ISSN 2658-1086
Wydanie bieżące

1 kwietnia 7 (223) / 2013

Kamil Zając zamilkając,

PAMIĘTNIK Z FELIETONU. ODCINEK TRZECI: DELIKATNIENIE, ZMARTWYCHWSTANIE I PRIMA APRILIS CZYLI KILKA IMPRESJI O WIERSZACH ŚW. MARCINA

A A A
Witam Państwa w trzecim odcinku pamiętnika z felietonu. Trójka to bardzo dobra cyfra, wielopłaszczyznowa, nie tylko w swojej symbolice, ale i możliwościach. Trójka zwiastuje boskość, świętość, zaś trójkąt to figura, która jest również przypisywana mężczyźnie, i, o ironio!, Bogu.



Bóg Ojciec, Syn Boży, Duch Święty. I mamy święta Zmartwychwstania, i one są zjawiskowe zawsze, szczególnie kiedy za oknem prószy śnieg, i nie jest to śnieg metafor, a mama w rodzinnym domu, z rozbrajającym uśmiechem na ustach, wita Was w drzwiach: – Chrystus zmartwychwstał, prawdziwie zmartwychwstał!.

Zadziwiająca fraza w swojej kategoryczności, zapewne wielu z Państwa ją doskonale kojarzy. Tak jak kojarzy się ikony. Nie jest łatwo pisać o ikonach, tym bardziej jeśli mają one dotyczyć, muskać i dotykać (chciałoby się) poezji. A dokładnie o ikonie poezji i buntu, ikonie, która funkcjonuje wbrew swojej ikoniczności, bo wiadomo, że tworzenie ikon to kwestia nadpobudliwych wiernych, którzy niekiedy intonują: miłosierdzie należy do was...

Marcin Świetlicki we wstępie książki o tytule „Wiersze”, wydanej nakładem wydawnictwa EMG, zaczyna swoją wypowiedź od słów: „Od kiedy wiem, że jestem nieśmiertelny, boję się tym bardziej. / Pisanie wierszy unieśmiertelnia, ale nie uodparnia. Niestety”.

I kilkanaście zdań dalej pisze: „Poezję robi się przeciw. Przeciw instytucji, jakkolwiek by się nie nazywała. Przeciw każdej władzy. Przeciw niesprawiedliwości. Przeciw głupocie. Przeciw złym ludziom”.

Więc w grę (z sobą, czytelnikiem, światem przedstawionym etc.; można by mnożyć określenia i okoliczności) wchodzi kontrapunkt. Kontra (vide powyższy cytat) plus punkt, którym w przypadku Świetlickiego, jakkolwiek nie byłby zakamuflowany, jest czułość, w moim odczuciu.

Czułość, której pancerzykami chitynowymi są szorstkość, poczucie humoru, ostrość widzenia i mówienia, tak jak na klasycznego poetę przystało. I mógłbym teraz pisać o tym, co wszyscy wiedzą, przeczytali lub intuicyjnie czują, i koniecznie coś o Świetlikach, i o tym że „Ogród koncentracyjny” to dupę urywał, a potem to już gorzej, ale w sumie sam Świetlicki tym mniej lub bardziej intelektualnie i sceptycznie usposobionym innowiercom odpowiada w „Pogo”: „jak ci się nie podoba, to wypierdalaj”.

Zamiast tego czytałem i czytam tę książkę, która zawiera ponadtrzydziestoletni dorobek poetycki autora. Rzecz sporej wagi, do tego zawierająca wiersze niepublikowane. Zaczyna się debiutem Świetlickiego „Zimnymi krajami”. A tak się składa, że są święta Wielkiej Nocy i kraj jest zimny, i pada wspomniany już śnieg. I na stronie trzynastej znajduje się wiersz o wymownym tytule – „Apokryf” – traktujący o Synu Bożym. Opisuje on wyjątkowość w zwyczajności postaci Jezusa, któremu jest niebywale trudno w zrytualizowanej rzeczywistości. „Ale to, jak się zdaje, zbyt go nie obchodzi. / On siedzi na krawędzi, stuka patykiem o patyk. / Gwiazda spada, następna / wznosi się”.

Kilka stron dalej, w wierszu pt. „Szmaty” zostało napisane: „Jestem żołnierzem Innej Armii.” (godne uwagi są słowa pisane wielkimi literami przez autora – w moim odczuciu są one wyrazami szacunku, którego tak bardzo brakuje w naszej brzydkiej epoce. Szacunku dla Boga, wiary, ale przede wszystkim siebie samego. Bo cóż po żarzących się sercach, kiedy „żarliwi księża są zdolni do zbawienia jedynie samych siebie”?) Możemy domniemywać, możemy zgadywać, cóż to za armia (oczywiście pamiętając to, co śpiewał Budzyński w swojej Armii: „Duch wieje przez świat. Duch wieje przez świat!”).

