Wydanie bieżące

1 kwietnia 7 (223) / 2013

Jarosław Czechowicz,

SPRYTNE LISICE

A A A
Ukazało się już kilka krytycznych omówień „Małych lisów”. Zarzuty zasadniczo są dwa. Pierwszy dotyczy problematyki i stylistyki pisania Bargielskiej, bo jej nowa książka to rzekomo powielenie tego, co opowiedziała w wydanych przed trzema laty „Obsoletkach”. Jej nowa opowieść nie tyle nawiązuje do wątku trudnego macierzyństwa i macierzyństwa w ogóle, co przede wszystkim uzupełnia oraz poszerza rozmyślania zawarte w tamtej książce. W jaki sposób to robi, udowodnię poniżej. Drugi, poważniejszy chyba zarzut względem „Małych lisów”, to zwrócenie uwagi na fakt, iż fabularnie rzecz niewiele ma do przekazania. Bargielska nie popisuje się, bo w jej książce niewiele się dzieje. Nie wydaje mi się, że to o „dzianie się” tutaj ma chodzić. Przecież to historia bez wyraźnie zarysowanego początku i bez końca; taka opowieść kobiety-reporterki, która z niezwykłą wnikliwością i dbałością o szczegóły portretuje tylko pewne wyimki świata, w jakim borykają się ze swoją kobiecością Agnieszka oraz Magda. Justyna Bargielska sprytnie przechodzi z jednej opowieści w drugą, bo nie lubi nudy narracyjnej. A nudą w jej wykonaniu byłoby pewnie stworzenie książki z wyraźnie zarysowanym początkiem, rozwinięciem fabularnej intrygi i jasnym jej zakończeniem. Nic z tego! Nie czyńmy wady z faktu, że tę opowieść stworzono przede wszystkim po to, by wnikać w celowość przypadkowych często działań bohaterek, nie jest historią, która ma być zwarta i spójna. To jest historia. Wyraźna, tonąca w prawdzie i konfabulacjach, prowokacyjna.

„Małe lisy” to kolejny dowód na to, że poetce trudno jest mierzyć się z prozą, bo przecież wcale prozy jako takiej nie pisze. Bargielska podejmuje wędrówkę twórczą, stylistyczną, lingwistyczną. Robi to samo, co Anna Janko. Obie poszukują siebie gdzieś z dala od tego, co jest ich immanentną częścią. Siłę metafory i wizji przekształcają w moc prozatorskiego obrazka. Można pisać o miłości – jak czyni to Janko. Można pisać o jej niezrozumieniu, o bliskości śmierci, o tajemniczych pragnieniach i o świecie, który składa się z rozsypanych puzzli, jakie nazywane są nieśmiało w narracji wykraczającej poza opanowany i oswojony przez Justynę Bargielską warsztat. Warto więc przeczytać „Małe lisy” i znaleźć tam coś nowego. A nawet jeśli widać, że sporo spraw autorka już przeanalizowała, nie można mieć do niej pretensji; wszak cudownie i niepowtarzalnie monotematyczna w swoim pisarstwie może być w dzisiejszych czasach chyba tylko Herta Müller.

Wkraczam na zakazany teren, wszak odbiorczyniami tej książki mają być dziewczynki. Te mniej lub bardziej grzeczne. Mniej lub bardziej świadome swojej kobiecości. Mniej lub bardziej zachłanne, by poczytać, jak mówi za nich ktoś, kto ukrywa subtelność kobiecego uroku i skomplikowany sposób tegoż kobiecego patrzenia na świat w opowieściach, jakie nie tyle zazębiają się, co wyrastają z siebie i czasem obok siebie, tworząc barwny kolaż emocjonalny w historii badaczki i działaczki oraz dziennikarki – mieszkanek miejskiego osiedla na skraju lasu, gdzie cywilizacja konfrontuje się z naturą, tak jak ich cywilizowane poglądy na świat i życie z dzikimi pragnieniami bycia uwiedzionymi choćby przez tajemniczego nożownika.

Agnieszka ma specyficzną wrażliwość. Jej psychosomatyczne objawy powodują, że lektury mogą być nie tyle wyzwaniem, co ryzykiem, że stanie się po nich coś strasznego. W życiu Agnieszki już coś takiego się wydarzyło. Musiała skonfrontować się ze śmiercią. Ktoś bliski odszedł na zawsze. Jego śmierć trzeba nie tyle oswoić w sobie, co przede wszystkim nazwać na nowo i przechytrzyć. Po co? By żyć. I spoglądać w przyszłość. Bez poczucia bycia przeterminowaną jak produkt upychany na półce z nadzieją, że ktoś nie spojrzy na datę ważności i zakupi go. Agnieszka chce być kupiona… przez życie, z którym wciąż nie jest jej po drodze. Czy oczyszczenie ma dawać kobiecie tylko przepływanie kilku długości basenu, spacery z psem i rozmowy z nieznajomymi, którzy czasami opowiadają mrożące krew w żyłach historie? Agnieszka jest sama z wyboru i z konieczności. Pożegnała się z tym, który miał być jej drugą połową. Jaką połową? Każda kobieta Bargielskiej jest silną, integralną osobowością i żadna nie pozwoli sobie na poniżenie, choć jedna drugiej może splunąć pod nogi, wyrażając tym samym specyficzny kontakt emocjonalny.

