Wydanie bieżące

1 kwietnia 7 (223) / 2013

Katarzyna Szkaradnik,

ABRAHAM AFRYKAŃSKI I, CZYLI BOHATER POTRZEBNY OD ZARAZ

A A A
Nie przebrzmiały echa oscarowej gali, kiedy 26 lutego miałam okazję w „tradycyjnym” kinie w Rzeszowie obejrzeć najnowsze dzieło Stevena Spielberga; wyświetlono je wszakże tylko dla mnie, mimo iż film nie gościł już na ekranach tamtejszych multipleksów i był to jedyny seans owego dnia. Tymczasem dwie doby wcześniej Daniel Day-Lewis otrzymał statuetkę za tytułową rolę 16. prezydenta USA, doceniono też scenografię Ricka Cartera i Jima Ericksona, a takie wyróżnienia zawsze podsycają zainteresowanie nagrodzoną produkcją. Na pytanie o frekwencję na poprzednich pokazach „Lincolna” bileterka westchnęła: „Kiepsko… Trzeba być fanem, bo to ciężki film”. To kolokwialne i wieloznaczne stwierdzenie dało mi do myślenia. Fanem czego? Aktorów, gatunku, Ameryki (sic!)? Ciężki – pod jakim względem?

Zacznę od gatunku i to nie dlatego, że tak najprościej. Przeciwnie – kwestia ta nastręcza sporo obiekcji i można odnieść wrażenie, iż każdy recenzent inaczej „Lincolna” klasyfikuje, nieraz wytykając reżyserowi niewłaściwe rozłożenie akcentów. Choć oficjalnie film został określony jako „biograficzny / dramat historyczny”, niewątpliwie zawiódł tych, którzy zasugerowawszy się tytułem, liczyli na biografię w stylu American dream: oto ubogi chłopiec awansuje do roli przywódcy wielkiego państwa. Wprawdzie tytuł posiada retoryczną nośność, ale nie oddaje dominanty fabularnej, czyli pełnej determinacji walki bohatera o przeforsowanie w Kongresie sankcjonującej zniesienie niewolnictwa, słynnej 13. poprawki do konstytucji. W rezultacie twórcy filmu – idąc w ślad za Doris Kearns Goodwin, autorką książki „Team of Rivals: The Political Genius of Abraham Lincoln” – zawęzili ukazane losy prezydenta do przełomowych ostatnich miesięcy wojny secesyjnej, już po jego reelekcji. Wydaje się jednak, że rozpoczęcie akcji tuż przed zakończeniem konfliktu (trochę niczym u Homera) pozwala odtworzyć także zdarzenia, które doprowadziły do oglądanej sytuacji w wymiarze zarówno indywidualnym, jak i ogólnokrajowym.

Z pewnością polityka wysuwa się w „Lincolnie” na pierwszy plan, acz nie nazwałabym filmu Spielberga dramatem politycznym, lecz psychologicznym, uznając ten jego aspekt za najciekawszy. Nie chodziłoby nawet o emocje samego protagonisty (skądinąd znakomicie wykreowanego przez Day-Lewisa, o czym dalej), ale o psychologię społeczną: prawa i kaprysy rządzące decyzjami zbiorowości. A może nawet o socjobiologię? W filmie pada bon mot: „Izba Reprezentantów to gniazdo os”, który najcelniej oddaje funkcjonowanie ludzi w podobnych organach. Zabiegi stronników głowy państwa o uzyskanie poparcia nieprzekonanych odbywają się rozmaitymi metodami – od wyrafinowanych podchodów po szantaż bardziej stanowczy. W celu zyskania 20 głosów niezbędnych do przegłosowania nowelizacji, kilku współpracowników prezydenta zostaje wysłanych do demokratów o zachwianej pozycji po prostu po to, by przekupywać ich urzędami. Owe korupcyjne wysiłki – zabawne dla widza – są przecież źródłem dylematów Lincolna, idealisty niemogącego jednak skutecznie działać bez zakulisowych posunięć, a nawet manipulacji. I nieustannie muszącego odpowiadać sobie na pytanie o priorytet: czy jest nim wygranie wojny, czy triumf abolicjonizmu? Czy nakazywać deputowanym głosowanie za poprawką, jeśli można wynegocjować ugodę z Południem?

