ISSN 2658-1086
Wydanie bieżące

1 kwietnia 7 (223) / 2013

Adriana Szczęśniak-Majcher,

KULT PRZODKÓW WEDŁUG KRYSTIANA LUPY

A A A
Co prawda premiera „Rodzeństwa” Krystiana Lupy miała miejsce już blisko 20 lat temu, jednak każda okazja jest dobra, aby napisać o przedstawieniu tak niesamowicie i wielokierunkowo pobudzającym wrażliwość widza. Krystian Lupa jak nikt inny potrafi nadawać słowom i ideom znaczenia nieoczywiste. Także w „Rodzeństwie”, na podstawie sztuki Thomasa Bernharda, zdaje się prowadzić grę z widzem. W spektaklu nic nie jest takie, jakim się na pierwszy rzut oka zdaje, a kunszt i zaangażowanie aktorów wcielających się w bohaterów, pozwala wciąż na nowo i z niemalejącym uznaniem podążać za historią wydarzającą się na naszych oczach.

Oglądając ten spektakl lubię odczytywać go niejako pod prąd. Kiedy Dene i Ritter rozmawiają o kąpieli brata, albo spierają się, czy powinny były odbierać go ze Steinhofu, dla mnie tak naprawdę droczą się o to, która bardziej go kocha. Zaś gdy Ludwik wznieca awanturę i krzyczy rozdzierająco jak oszalały, robi to po prostu dlatego, że nie potrafi w inny sposób powiedzieć, jak bardzo tęsknił za siostrami. Natomiast gdy krytykuje je i wymyśla im, że dały się sportretować młodemu malarzowi, próbuje tylko wyznać im, jakie są jego zdaniem piękne, niezależnie od tego, czy portret jest udany czy nie.

W gruncie rzeczy spektakl wydaje się być skoncentrowany wokół takiego właśnie zagadnienia - jak żyć z osobami, które się kocha i nie ulec pokusie ranienia ich. Tak łatwo wypowiedzieć słowa, a tak trudno później zatrzeć ich przykre wrażenie. Znacznie łatwiej jest okazywać uczucia poprzez przygotowanie obiadu, rozmawianie o jedzeniu, nakładanie go na talerze. Kiedy bowiem zaczyna się mówić o uczuciach bez żadnej maski, filtru nałożonego na słowa, łatwo popaść w przesadę, skrajność, złość na samego siebie. Przywiązanie, czy bliskość to nie jest chyba coś, co potrzebuje stałego potwierdzania w słowach.

Krystian Lupa przedstawia profil psychologiczny swoich postaci w prosty, wizualny sposób. Ritter (Małgorzata Hajewska-Krzysztofik)  jest kobietą łaknącą atrakcji, poszukującą wciąż kolejnych wrażeń. W każdym akcie pojawia się w nowej kreacji, zawsze gustownej, dobranej ze smakiem. Pikanterii dodaje jej założona w drugim akcie ruda peruka. Jeszcze bardziej dosłownie przedstawia się sama, przyprawiając obiad niesłychaną ilością soli i pieprzu.

Dene (Agnieszka Mandat) w kwestii ubioru pozostaje tradycjonalistką. Nosi komplet włóczkowy cieszący się dużym powodzeniem u kobiet w jej wieku. Beżowy kolor podkreśla stonowanie, wycofanie i ugodowość.  Nie ma nic przeciw temu, że pozostaje w cieniu (Dene, również jako aktorka w teatrze, decyduje się tylko na role drugo-, czy nawet trzecioplanowe), ale nie oznacza to, że nie oczekuje od rodzeństwa uznania i docenienia w kwestii dbałości o porządek i „domową atmosferę”. Każdy głośniejszy krzyk sprawia jej niemal fizyczny ból i gotowa jest całkowicie wyprzeć się siebie, byle tylko poprawić samopoczucie brata, sprawić, by wszyscy byli ze sobą szczęśliwi i lubili spędzać razem czas.

Ludwik (Piotr Skiba) jest filozofem - ekscentyrycznym i przyzwyczajonym do tego, że zawsze musi być w centrum uwagi. To, że siostry powinny podporządkować się jego zwyczajom i  wizji świata, jest dla niego tak oczywiste, że aż nie potrafi się na to zgodzić - podobnie jak człowiek, który sprzeciwia się ustalonemu raz na zawsze porządkowi. Wyśmiewa starania sióstr, krzątających się przy obiedzie. Nie można mu niczego zabronić. Jeśli chce nosić szelki, powinien je nosić,  przyjechał do domu bez skarpet, a koszule, które kupiły mu siostry, rozdał wśród pacjentów Steinhofu - szpitala dla umysłowo chorych, w którym przebywał. Kiedy wraca do rodzinnego domu, wydaje się, że wraz z nim wreszcie wkroczyło w te mury życie.

Akcja toczy się w pokoju stołowym mieszkania, które rodzeństwo odziedziczyło po rodzicach. Ani ustawienie mebli, ani wystrój wnętrz, ani nawet zastawa stołowa nie zostały od tego czasu zmienione. Żadne z trójki bohaterów nie ma odwagi zmierzyć się z tym, co wydaje im się doskonałością. Szczerze rozpaczają nad stłuczonym serwisem do kawy „po babci”.  Rekwizyty, które przywodzą na myśl przeszłość, są czymś więcej niż zwykłymi pamiątkami. To rzeczy-potwory, pożerające samą swoją obecnością przestrzeń wokół nich i zatruwające atmosferę mieszkania, które przez cały czas wypełnia nieznośnie duszne powietrze.