Marcin Świetlicki, zaryzykujmy konstatację, może być na pełnym luzie i generalnie generałem (wiadomo, z kapralami się nie pije, i to nie jest kwestii rangi, ale stylu!) Armii Żołnierzy Zaklętych, czyli takich, którzy zaklinają (och! oczywiście nie rozchodzi się o klin za klinem, drin za drinem i liryki o wódce i papierosach) rzeczywistość za pomocą wiersza. Zadziwiające jest to, że jest już zmrok i zmartwychwstanie, które lada moment przerodzi się w prima aprilis, a w tym samym wierszu pojawia się senne wyznanie: „[...] Och, przyśniło mi się, / że znajduje się we wnętrzu krzyża. Wnętrzu krzyża. Tak.”

Przypadek? Być może. Tak. Wnętrze jest ciekawsze niż pięcie się, wydrapywanie czy też wdrapywanie, o czym pisał Albert Camus w „Upadku”: „Zbyt wielu ludzi wdrapuje się teraz na krzyż tylko po to, żeby ich można było widzieć z większej odległości, nawet jeśli w tym celu trzeba trochę podeptać Tego, który znajduje się na krzyżu od tak dawna”.

Wychodzę na balkon na papierosa, zimno, ale jakoś jasno. Na balustradzie przysiada sobie sroka i wydaje te swoje dźwięki, gapi się i odlatuje. Wracam do pisania i mam wiersze autora pod ręką, przewracam kartkę i na 36 stronie znajduję to:



ZŁY PTAK



To pewne: ten ptak – sroka

próbuje mnie okrążyć

i osaczyć, dzień w dzień

zatacza coraz mniejsze kółka

i skrzeczy: buddyzm, materializm,

literatura, pieniądze, w imię Ojca i Syna,

skrzeczy: wychowanie

– i wszystko inne takie. Co to

za światło, które można opowiedzieć, które

ma regulamin? Co to

za wierni, którym nie wystarczy

ten nieprzerwanie wieczny pocałunek bez ust.



Światło u Świetlickiego jest niezwykle istotne (zobaczyłem światło, więc przyszedłem. http://www.youtube.com/watch?v=jRFdoHTIOuo – poruszający utwór o miłości bez zbędnego pierdolenia.)

Przez mgnienie niesiony galopadą aliteracyjnych wkrętów myślałem o tytule: „święte i świetlne” w poezji Marcina Świetlickiego, ale wydało mi się to zbyt efekciarskie, a przecież ten tytuł spokojnie może traktować o miłości. A z miłością nie ma żartów, bo wtedy kończy się pobojowiskiem, co jest niezwykle trudne do zniesienia, kiedy ma się usposobienie tygrysie, ogień w sercu i jeszcze pisze się piosenki.

I czytam te wiersze, i one są tak doskonale komunikatywne, a jednocześnie wyrafinowane w swojej prostocie i szczerości. O godności osobistej i charakterności podmiotu lirycznego pisać nie trzeba. Niech świadczą poniższe frazy:



[…] Czasem

czuję się chory, pisząc prawdę, widząc

kłamstwa na ziemi i na niebie, mając

jedynie siebie do obrony.



[…] Wybieram schody, rezygnuję z windy.



[…] Czasami palce pragną

aksamitu, a nie drzazg. Normalna potrzeba.



I można by przytaczać i cytować słów na pęczki, ale chciałem żeby Państwo przeczytali ten wiersz:



LUDZIE



Kochają się i są zameldowani.

Wszystkie papiery w zupełnym porządku.

Mają swoje choroby, pomagają sobie

lekarstwami i literaturą.



Oni żyją, a ja

piszę o nich wiersze,

odnajduje kolejne klocki ich historii.

To nie jest zdrada, jeśli ją ujawniam.



Niekochany nie zdradza.

Niekochany chodzi

dzwoniąc w kieszeni

niepotrzebnym kluczem.



Ludzie, ten wiersz nie ma cienia deklaratywności, postulatów i zbędnych miazmatów. Aż chce się pisać wprost, na wspak, do przodu, tylko po to by kluczyć, a nie wykluczać.



Poezja niewolników żywi się ideą,

idee to wodniste substytuty krwi.

Bohaterowie siedzieli w więzieniach,

a robotnik jest brzydki, ale wzruszająco

użyteczny – w poezji niewolników.



Państwo wybaczą odrobinę prywaty, ale w końcu to jest pamiętnik z felietonu, więc pozwolę sobie na video, które jakoś samoistnie i wizualnie wchodzi mi w dialog z powyższym fragmentem wiersza „Dla Jana Polkowskiego”: http://www.dailymotion.com/video/xhzbub_stars-above-us-dock-s docs_creation?search_algo=2.

Wróćmy do wiersza, wróćmy do martwych i wstawania:



W poezji niewolników drzewa mają krzyże

wewnątrz – pod korą – z kolczastego drutu.

Jakże łatwo niewolnik przebywa upiornie

długą i prawie niemożliwą drogę

od litery do Boga, to trwa krótko, niby

splunięcie – w poezji niewolników.