Jakkolwiek w mikrospołeczeństwie Kongresu zasadniczo panuje koniunkturalizm (niemal każdy próbuje coś ugrać dla siebie), a argumenty ad personam sypią się gęściej niż w naszym sejmie, wszakże „gniazd os” ma swoją królową. Jak to u owadów bywa, ewidentnie odróżnia się ona od reszty. Pomimo nieuchronnego patosu przypisanego Lincolnowi, Day-Lewisowi udało się powołać do życia postać niejednoznaczną – wzór męża stanu (ale już nie zwykłego męża), filozofa i kaznodzieję w jednym, sypiącego jak z rękawa anegdotami, które nie zawsze wydają się comme il faut, niemniej odsłaniają swe drugie dno (por. wpływ dygresji na temat Euklidesa na ostateczną treść telegramu). Ów niby zamknięty we własnym świecie wizjoner nie jest jednak tylko – cytując jego antagonistów – „niepoprawnym guzdrałą”, lecz potrafi również wydawać apodyktyczne rozkazy, zirytować się i rozsierdzić (zgodnie z tym, co głosi jedna z przypisywanych mu myśli: „You can tell the greatness of a man by what makes him angry”). Fascynujące, iż ten ekscentryk, z którego niejeden pewnie pokpiwał, budził też u tylu współczesnych estymę. Wszelako filmowy Lincoln to, mimo charyzmy, przede wszystkim sterany życiem, starzejący się człowiek, właściwie bezradny wobec losu i osobistej tragedii – być może tłumiący rozpacz właśnie w politycznej idée fixe?

O „ożywiającym” prezydenta Day-Lewisie trudno nie wypowiadać się w superlatywach – nie dość, że „wygląda jak Lincoln” bardziej aniżeli jego zachowane podobizny (sic!), to gestem, mimiką, chodem, nawet tembrem głosu buduje rolę naprawdę godną Oscara. Oczywiście, ktoś może stwierdzić, iż buduje raczej pomnik, zamiast – jak to ujęłam – powoływać do życia postać. Ale czyż jedno wyklucza drugie? Odsyłam do mitu o Pigmalionie… Nawet jednak gdyby komuś nie przypadł do gustu styl gry tego aktora, film nadal może trafić (wracam do słów bileterki) do fanów innych przedstawicieli oscarowej plejady. Tommy Lee Jones udanie zaprezentował ambiwalencję postaw i temperament Thaddeusa Stevensa – gorącego obrońcy czarnoskórych, a zarazem rozsądnego polityka, który wie, że czasem trzeba zrobić krok w tył, by uczynić dwa naprzód. Kilku innych kongresmenów to także pełnokrwiste postacie, nawet przeciwnicy emancypacji Afroamerykanów nie są byle łajdakami. Mniej przekonuje postać Robbiego (Joseph Gordon-Levitt), syna Lincolna stojącego wobec przewidywalnej alternatywy: bić się czy nie bić. Z kolei Sally Field frapująco wcieliła się w pierwszą damę. Czy żona prezydenta była wyłącznie rozrzutną, kłótliwą histeryczką, zawadą na jego drodze ku jeszcze większości efektywności? „Opowiadasz mi sny, a ja mam ci wróżyć” – żali się Mary Todd. Może nie do końca zdawała sobie sprawę z odpowiedzialności męża, lecz nie należy bagatelizować jej obciążenia.