Całe mieszkanie otulone jest atmosferą bezwładu, który uniemożliwia Ludwikowi pracę nad traktatem. Nie odpowiada mu, pełen poszanowania dla przodków, muzealny nastrój. Z tego powodu w trzecim akcie wszystkie portrety zostaną przez niego odwrócone przodem do ściany. „Trzeba coś zmienić. To jest nasz dom, nie trupiarnia” - zauważa, po czym przesuwa o pół metra kredens i stojący obok niego zegar. Nawet on nie jest w stanie wprowadzić w tym mieszkaniu większych zmian.

Również siostry, Dene i Ritter, nie potrafią rozkwitnąć w tej dusznej, muzealnej atmosferze. Choć są aktorkami, mało grają, jakby nie miały potrzeby konfrontowania swoich umiejętności z publicznością. Być może jedynym istotnym dla nich punktem odniesienia pozostawali rodzice. Teraz, kiedy ich zabrakło, brakuje im motywacji by doskonalić siebie.

Scenografia spektaklu jest bardzo realistyczna. Na scenie, niemal ze stuprocentową wiernością, odtworzony został stary i podniszczony salon mieszczański. Z drzwi schodzi farba, a tapety są wypłowiałe i zakurzone. Zegar jednak wciąż odmierza godziny, dając tym samym do zrozumienia, że czas płynie.

Ten realizm, z szumem wody w łazienkowych rurach, brzękiem talerzy w kuchni i obiadem podanym na stół, doprowadzony jest wręcz do przesady. Taki gest przywodzi na myśl postdramatyczną inwazję realności, a klasyczna czwarta ściana zasygnalizowana czerwoną ramą wokół sceny oraz taśmą oddzielającą przestrzeń performatywną od widowni, wydaje się tylko prowokacją. W rzeczywistości reżyser jakby dążył do tego, by stworzyć jedną przestrzeń teatralną wspólną zarówno aktorom, jak i widzom. Z jednej strony wydaje się, że realność wdarła się na scenę i zawładnęła obszarem przynależnym znakowości i fikcji, z drugiej od sceny wkracza na widownię ta sama niesamowita duszność, która obezwładnia Dene, Ritter i Ludwika.

Tę konstrukcję przestrzeni teatralnej reżyser rozwinie później w „Factory 2”, gdzie widzowie i aktorzy zdają się zasiadać w jednej sali, a łączy ich zawieszony pomiędzy sceną a widownią ekran. Taka strategia reżyserska zmierza do wzbudzenia w widzach uczucia niepokoju, zmusza ich do spojrzenia na scenę jak na lustro, zastanowienia się, co w spektaklu może być rzeczywistością, a co pozostaje fikcją.

W niektórych momentach duszna atmosfera panująca na scenie wciąga widzów w przestrzeń spektaklu, atakuje ich. „Tu w tej duchocie omal co się nie udusiłyśmy”, zauważa jedna z sióstr. Wygląda na to, że pomimo przemożnej chęci, uwolnienie się od wpływu przodków, w tej zatęchłej, muzealnej rzeczywistości nie jest takie proste. Tam, gdzie pozostają, możliwy jest tylko jeden sposób na szczęście - to „myśleniektóre jest zawsze możliwe, pomaga sobie ze wszystkim dać radę.

Każde z nich - Dene, Ritter i Ludwik - potrzebuje własnej, niezależnej przestrzeni do życia. Dlatego ten ostatni z taką życzliwością i nostalgią wspomina swój pobyt w Steinhofie, gdzie mógł pracować i tworzyć bez żadnych przeszkód. W końcu „młodym artystom nie trzeba pomagać, trzeba ich po prostu zostawić samych sobie”. Autorytety przodków i oczekiwania innych mogą ich tylko niepotrzebnie krępować. Wdzięczność i uniżenie wobec uznanych dzieł i postaci może być hamulcem zatrzymującym nieprzebrane fale twórczej inwencji w granicach, które powinno się przekraczać.

Po raz kolejny Krystian Lupa pozwala przenieść się w inną rzeczywistość, zastanowić nad kwestiami, które dotyczą każdego człowieka. Stara się rewidować poglądy widzów na rodzinne tradycje, a także na historię, która może przytłaczać człowieka zbyt wysoko ustawioną poprzeczką. Jednocześnie pochyla się nad trudnymi relacjami rodzinnymi, które bez względu na wszystko zawsze pozostają niezbędną częścią życia. W spektaklu „Rodzeństwo” niezaprzeczalnie, choć z dużą dozą przekory, składa też hołd odszczepieńcom, którzy decydują się w życiu na radykalne kroki. Kibicuje każdemu, kto poszukuje nowych rozwiązań i, naturalnie, robi to wyśmienicie.
Thomas Bernhard: „Rodzeństwo”. Reżyseria: Krystian Lupa. Muzyka: Jacek Ostaszewski. Obsada: Małgorzata Hajewska-Krzysztofik, Agnieszka Mandat, Piotr Skiba. Premiera: 19 października 1996 r. Narodowy Stary Teatr w Krakowie.