, bogactwa źródeł, aparatu przypisów, ogromnego korpusu tekstów, które wyzyskuje antropolog, powyższy zarzut jest jedynym uchybieniem, błędem, który nie pozwala nam zbliżyć się do emocji kominformowców. To wszystko narrację Jezernika czyni pod każdym względem poprawną, faktograficznie i historiograficznie, a jednak, dzięki formalnemu rozbiciu, rozczłonkowaniu zeznań – cytatów, to co najważniejsze – głos ofiar – przepływa gdzieś obok. Naga Wyspa i jej więźniowie nadal pozostają na skalistej wyspie na Adriatyku, bez dostępu do stałego lądu, gdzieś w geografii wyobrażonej, która stała się podstawą politycznej geografii marszałka Tito.
Božidar Jezernik: „Naga Wyspa. Gułag Tity”. Przeł. Joanna Pomorska i Joanna Sławińska. Wydawnictwo Czarne. Wołowiec 2013.