Magda ma chyba gorzej niż Agnieszka. Ma dzieci. Musi oszczędnie używać syna i córki, albowiem mąż zapowiada, że w tym życiu z potomkami już koniec definitywny. Życie Magdy z dziećmi nie należy naturalnie do najlżejszych i niekiedy przychodzą jej do głowy takie myśli: „Czasem tak bardzo kocham swoje dzieci, że byłabym gotowa uciec przed nimi choćby odpływem wanny”. Macierzyństwo w „Małych lisach” ma pewien opresyjny charakter i faktycznie wracają tutaj myśli, jakimi dręczyła nas Bargielska w „Obsoletkach”. Co prawda Magda nie jest złą matką i nawet jakby odpływała wanną, zabierze dzieci ze sobą. Niemniej jednak – trudno jej. Być ze sobą przede wszystkim. Nie interesuje jej… własne zdanie na różne sprawy. Woli zdawać się na sądy innych. Woli też oddać się innym. Jest zła, bo jako trzydziestopięcioletnia akuratna dziwka poddaje się żądzom i zdradza męża z leśnym nożownikiem. Obok uniesień cielesnych Magdzie towarzyszą trudy znoszenia śmierci. Jest przy niej – tak jak obok Agnieszki. Tyle że inaczej, na innym poziomie. Bohaterka być może sama chciałaby się z ciekawości otrzeć o śmierć. Po to, by przestać czuć. Odczuwać i pragnąć. Wyjałowiona emocjonalnie przez macierzyństwo, podejmuje heroiczną walkę, by z dwójką dzieci u boku… wyjść na spotkanie samej sobie. Utrudniają jej to tarcia z mężem, ale paradoksalnie dzięki nim łatwiej jej go zdradzić, łatwiej odejść od małżonka mentalnie, łatwiej poddać się temu, co ogarnia ją niczym małego lisa, który zachłystuje się wolnością oferowaną przez szumiący nieopodal las.

Bohaterki Justyny Bargielskiej uczestniczą w zajęciach, na których starają się być kreatywne i wymyślać oryginalne opowieści. Takie na przekór całemu światu, który wydaje się bezbarwny. Ich wymyślone historie nawiązują dialog ze zdarzeniami z prawdziwego życia. Klei się to wszystko razem i tworzy mieszankę dość wybuchową, bo w „Małych lisach” dramatyczne zderzenie prozy życia i fantazji o życiu spełnionym tworzy napięcie, bardzo wyraźne i nakreślone grubą kreską. Autorka uwalnia słowa w zdaniach wielokrotnie złożonych i tym samym wykorzystuje odrobinę purnonsensu oraz groteski, by nazwać na nowo te elementy świata Agnieszki i Magdy, które można nazwać jakoś inaczej, jeśli tylko pisząca nieco się postara.

To książka kierowana do dziewczynek i pewnie o dziewczyńskich, kobiecych, feministycznych kwestiach traktująca. Historia – jak wspomniałem – bez początku i końca, ale z bardzo wyraźnym pazurem i tak obrazująca rzeczywistość, że męski odbiorca nie obrazi się nawet o to, mężczyzn to nawet nie warto nazywać, a jeśli już, to wtedy, gdy są martwi i jedzie się zrobić sesję fotograficzną grobu, gdzie mężczyzna padł i już się nie podniesie.

„Małe lisy” przynoszą także dawkę specyficznego humoru i dowcipu zarówno słownego, jak i sytuacyjnego. To książka o zaletach seksu w igloo, o okropnych ciałach dziewiętnastolatek; o globalnej katastrofie, jaką wywołać może masturbacja pod prysznicem i o związku kałamarnic z literaturą. Bargielska literacko prowokuje, bawi, ale i każe pomyśleć nad tym, czy ważne rzeczy wyraża się w opasłych tomach. Można się zastanawiać, dlaczego dopiero po trzech latach otrzymujemy kolejną skromną książkę tejże autorki. Justyna Bargielska i jej bohaterki chcą mówić wtedy, kiedy mają coś do powiedzenia. A to sztuka, której nie opanowało wielu współczesnych polskich pisarzy. Brawa za podążanie własną drogą i za to, że „Małe lisy” są tak przewrotne, jak bardzo przewrotna może być nieco ponad stustronicowa książka.
Justyna Bargielska: „Małe lisy”. Wydawnictwo Czarne. Wołowiec 2013.