ISSN 2658-1086
Wydanie bieżące

1 kwietnia 7 (223) / 2013

Magda Tarnowska,

ASPEKTY PODMIOTOWOŚCI

A A A
Generalizowanie nie ma sensu - statystyczny Polak nie istnieje. I chociaż mamy XXI wiek – podział klasowy nie zniknął wraz z upadkiem komunizmu. Różnice są widoczne na każdym kroku. W sposobie mówienia, ubierania i myślenia, które nierzadko sprowadza się do przyswajania lekkostrawnych schematów, serwowanych nam na złotej tacy przez media. Mimetyczność świata przedstawionego jest iluzją. Co z tego, skoro fikcyjność nie wyklucza realności. Magia telewizji sprawia, iż nawet zakompleksiona gospodyni zaczyna wierzyć, że może być drugim Pascalem Brodnickim.

Komercyjny sukces „Wojny polsko-ruskiej pod flagą biało-czerwoną” z 2002 roku sprawił, że Dorota Masłowska z Paszportem Polityki w kieszeni zwróciła się w stronę teatru. Dramat „Między nami dobrze jest” powstał w 2008 roku na zamówienie berlińskiego teatru Schabüchne i TR Warszawa, a rok później jego autorka została nominowana do Nagrody Literackiej Nike. W tekście konsumpcyjne marzenia są radykalnie konfrontowane z szarą rzeczywistością przeciętnej rodziny, która w spektaklu wyreżyserowanym przez Piotra Ratajczaka na pierwszy rzut oka wydaje się być aż za nadto kolorowa. Mała Metalowa Dziewczynka (Martyna Zaremba) zamiast marynarskiego ubranka i kokardy, nosi spodnie dresowe, na nogach ma trampki, a we włosach różowe pasemka. Osowiała Staruszka (Elżbieta Laskiewicz) to kobieta na wózku inwalidzkim z długim, siwym warkoczem, zarówno w dramacie jak i na scenie. Didaskalia nie dookreślają wyglądu pozostałych bohaterek, czego skutkiem jest sceniczny triumf bazarowych, kiczowatych ciuszków z metką „made in China”. Te barwne kostiumy Grupy Mixer idealnie wpisują się w reżyserską wizję obrazowania, którą Piotr Ratajczak konsekwentnie realizuje od początku do samego końca przedstawienia. Jego koncepcja tymczasowości i niepełnej egzystencji to przemyślana i spójna konstrukcja. Ilustracją do niej jest scenografia zaprojektowana przez Matyldę Kotlińską. Przestrzeń ograniczona z obydwu stron wysokimi wieżami z plastikowych skrzynek przypomina magazyn usytuowany gdzieś na tyłach sklepu. Na podłodze jednopokojowego mieszkania bohaterek przybrudzony turecki dywan – symbol dobrobytu z lat minionych, w głębi sceny prospekt z odrapaną kamienicą. Nie ma przypalonych garnków, mocno podniszczonych mebli, a brud i chaotyczny bezład nie przenikają z dramatu na scenę. Niedosłowna interpretacja zbudowana na kanwie opisów obskurnego mieszkania w tekście Masłowskiej jest wyjątkowo interesująca i atrakcyjna.