À propos obciążenia, warto rozważyć „ciężkość” produkcji Spielberga, o której wspomniała bileterka. Na pewno film ma znaczny ciężar gatunkowy i to on przytłoczył całą fabułę. Stąd opinie, iż epickie dzieło okazało się przydługie i chwilami nudnawe (oglądałam je tuż przed północą po całej dobie „na nogach”, zatem nie mogę bezdyskusyjnie przypisywać mu swej senności). Szczególnie perory polityków potrafią odstręczać nużącą teatralnością (jedna z „recenzji” w Internecie: „Za dużo męskich rozmów. Za mało fabuły”). A w dodatku przez dłuższy czas niełatwo się rozeznać, who is who i kto opowiada się po której stronie…

Nade wszystko zaś „ciężka” jest sama tematyka. Często wspominaną monumentalność filmu można wiązać z heroizmem Lincolna lub podniosłością abolicjonizmu, ale też rozumieć jako „upamiętnienie” (monumentum – „pamiątka”); bodaj stąd natłok sentencji i fundamentalnych pytań typu: czy niewolnictwo przeczy naturze, czy nie? Przekonując, że rodzimy się równi, prezydent wie, że ogromna większość zarówno decydentów, jak zwyczajnych obywateli nie popiera 13. poprawki dla zawartej w niej idei, tylko po to, by zakończono wojnę. Stąd aktualność „Lincolna” w roli zwierciadła obaw przed gwałtownymi przeobrażeniami społecznymi. Sami Afroamerykanie pokazani zostali jako bierni, ale czy de facto stawiali – i mogli stawiać – zorganizowany opór (por. inne wypadki masowego zniewolenia w dziejach)? Jedyną szansą zdawała się służba w szeregach armii; czarny żołnierz może swobodnie rozmawiać z głową państwa, której przemowę na temat wolności z dumą cytuje. W rzeczywistości (choć reżyser zaledwie to sygnalizuje) nawet Lincoln nie rozumie czarnoskórych, co mimochodem wyznaje służącej. Może jednak, gdyby oświadczył, że rozumie, stałby się hipokrytą?

Owa służąca, zapytana, co sądzi o aktualnej krytycznej sytuacji, mówi po prostu: „Grunt to być wolnym”. Spielberg już wcześniej dotykał problematyki podstawowych praw człowieka; warto wspomnieć poniekąd bliski tematycznie, nakręcony 15 lat temu „Amistad”, skupiony na buncie przewożonych do USA afrykańskich niewolników. Do nowego filmu reżyser ponoć przygotowywał się wyjątkowo długo, nie uniknął wszakże zarzutów, że głównego bohatera wybielił, podobnie jak inne postacie odmalował czasami niezgodnie z historią („mój przodek głosował za, nie przeciw”). Jako istotną zaletę „Lincolna” należy wskazać przebijającą zeń sugestię, że chociaż dzisiaj niewolnictwo w cywilizowanym kraju nie mieści się głowie, a równość obywateli stanowi chlubę Amerykanów, to obraz przeszłości, w której formowała się ich tożsamość, nie jest monochromatyczny. Południe miało własne racje („odwieczna” tradycja versus ruina ekonomiczna), co więcej, bój toczył się nie tylko o szczytny cel godności jednostki, lecz i uzależnienie zbuntowanych stanów od Północy. Owa niejednoznaczność – nieopuszczające widza wątpliwości, o co właściwie chodzi – zapewne rzutuje na częściowe niezrozumienie „Lincolna” i rozczarowanie nim poza USA. Czy nie przypomina to sytuacji, gdy chcemy, by za granicą rozumiano dzieła poświęcone np. Rzeczpospolitej pod zaborami (będące dla nas bolesną, ale jednak świętością), tymczasem u obcokrajowców nie wywołują one żadnego wzruszenia, oprócz ramion?