Feeling, power, bunt i melodia tego wiersza robią na mnie tak potężne wrażenie jak ten kawałek; i jakoś tak nawet współgrają: http://www.youtube.com/watch?v=LfCwskd8ero (Jezus Maria! Ileż ja razy przesłuchałem ten utwór. Do dziś dzień się zastanawiam kim są ci, z którymi „nie chcemy żyć w jednym mieście.”, ale chyba to ci, którzy nieustannie kupują i sprzedają. Państwo sobie odkręcą volume, oddadzą się muzyce i posłuchają poety.)

Po „Zimnych krajach” (ciepłe są raje?) była „Schizma” – bardzo ważna książka dla Świetlickiego, która opowiada pewną historię. Wiersz, który otwiera tę książkę, o jakże wymowny tytule, nosi tytuł „Świat”.



ŚWIAT



Na początku jest moja głowa w moich rękach.

Następnie z tego miejsca rozchodzą się koła.

Koło stół kwadratowy. Koło pokój. Koło

kamienica. Koło miasto. Koło

kraj. I kontynent opasany kołem.

Koło półkula. Koło. Koło wszystko.

Na samym końcu jest maleńka kropka.



Kosmiczny i niebywale precyzyjny wiersz, przemawia do mnie na wielu płaszczyznach, choć w zasadzie po takich słowach powinno się mówić niewiele, raczej zamilkając.

I jak zapewne Państwo pamiętają, na początku było słowo o trójkątach, a tutaj proszę jakie zaskoczenie! Koło. Symbol przypisywany harmonii, niebu, doskonałości i kobiecie. I jeśli mielibyśmy rozmawiać o symbolice, i – dajmy na to – roli kobiet w poezji Świetlickiego, to tylko w doborowym towarzystwie, nocą, w barze, popijając trunki i paląc papierosy. Naturalnie i idealnie w towarzystwie dam i rozchodzących się koliście fal ludzkich serc.

Zamiast dywagacji o wierszach, coś o świerszczach, których polecam posłuchać (i oglądać naturalnie też): http://www.youtube.com/watch?v=4EF4-sqtD7c.

Marcin Świetlicki zadeklarował (jeśli oczywiście Państwo odsłuchali wiersz pt. „Świerszcze”), że powoli zbliża się do wyjścia. Więc jeśli tak, to odcinek pamiętnika z felietonu powoli zbliża ku końcowi, zmartwychwstanie niechybnie zmienia się w prima aprilis, nie ma co lać wody.

Na zakończenie wiersz Marcina Świetlickiego, który ukazał się w najnowszym, zjawiskowym numerze „Magazynie Materiałów Literackich Cegła”. W postaci kolorowych pieczątek, które w akompaniamencie tuszu można sobie odbić na dowolnej powierzchni.

Z redaktorem Pęcherzem dociskaliśmy różnokolorowe wiersze również na białych kafelkach w holu pomiędzy Kalamburem a Kalaczakrą, co wyglądało bardzo ładnie, gdyż pieczątki mają różne kształty. I ten wiersz odbił się na czarno, do góry nogami jak to się mówi, i był lekko rozmazany, ale jest najnowszy i po bandzie, voilà:



PO BANDZIE



Poezja

nie może mi nakazać niczego, poezja

nie może mi niczego zakazać, poezja

łazi za mną, czasami widnieje przede mną.

Nie lubię wierszy o poezji, nie jest bohaterką

mojej bajki, ja zaledwie śpię z nią,

czasami z satysfakcją, lecz bez satysfakcji

dość często.

W tym mieście

było centrum, lecz wyniosłem się stąd

i mówię: „było centrum”, a „stąd” w „stamtąd” przeszło.

W tym mieście

była miłość, ale się pokończyły wątki, miłość jest za miastem

i tylko czasem tu bywa przejazdem,

w nocy nie śpi, wyjeżdża, zanim zrobi krok

ku drzwiom.

Konfesje

są prawdziwe, o ile są kłamstwem.



artwork by Julien Pacaud

P.S. Nie chcę narzucać Państwu żadnych interpretacji moich wierszy. Państwo je sami sobie zinterpretują. Mam nadzieję, że otwieracie tę książkę kierowani miłością. Cóż więcej dodać? Życzę Państwu miłości i otwierania książek, nie tylko od święta. A jeśli chodzi o pogodę (ducha już zdaje się poruszyliśmy) posłuchajmy wieszcza:



PORANNA KOREKTA



Zima w tym roku jest jak kara śmierci.

Ułaskawienie przyjdzie, ale to jest pewne

na dziewięćdziesiąt dziewięć procent.



Będzie wiosna. I wtedy siądziemy na ławce

i pomówimy sobie o tym. Na razie w milczeniu

po zamarzniętych wyspach poruszamy się.



Mam jedną prośbę: wszystkie te zaimki,

które dotyczą Pana Boga, muszą się zaczynać

od dużych liter...



Ale wiosna przyjdzie.

Nic nie ginie w naturze,

póki my żyjemy.