Piotr Ratajczak odważnie wkracza na grząski teren relacji międzyludzkich, brnąc w stronę krytyki współczesności. Poszukując innowacyjnych i jednocześnie prostych (jak świat przedstawiony) rozwiązań, decyduje się na swoistą zamianę ról. Tu postaci występują w roli oglądających, wgapiając się w publiczność, która zostaje na czas spektaklu zamieniona… w telewizor. Ciekawy zabieg, który nie zmieniając punktu widzenia (i siedzenia) widza, kieruje jego uwagę na istotny problem zastąpienia komunikacji, komunikowaniem. Bohaterki wygłaszając swoje kwestie, nie patrzą na siebie, a przed siebie. Interakcja między nimi zachodzi dopiero kiedy Osowiała Staruszka wjeżdża w ich pole widzenia, zasłaniając wyimaginowany ekran. Jej córka Halina (Małgorzata Sadowska) reaguje natychmiast, przestawiając wózek w kąt z obcesowym komentarzem „Ojciec szklorz, matka szyba. Mamie to się ciągle zdaje, że jest przezroczysta.” Tu nie ma miejsca na normalną rozmowę i niewymuszoną empatię. Wnuczka używa słów, których znaczeń nie rozumie. W jej mniemaniu obóz koncentracyjny niewiele różni się od tego letniskowego, a Niemcy to „Ci co tak jodłują”. Halina z grubą sąsiadką Bożeną (Maria Bieńkowska) dyskutują o zaletach Tesco i Lidla, zastanawiając się, w którym markecie można kupić „więcej i taniej”. Natomiast babcia wciąż żyje wspomnieniami z czasów wojny, „katując” pozostałe domowniczki opowieściami o spacerach nad Wisłę. Widmo wojny wciąż wisi w powietrzu („Puk, puk, to ja - druga wojna światowa”) i powraca w monologach jak lejtmotyw, ale wynikające z upływu czasu bariery pokoleniowe wydają się być dla bohaterek nie do pokonania. Nikt nikogo nie słucha. Każda z nich coś mówi, ale sens padających słów staje się niewidoczny, stapiając się w jedno z ciemnoszarą rzeczywistością. Trzy kobiety, których nie łączy nic poza pokrewieństwem. Trzy różne pokolenia i ten sam szablon dualistycznego myślenia o świecie. Idealne życie celebrytów kontra codzienność ograniczona do „czterech ścian”, zalatująca nieświeżym mięsem i wszechobecną tandetą. Tani substytut lepszego życia, na które bohaterek i tak nigdy nie będzie stać… Zamiast zagranicznych wczasów - wyjazdy donikąd, duchowa pustka w miejsce bliskości… Powtarzalność, egzystowanie z dnia na dzień i „zamiast” motywowane materialnym brakiem. Czy w takim razie jedyna konkluzja sprowadza się do postawienia znaku równości między być a mieć? Poszukiwanie sensu w bezsensie i bytowanie w niebycie staje się jedynym aspektem podmiotowości głównych bohaterek, które uzależniają swoje istnienie do przedmiotu. Z czasopisma o znaczącym tytule „Nie dla Ciebie” dowiadują się czego sobie nie kupią i nie zobaczą. Reżyser za pośrednictwem charakterystycznego języka sztuki Masłowskiej sygnalizuje, że brak (pieniędzy, przyjaciół, perspektyw czy ambicji) całkowicie determinuje życie jednostki i wpycha ją w określony schemat.

Intrygujący jest sposób prowadzenia narracji u Ratajczaka. Konwencja audycji radiowej dynamizuje akcję, będąc jednocześnie ciekawą alternatywą dla tradycyjnych form fabularyzacji. Tym bardziej, że dramat utkany jest z serii pozbawionych chronologii epizodów. Fragmentaryczną konstrukcję tekstu podkreślono i wyeksponowano poprzez wprowadzenie postaci didżeja, który nadaje całości wyważony rytm. Tempo gwałtownie zwalnia mniej więcej w połowie spektaklu (I scena Aktu II). Mężczyzna (Grzegorz Kwas) pojawia się nagle i ni stąd ni zowąd zaczyna mówić o swojej pracy nad scenariuszem do filmu „Koń, który jeździł konno”. Absurd i groteska osiągają apogeum w później następujących scenach, które niestety trochę się dłużą. Ubrana w nienagannie skrojoną garsonkę Prezenterka (Ewa Kopczyńska) rozmawia z metroseksualnym Aktorem (Przemysław Kania), który bez skrępowania opowiada o sobie. Potem oboje, wcielając się w rolę wytrawnych dziennikarzy opisują realnie istniejący świat, w którym wyzysk i bieda są na porządku dziennym. Spychana na margines prawda, finalnie sprowadza się do sensacji, która w postaci newsa pojawi się na okładce „Super expressu”. W trakcie wielowątkowej rozmowy, która toczy się na scenie, z kanapy ustawionej na tle prospektu z wielkim oknem podnosi się Edyta (Agnieszka Okońska). Kobieta zaczyna opowiadać o emocjach, które towarzyszyły jej w trakcie oglądania nieistniejącego filmu. Ubolewa nad niechlujnym wyglądem kasjerki w markecie, nieporządkiem w swojej torebce i niemożnością zrobienia czegoś dla dobra innych. Niekończące się zwierzenia są pozbawione większego sensu, ale jest to zabieg zamierzony, niejako wpisany w tekst. Lepsza i gorsza rzeczywistość splata się ze sobą i następuje wymieszanie wszystkich wątków. Bohaterki komentują strzępki zdań, rzucane mimochodem przez Mężczyznę, dając porady Monice (Beata Deutschman) – głównej bohaterce wcześniej wspomnianego filmu. W tym samym czasie ta odpowiada Prezenterce na banalne pytania, polemizując ze stereotypowym wizerunkiem gwiazdy. Jej przerysowana wypowiedź jest satyrą na świat kolorowych magazynów, stworzony przy pomocy Photoshopa.

