ISSN 2658-1086
Wydanie bieżące

1 kwietnia 7 (223) / 2013

Katarzyna Niesporek,

OPOWIEŚCI PODPŁOMYKAMI PISANE

A A A
Sztuczność, trupi odór, przerażające milczenie to wyjściowa przestrzeń, w którą zostaje uwikłane „ja”. I wszystko byłoby dobrze, gdyby nie „ciała spoczywające w pokoju obok”, szybkie i niewytłumaczalne „uchodzenie” bohaterów (w tym wypadku jasnowłosej albinoski). Strach paraliżuje, tajemniczość ujmuje, a zakamarki pomieszczenia, które nie mogą wydusić z siebie słowa, znają odpowiedzi na najbardziej nurtujące człowieka pytania: „Chciałabyś wiedzieć?”, „Chcesz wiedzieć wszystko?” – mimo wszelkiej chęci lepiej nie chcieć, bo wiedza i prawda mogą okazać się zbyt przykre, uczynić człowieka nieodwracalnie „zlodowaciałym”, „zaciemnianym”.

Być może właśnie dlatego w utworach Rolando jasność jest bardziej niebezpieczna od ciemności, „latarnie rozpraszają czarne światło, tak ciężkie, że ktokolwiek znajdzie się w jego promieniu, pochyla się z bólu”. Pokazują one to, co przykryte, odsłaniają „człowieka zrośniętego z kurtyną”. Rzeczywistość, w której zostaje osadzone „ja”, trzeba poddać procesowi rekonstrukcji. Wystarczy, że tylko „jeden element jest ruchomy”

i nagle wszystko się sypie, „rozwala”, odkształca i ujawnia się „ukryte wyjście”. Okazuje się więc, że w nieautentycznej przestrzeni, w której tradycyjne wartości przestają znaczyć, całość zbudowana jest z elementów nietrwałej materii. Prawdziwy jest tylko język, choć nieco przeistoczony, dostosowany do nowych konwencji wyraża to, co rzeczywiście najistotniejsze: „[…] ri-tiki-riki-tiki-nerwowe-i-te-te-smutne-twarze-i-te-tiki-tiki-pozostałości-po-czym-pozo-stałości-po-czym-ryk-kwik-riki-tiki-huloo”. Z komunikatu można wyczytać, że twarze są smutne prawdopodobnie z powodu pochłaniającej i wszechogarniającej człowieka ciemności, która jak zaraza przenika jego wnętrze, zasłania wszystko, co prawdziwe („Bulwy z ciemności. Zjemy je gorące i pełne pary”). W małych opowieściach Rolando właśnie kategoria niszczącej nieautentyczności odgrywa jedną z kluczowych ról.

W pierwszej części tomu w przestrzeń chłodu, sekcji zwłok fałszywych uśmiechów i spojrzeń zostaje wpisany bliżej nieokreślony „on” – mężczyzna, w oczach podmiotu raczej przeciwieństwo człowieczeństwa, „zaczyna zawsze od argumentacji, a potem opisuje metodę i jej zastosowania”, intelektualista, nieumiejętnie zbawiający świat („Tak, to właśnie on będzie ratować z opresji desperatki upojone alkoholem. Będzie ratować dzieci, które otarły kolana na asfalcie”), mimo całego swojego uroku, ponętności przegrywa właśnie

z autentycznością. Aby uchronić go przed transseksualnością i niemowlęcym moczeniem

w nocy, jego matka (wróżka), rozwiązująca klasyczne problemy innych, uczy go „lewostronności”. Ostatecznie okazuje się, że cały matczyny trud poszedł na marne, a idealny trener Deutsche Ski Team, przewodnik o „prawie ojcowskiej twarzy”, autorytet młodych narciarzy, wkrótce „wychodzi w towarzystwie pisarza słynnych pornosów”, zapisując swoją historię jedynie w „ogólnokrajowym brukowcu”, dostosowując się do zagęszczonej wręcz „zagraconej” nowoczesności, gdzie każda pustka jest zapełniona, dominuje to, co ciasne, a z powodu braku wolnego terytorium wszyscy „trącają się ramionami na znak braterstwa, przypadkowo i boleśnie”.