Toteż nie powinno dziwić, że nad wszystkim powiewa niezwyciężona flaga Stanów i film jest bez wątpienia łatwiej strawny dla „fanów Ameryki” (tu znów aluzja do rozmowy z bileterką) niż jej adwersarzy. Zastanowić się jednak trzeba, na cześć czego pean oglądamy. Już pierwsza plansza wyjaśnia, że demokracji zagraża rozłam, wszakże pozostaje ona ideałem, do którego należy dążyć mimo ludzkiej ułomności. Najwyższą stawką wbrew pozorom nie byłoby samo zniesienie niewolnictwa. W połowie XIX wieku rozstrzyga się konflikt o przyszłe oblicze USA (ślady wewnętrznego rozbicia pozostały do dziś), rysuje się napięcie między prawem stanowym i federalnym (stwierdzenie Lincolna: „Konstytucja daje mi prawa na czas wojny. Nikt jednak nie wie, jakie to prawa” brzmi mniej śmiesznie, niż miało brzmieć). A jednak film nie jest tak kronikarski, jak się nieraz przypuszcza; bardziej aniżeli z rekonstrukcją mamy do czynienia z konstrukcją – np. zdjęcia Janusza Kamińskiego świetnie operują światłem i półmrokiem w charakteryzowaniu postaci, retoryka zaś dotyczy nie tylko przemów kongresmenów. Po co te zabiegi?

Zaryzykuję tezę, że produkcja Spielberga, podobnie jak inne, częste ostatnio, nawiązania do osoby 16. prezydenta USA (także w popkulturze, por. zeszłoroczny film „Abraham Lincoln: łowca wampirów”), świadczy o poczuciu Amerykanów, że potrzebny im przywódca na niepewne czasy, przywódca, który ich porwie i nada im kierunek. Abstrahując od tego, czy Barack Obama nie zaspokoił ich nadziei, wydaje się, że poszukują wzoru, mędrca i działacza w jednej osobie. Prześmiewczy przydomek „Afrykański”, który nadają filmowemu Lincolnowi oponenci, nie byłby aż tak obraźliwy, rodzi wszak skojarzenia z historycznym Scypionem Afrykańskim – nieistotne, Starszym czy Młodszym, obaj pokonali najgroźniejszego wroga Rzymian. Jednak z dyktatorami zawsze jest kłopot. Otóż zmroziło mnie stwierdzenie: „Jestem prezydentem Stanów Zjednoczonych Ameryki i mam nieograniczoną władzę!”. Wolałabym – choć wiem, że osłabłaby siła retoryczna – dopowiedzenie: „w tym kraju”, aby odżegnać się od tak dziś częstych posądzeń USA o megalomanię i dążenie do światowej hegemonii…

Na szczęście więc Lincoln, jak wiemy, ginie. Na szczęście dla wymowy filmu, nie wrażeń artystycznych, gdyż epizod ten stanowi niby pstryczek w mozolnie budowane domino. Przypomnienie o porażce prezydenta niesie tę samą konkluzję, co jego sen o samotnym sterowaniu okrętem podczas sztormu – w sumie wielki człowiek pozostaje opuszczony i niezrozumiany. Porażka człowieka nie jest tożsama z porażką idei, ale przypomina, że nie wolno spocząć na laurach, wartości są bowiem stale zagrożone. Niemniej pozostaje tęsknota za przewodnikiem, który choćby znowu „poległ”, stanie się szczeblem dla następnych wspinających się ku ideałom. Zarazem film Spielberga przypomina, że ideały częstokroć wspierają się na partykularnych interesach, chwiejnych emocjach, niewytłumaczalnych idiosynkrazjach. Toteż za jego clou o znaczeniu o wiele szerszym niż poletko „wuja Sama” uważam pewne hasło, które uczula na analizę rzeczywistości przez pryzmat przeszłych uwarunkowań, ale i nieprzyjmowanie status quo jako nienaruszalnej oczywistości: „Dlaczego jest tak czy siak i skąd ta takczysiakość?”.
Lincoln”. Reżyseria: Steven Spielberg. Scenariusz: Tony Kushner. Obsada: Daniel Day-Lewis, Sally Field, Tommy Lee Jones, David Strathairn, Joseph Gordon-Levitt i in. Gatunek: dramat biograficzny / historyczny. Produkcja: USA 2012, 149 min.