Przyczyną wcześniej zasygnalizowanej różnicy, dostrzegalnej przy zestawieniu ze sobą obydwu części sztuki może być mniejsza aktywność Małgorzaty Sadowskiej, Marii Bieńkowskiej i Martyny Zaremby, które są siłą napędową spektaklu. Kreowane przez nie postaci są niezwykle wyraziste i pełne wdzięku, mimo całej swojej naiwności i pstrokatych kostiumów; a co najważniejsze – bardzo autentyczne. Gra aktorska to bez wątpienia jedna z największych zalet zagłębiowskiej realizacji. Momentami zabawne kwestie włożone w usta utalentowanych aktorek śmieszą podwójnie, a sam sposób ich wypowiadania staje się głównym źródłem komizmu w inscenizacji Ratajczaka. To jednak tylko pozory, bo w finale lekka, komediowa forma zostaje niespodziewanie zderzona z tragizmem. Mało optymistyczne zakończenie pozostawia w głowie widza specyficzną pustkę, w którą nienachalnie wdziera się potrzeba refleksji nad bezcelowością i bezmyślną stagnacją społeczeństwa. Ideologiczny wydźwięk dramatu dopełnia się w scenie dyskusji nad istotą polskości. Żadna z postaci nie poczuwa się do bycia Polką. Mała Metalowa Dziewczynka narzeka na brzydką pogodę, architekturę, a swoją dezaprobatę podsumowuje jednym zdaniem „Nie jesteśmy żadnymi Polakami, tylko normalnymi ludźmi!”, jednocześnie deklarując: „Jestem Europejką”. Tożsamość narodowa staje się wstydliwą łatką, której chronicznie chcemy się pozbyć.

Czy można zatem jakoś uniknąć nieistnienia, kiedy zmiany mentalności nie można wygrać w teleturnieju? Nie można też jej wyhodować w kubku po kefirze, ani kupić na wyprzedaży. Co zrobić kiedy zapewnienie, że „Między nami dobrze jest” pozostaje tylko tytułem piosenki zespołu Siekiera, de facto zaczerpniętym z kultury popularnej, w której tapla się cała marginalizowana rzeczywistość? Jednoznacznych odpowiedzi brak, ale z całą pewnością warto wykazać się choćby małą inicjatywą i obejrzeć spektakl na żywo w sosnowieckim Teatrze Zagłębia.
Dorota Masłowska: „Między nami dobrze jest”. Reżyseria i opracowanie: Piotr Ratajczak. Scenografia: Matylda Kotlińska. Kostiumy: Grupa Mixer. Ruch sceniczny: Arkadiusz Buszko. Obsada: Maria Bieńkowska, Beata Deutschman, Ewa Kopczyńska, Elżbieta Laskiewicz, Agnieszka Okońska, Małgorzata Sadowska, Martyna Zaremba, Przemysław Kania, Krzysztof Korzeniowski, Grzegorz Kwas. Premiera 14 marca 2011 r. Teatr Zagłebia w Sosnowcu.