Kolejny bohater ujawnia się w drugiej części książki Rolando. Jest nim historyczna postać karła Joujou. Jego zresztą poetka również demaskuje, wpisując to, co powszechnie wiadome i raczej niepodważalne, w przestrzeń zakłamania, zaprzeczając równocześnie historycznym faktom: „[…] wcale nie umarł jako bogacz, jego małżeństwo nie było szczęśliwe, nie jest też prawdą, że to on wychował spłodzone przez siebie dzieci”. I dalej, postać ta ujawnia się jako przeprowadzająca hipnozę indywidualną i zbiorową, przenosząc tym samym „obiekty” swojego zainteresowania w inny, wyimaginowany świat, w którym one same nigdy nie chciałyby się znaleźć. Joyjoy wydaje się postacią negatywną, jest wewnętrzną, niszczącą siłą, która wymusza zachowania, wchodzi w obrazy i sferę prywatności, które powinny być dla niego niedostępne: „Siedzisz nago na sofie i widzisz już tylko mnie, na suficie, czuwam, leżakuję, teraz rozkazuję ci, ja, twój głos, rozkazuję ci napisać w powietrzu: «Joujou, kocham cię, od kiedy nie pamiętam, na zawsze Twoja Moja Wasza Wysokość»”. Hipnozą, narzuconym snem Boruwalski wprowadza najpierw wybraną kobietę, potem bliżej nieokreśloną zbiorowość w nową przestrzeń podświadomości, odurzając „możliwościami czerpania przyjemności”, wypełniając tym samym rzeczywistość nieprawdziwymi dekoracjami, krzykami rozkoszy i radości, które jednak – jak się okaże – ostatecznie nie wniosą do ich życia niczego dobrego, a po przebudzeniu okażą się jednym wielkim koszmarem. Ostatecznie wszystko zostaje sprowadzone do cyrku rzeczywistości, zabawnego i pogmatwanego przedstawienia. Wydarzenia obserwuje „młody rumuński akrobata”, który jako przedstawiciel tego, co autentyczne, „nic jeszcze nie rozumie, a jak kiedyś zrozumie, to na pewno przestanie mówić”. Absurdalność doprowadza więc do milczenia.

Z opowiadań Rolando wyłania się także obraz niesubtelnej kobiecości, w którą odziewa się „ja”. Kobieta jest tu fizycznie nieatrakcyjna, a jej cielesność na pewno nie ponętna czy pałająca zmysłowością. Atrakcyjność to raczej czerwone dłonie wykopujące spod powierzchni ziemniaki (albo poszukujące pod osłonami ciemności prawdy), zapach zgnilizny, „zwiędłe ramiona” czy „kurewska siła”, które jednak także przyciągają. Kobieta z papierosem w ustach zawsze jest „pełna łaski” wobec mężczyzny, nie zatraca tego, co w niej ciepłe. Mimo świadomości prostactwa wszelkiej czułości i nadziei „rozpuszcza swe włosy”, aby on „skuszony ich miękkością utknął w skrytych splotach”, zapętlając się „pełen lęku”

w ciemności. W obraz takiej kobiecości pukają do drzwi sprzedawcy soczewicy – okrutni, chwalący się swoimi monetami, wypierający się ojcostwa i udający nieudacznych znawców rewolwerów. „Ja” – bohaterka opowiadania, pożądana przez przyjezdnych mężczyzn, demaskuje „słowa w zależności od ciężaru”, rozpoznaje to, co nieautentyczne, nie daje się wyprowadzić na manowce. Kobieta jest zatem w utworach Rolando odkrywczynią autentyczności, mężczyzna zawsze jest niżej – „słabi z was kompani”, „och, ile zabawy jest

z nimi!”.

W utworach tych można dostrzec także obrazy apokaliptyczne – świata zaciemnionego, przestrzeni „rozkładających się w pośpiechu roślin”, uciekających zwierząt wyczuwających katastrofę. W takim świecie pojawia się „ja”, które robi wszystko, aby poradzić sobie z popielatością, przenikaniem ciemności przez skórę, oczy i język. Rzeczywistość jest przekształcona, natura straszy człowieka, a czerń jest coraz bardziej nie do opanowania – „Dni stawały się coraz krótsze, coraz mniej światła. Wszystko dogasało”. Przestrzeń zostaje spalona, w ognistości można dostrzec tylko mrok, wszędzie „wielkie pogorzelisko”, „ludzkie piszczele”. Przed zniszczeniem miejsce to było nazywane przez ludzi „tętniącą życiem raną”. Owa rana pozostała, życie zaś uległo destrukcji, kompletnemu zaciemnieniu. Nagle jednak okazuje się, że wszystko było tylko złym snem, koszmarem. Rolando bowiem woła w jednym ze swoich tekstów „[…] nareszcie powróciłam do rzeczywistości. Do rzeczywistości, moje drogie, wściekłe, rozprawiające o rzeczach ostatecznych!”.

