Wydanie bieżące

1 kwietnia 7 (223) / 2013

Monika Glosowitz,

ODMIANY CIĄŻOWEGO MASOCHIZMU

A A A
„Nazywam się Olga Wróbel, mam 30 lat. […] Człowiek obok mnie to Daniel Chmielewski, mój mąż. […] [C]hcemy mieć dziecko” – tak rozpoczyna się komiksowa narracja autorki „Ciemnej strony księżyca”. Nazywam się Monika Glosowitz, mam 27 lat, jeszcze nie mam potomstwa – tak mogłaby się zaczynać moja próba recenzencka. Podczas lektury tej historii w obrazkach miałam wrażenie, że jestem idealnym „wirtualnym odbiorcą” w strukturze tekstu komiksowego. W wieku „rozpłodowym”, z zapleczem kulturoznawczo-feministycznym, mamą i przyszłą teściową, które wyczekują „dzidziusia”, otoczona kordonkiem przyjaciółek – i w dalszej kolejności ich koleżanek – plotkujących o jasnych i ciemnych stronach hipotetycznego/doświadczanego macierzyństwa. I nie, jeszcze nie skusiłam się na obejrzenie youtube’owej relacji z porodu. Za to połknęłam książkę Olgi Wróbel w pociągu, siedząc obok pana w średnim wieku, który zamiast bulwersować się widokiem nieosłoniętych genitaliów okraszonych komentarzem: „poród, pochwa, nacięcie krocza, wydzieliny p.o.c.h.w.a. h.e.m.o.r.o.i.d.y” po prostu zasnął… Reakcja symptomatyczna, mój chłopak na wieść o przymusowej lekturze komiksu wykrzyknął: „Ale nie, przecież to o ciąży!”. Nie przypuszczałam jednak, że dziennik ciąży może przynieść tyle lekturowej, wizualnej i poznawczej radości. Ale może po kolei.

Ciężarna fantazja

Okres ciąży, zwłaszcza biorąc pod uwagę jego reprezentację poradnikowo-portalową, kojarzy się z błogostanem od dawna wyczekiwanych, dłuższych niż zwykle, wakacji, nieograniczonym szałem zakupów, spełnianiem wszelkich zachcianek przez wszystkie, nawet epizodyczne, osoby towarzyszące. Błąd! Księżyc ma też ciemną stronę: lęki w pierwszym trymestrze, lęki w drugim trymestrze i lęki w trzecim trymestrze! I wcale nie mam zamiaru wywoływać efektu przygłupawego, deprecjonującego rechotu. Właśnie najwyższej klasy komizm sytuacyjny, słowny i postaci jest największym osiągnięciem Wróbel. Ciąża wpisuje się bowiem w retorykę łowiecką i staje się okresem ochronnym dla danej jednostki (słownik podpowiada: gatunku). Nie można wtedy lekceważyć swojego stanu, porad, poradników, przesądów, boskich poleceń etc. Efektem jest brak nie tylko osobistego, ale i kulturowego dystansu do ciąży (właśnie, mamy nawet problem ze znalezieniem synonimów). Wszechobecność i społeczny nakaz macierzyństwa, ale i brak odpowiedniego dyskursu dotyczącego jego początków.

Autorce „Ciemnej strony księżyca” udaje się stworzyć obraz niezwykle intymny, a jednocześnie przedstawiony z dystansem (przede wszystkim do własnego ciała, własnych paranoi w kontekście oczekiwań otoczenia – czyt. mediów) umożliwiającym… śmiech. A jak wiemy, ten przynosi katharsis. Taka też była moja polekturowa reakcja – pełne ulgi oczyszczenie związane z a) obawą przed macierzyństwem, b) obawą przed kobiecą twórczością dotyczącą macierzyństwa. Okazało się, że nie tylko ja się obawiam!

Autorka–bohaterka–feministka

Rozpoczęłam swój tekst dosyć osobiście, a to dlatego że po wieloletnich studiach literaturo- i kulturoznawczych trudno mi podchodzić do tekstów kultury „na surowo” i doświadczać niezapośredniczonego rozbawienia. Jak pisze Manuela Gretkowska w „Polce”, kolejnym polskim dzienniku ciąży: „Pisarz jest ekshibicjonistą, nawet jeśli tworzy sobie ze wstydu lub talentu zasłony z innych postaci. Zdziera z siebie i bliźnich skórę, skalpy myśli, by uszyć zgrabną powieść” (Gretkowska 2005, s. 161). I dokładnie takiej literatury kobiecej, uściślijmy, ciążowej nie chciałabym czytać. Pełnej maniery i manier, niepotrzebnie upoetycznionej, a w związku z tym uniemożliwiającej identyfikację z bohaterką/autorką/narratorką. Bo za dużo barier, zasłon, skalpów myśli.

Bohaterka komiksu Olgi Wróbel jest Olgą Wróbel, ta jest też narratorką. Wszystkie trzy w jednej (w trójkącie autobiograficznym) prezentują poglądy feministyczne (uwaga, paradoks: ciężarna pro-choice!). I tu, gdyby pójść drogą wczesnej krytyki literackiej, okazałoby się, że dzieło to spełnia wszystkie wymogi twórczości „kobiecej” ze względu na: autobiografizm, tematykę, zaangażowanie. Ta książka jednak właśnie wymyka się etykietowaniu i nie ma nic wspólnego z jakąś tam dominującą wizją kobiecości i literatury kobiecej. Innymi – ironicznymi – słowy: „Ciąża to taki kobiecy czas w życiu kobiety! Dlatego będę o siebie dbać, smarować się balsamem, żeby uniknąć rozstępów i w ogóle!”. Jest jak jeden jedyny obraz cycków karmiącej Mirandy w „Seksie w wielkim mieście” (sezon 5): wielkich, niespodziewanych obiektów funkcjonalnych na tle wszechobecnych kobiecych piersi występujących w roli czysto estetycznych wabików. Boom, boobs, ups! Przykuwa uwagę, budzi grozę i śmiech, i zachwyt w tym samym czasie.

Idź, ciągle idź w stronę słońca

Doszło do tego, że mówię o tych komiksowych arkuszach jak o nowelce, całkowicie pomijając ich warstwę wizualną. A jest przecież co oglądać. Kolorystyka została utrzymana w ziemistej tonacji, która – podobnie jak motyw księżyca – rodzi (nomen omen) macierzyńskie konotacje. Jednak już poszczególne figuracje rozbijają podejrzenie jednowymiarowości tej symboliki. I mimo eksplicytnej krytyki patriarchatu, zawartej w miniepizodach z udziałem pocieszno-przerażającej postaci pana Władzia, magazyniera-patriarchy, terroru piękności (kremy sobie, a rozstępy sobie i piękna scenka tłumacząca sedno szóstki Vadera), aktualnych pracowniczych praw kobiet, jest tu miejsce na humor. Dowcip z klasą albo i bez, humor czarny, miejski i wiejski. To jak połączenie feministycznych teorii krytycznych z serialowym humorem w wersji glamour. Równowaga pomiędzy ciemną i jasną stroną księżyca z pewnością została osiągnięta.
Olga Wróbel: „Ciemna strona księżyca”. Wydawnictwo Centrala. Central Europe Comics Art. Poznań 2012.
LITERATURA
Gretkowska M.: „Polka”. Warszawa 2005.