Wydanie bieżące

1 kwietnia 7 (223) / 2013

Maciej Duda,

'CHOROBY SĄ SNAMI ZAPISANYMI W CIELE'

A A A
Wydawać by się mogło, że „Praobrazy” Krystyny Sakowicz w linii prostej odwoływać się będą do Jungowskich archetypów, do wzorców, które istnieją przed tym, nim je wypełnimy. Wydawać by się też mogło, że zdanie przypuszczające nie jest dobrym zdaniem dla rozpoczęcia tekstu aksjologicznego. W tym jednak klucz do twórczości Sakowicz, w przypuszczeniu, w czymś niepotwierdzonym i nieuchwyconym. W trybie przypuszczającym. W czymś pomiędzy, w ciągłym ruchu, w zamiarze, którego wynikiem tylko pozornie ma być uchwycenie na gorącym uczynku zmiany, przepływu. Takie działanie jest z gruntu niemożliwe, ponieważ zmiany nie da się zapisać. Odnotować można jedynie jej skutek i pozycję wyjściową.

Owo przyszpilenie niemożliwego wpłynie także na kształt niniejszego tekstu o tekście. Jako taki, w przypadku odniesień do „Praobrazów”, jeśli chce traktować je poważnie, pozostać musi przypuszczeniem, raczej hipotezą niż tezą, a to w dość znaczny sposób zniweluje możliwość aksjologii. Recenzja „Praobrazów” w najlepszym razie może się stać ich „zaśnieniem”, ale o tym już poniżej.

Krystyna Sakowicz świadomie wykonuje syzyfową pracę. Wie, że nie uchwyci momentu przejścia, a mimo to z uporem stara się tego dokonać, formalnie i fabularnie. Formalnie dzięki zestawianiu prób poezji oraz fragmentów prozy. Każda strona a raczej zamknięty fragment „Praobrazów” ma awers i rewers. Jeden przypieczętowany tytułem, drugi dzienną datą. Jeden wyjustowany do lewej, drugi do prawej, w taki sposób, by wewnętrzne brzegi obu tekstów były nieregularnie postrzępione. Co prawda fragmenty nie są drukowane równolegle, a jeden pod drugim, nie da się jednak uciec przed wrażeniem, że nawet warstwa wizualna zatrzeć ma tutaj znany schemat następstw. Dodatkowym „zaburzeniem” może być także różny sposób lektury „Praobrazów”. Już na wstępie, w „Przedsionku”, autorka przekonuje, że tekst można czytać dowolnie, od lewej do prawej lub odwrotnie, mimo dat ustanawiających chronologię fragmentów dokumentalnych. Ostanie słowo – dokument – nie jest tu zresztą określeniem najlepszym. Autorka co prawda precyzyjnie odnotowuje, co czytała, o czym śniła, jaki w danym dniu był stan jej partnera F., nie zachowuje przy tym jednak żadnej struktury, nie utrzymuje związków przyczynowo-skutkowych, pisze raczej o wrażeniach, odczuciach nie obserwacjach. Jest w „Praobrazach” jednak pewna dominanta, staje się nią roczny zapis stanów chorującego F. 2008 rok – rok narracji – jest trzecim rokiem choroby F. Wydaje się też, że owa dominanta jest też główną przyczyną szukania czegoś poza ustalonym porządkiem. Narratorka i jej partner żyją gdzieś obok, poza strukturą społeczną. Dość powiedzieć, że ich życie kształtują kolejne lektury, gęsto cytowane teksty, których końcowy spis ujawniają odwołania pojawiające się w tekście. Sama autorka często oddaje pole innym, swoje słowa zastępuje słowami innych, zanurza się w literackich i psychologicznych światach innych autorek i autorów. Podobnie działa F. Ten zatraca się w kolejnych światach komputerowych gier. W przestrzeni „Praobrazów” nic nie jest do końca rzeczywiste, podobnie jak wirtualność w ujęciu Sakowicz nie jest jednoznacznie nieuchwytną, pozbawioną struktury magmą. Jest raczej siatką noszącą powidoki spraw codziennych, powidoki albo raczej zaśnienia, na które na ostatniej stronie powołuje się narratorka. Psychologiczna konstrukcja zaśnień obejmować ma funkcjonowanie tego, co zostało nie dość wyrażone w wydarzeniach, które z niedopowiedzianym nie mają nic wspólnego.

I tak: choroba F. jest życzeniem-nie-życiem, jest byciem poza, świadomym wyborem pary bohaterów, którzy decydują się na milczenie, chcą umknąć męczącej formie zakładającej współczucie kosztem przyjęcia roli cierpiącego, odciąć się od formy zakładającej „melancholijną opowieść o pożegnaniu” lub „pełnej radości pochwały życia” (s. 125) świadomego. Milczenie spycha ich w niszę, w stan oksymoronicznie nazwany „dobrym/wzorowym chorowaniem”, który sprawia, że owo bycie-nie-bycie przeciąga się, wydłuża. Wydaje się, że autorskie ja jest wyczulone na wszystko, co niedookreślone, co jest w stanie „przed” lub „po”, co jeszcze się nie dokonało, nie ukonstytuowało. W tekście powraca motyw olchowego stolika-nie-stolika, który jest w kawałkach, trzeba go dopiero skręcić; gotowania galaretki, której konsystencja jest nietrwała, lepka, przybiera formę naczynia, w które zostaje przelana, jednak po wyjęciu z formy równie szybko potrafi się stopić, rozpłynąć; lekarstw zatruwających organizm, należy się dodatkowo chronić przed ich działaniem. Cytowane teksty stają się tylko słowami, literami, ciągami znaków. Narratorkę interesuje to, co zaprzecza powszechnym prawdom, za Aglayą Veteranyi pochyla się nad ideą, według której to Bogu należy się przebaczenie, a nie odwrotnie, intrygują ją też refleksje F., który czytając „Łaskawe” Littella, tropi nieścisłości i dowiaduje się, że autor nie był prawdziwym nazistą. Wszystko to zdaje się permanentnie podważać kategorie „prawdy” i „oryginału”.

„Rzeczą snu jest wybierać do przedstawienia sceny mityczne i przypominać o niewolnictwie losu” napisze pod fragmentemPrzedstawienie” autorka (s. 79). I chyba o to w „Praobrazach” idzie. Skupiamy się na scenach mitycznych, które przecież nigdy nie istniały i to one konstytuować mają nasz los. Skoro są tylko mityczne, to i konstrukcja naszego losu nie może być rzeczywista. Ot co. Przy końcu lektury można chyba potwierdzić, że w próbach Sakowicz nie idzie o uchwycenie nieuchwytnego, a o zarysowanie emocji, stanów, które się dopiero tworzą. Sam koniec lektury jest tutaj także tylko potencjalny, bo tekst kończy się zaśnieniem, więc ma się jeszcze pojawić. Tekst się kończy, ale poprzez uwolnienie jego lektury oraz chęć usunięcia z niego struktury i linearności ma szansę na odbicia i kontynuacje. W ten sposób ma dokonać zdrady własnej formy, odejść od znaków, liter, słów i zdań zamkniętych w okładkach „Praobrazów”.
Krystyna Sakowicz: „Praobrazy”. Wydawnictwo Forma. Szczecin, Bezrzecze 2012.