Do owej przestrzeni realności kieruje „ja” doświadczony treser Anthony, który pyta „Przyszedłem cię odprowadzić, pozwolisz?”. Rozmawiające ze sobą podmioty znajdują się jakby w przestrzeni śmierci, drugiego życia, „jakiejś” transcendencji, są umarłe, pytając siebie nawzajem: „Jak myślisz, czy umarli mogą ze sobą rozmawiać? / – Bardzo dobrze cię słyszę”. Anthony i „ja” wędrują przez przestrzenie cielesności, fizjologii, natury, dzikich krajów, spalonych budynków, wód chrzcielnych, co przewodnik kwituje słowami: „Wszystko to jest prawdziwe”. W końcu okazuje się, że rozmowa toczy się okolicach ulicy Regent Street w Londynie, wędrówka była spacerem, a rozmówcy muszą wraca

do swoich powszechnych zajęć.

Czym zatem jest życie i człowieczeństwo? Dlaczego tyle w nich nieautentyczności? Bianka odpowiada w jednym ze swoich utworów: „Wypycha się suche zwłoki trocinami /

w martwe oczodoły wkłada się kulki” i – można dopowiedzieć – zaczyna się egzystencja,

a w „Podpłomykach” kończy się wędrówka podmiotu, który wsiada do pociągu, zanurza się

w realnej przestrzeni, może w codzienności, pytając: „Jaki jest dziś kurs, dobry czy zły? Kalkuluj ostrożnie, kalkuluj ostrożnie”, i zaczyna się kolejna historia, w której podmiot szuka dobrego materiału pod budowę wieży, natykając się na kolejne fałsze, „kłamliwe litery”

i „naiwnych głupców”.

Podmiot Rolando wchodzi w miejsca, wydarzenia, staje się ich obserwatorem, detektywistycznie łączy poszczególne elementy, o których wie więcej, tworząc jedną wielką opowieść o nieautentyczności, przekłamaniu świata, niewyrazistości przestrzeni realnych. Ciemność przykrywa światło, wypiera jasność, jest wszechogarniająca i zaraźliwa.

Z atmosferą tekstów idealnie współgrają zatem zamieszczone przez Rolando w książce obrazy utrzymane w biało-czarnej tonacji. Czarny kolor zamazuje, stopniowo przysłania postaci i przedmioty, zostawiając prześwity, przez które przedziera się światło, tworząc białe plamy, zarysowania, uszkadzające mrok. Obrazy dokładnie współgrają także z poszczególnymi segmentami książki, kreśląc ogólnie zapisane historie, które sprowadzają się do tytułów kolejnych części: „Powojenne Monachium”, „Cyrk Mecano”, „Noc w Tessin”, „Abiku”, „Anthony”, „Vieża”. Obrazy nadają rys dekadenckości, który zresztą jest także uchwytny w historiach z podpłomyków.

W swoich utworach autorka „Modrzewiowych koron” wykorzystuje własne doświadczenia, migawki z podróży, miejsca i ludzi, których spotyka po drodze – to oni stają się bohaterami jej książki, są swojego rodzaju inspiracją. Ich historie choć nieco zdawkowe, czasem mocno przekształcone, choć można je bez problemu odtworzyć. Rolando chętnie również sięga do tradycji, przytaczając w „Podpłomykach” postaci historyczne, odwołując się do dawno zapomnianych faktów. Trzeba przyznać, że tworzenie opowieści z tak różnorodnych, często niepasujących do siebie kawałków to wielka sztuka, która poetce się udaje. Swoje historie potrafi ułożyć w taki sposób, aby ostatecznie tworzyły zazębiającą się, spójną opowieść. W jej opowiadaniach nie brakuje także wątków pobocznych – właściwie każda postać i miejsce pojawiające się w tych utworach zostają choćby w jednym zdaniu opisane, niepozostawione bez poetyckiego komentarza.

Jedyne, co może odstręczać, to nieco obszerny i zgęstniały wieloznacznością język, który

w ostatecznym rozrachunku nadaje jednak nowe znaczenia, może zmienić kierunek interpretacji wpisanych w tom opowieści, tworząc w ten sposób historię konotującą

z zamkniętym kołem, które wciąż się toczy, pochłaniając to, co po drodze i wpisując novum

w tekst.

Bianka Rolando swój tom komentuje następująco: „Spady i skrawki po chlebach lepi się

w małe podpłomyki. W książce «małe chlebki» czy też «chlebki biedniejsze» powstają, żeby nasycić, ale i podrażnić głód w podróżach przez przeróżnie migoczące miejsca i osoby.

A rozsypanie ich okruszyn wcale nie jest przypadkowe”. Owe okruszyny bowiem zawsze można zebrać, wpisać w inną opowieść, bo żadna przestrzeń ostatecznie nie jest zamknięta, a jeżeli nawet by była, to poetka z kieszeni wyciąga nóż, bez wyrzutów sumienia „wycina wyjścia” albo odnajduje je w miejscu, z którego przyszła.
Bianka Rolando: "Podpłomyki". Wydawnictwo WBPiCAK. Poznań 2012.