Wydanie bieżące

1 kwietnia 7 (223) / 2013

Maja Baczyńska, Miłosz Bembinow,

WYPOWIEDŹ ARTYSTYCZNA MUSI BYĆ SZCZERA

A A A
Maja Baczyńska: Chodzą słuchy, że Twoje utwory wykonują słynni King’s Singersi? Uchyl rąbka tajemnicy…

M.B.: Faktycznie, zdarzyła się taka przygoda. W styczniu 2011 roku zadzwonił do mnie kolega kompozytor, Paweł Łukaszewski i – nie mówiąc jeszcze, że chodzi o The King’s Singers – zaproponował, żebym przedstawił jakieś swoje partytury na sekstet wokalny. Akurat wtedy nagrywałem płytę w Rzeszowie i zapytałem: „Na kiedy?”, a on na to: „Na wczoraj!”. Szczęśliwie miałem przy sobie swojego laptopa, wybrałem właściwie jeden utwór, jedną propozycję i dostosowałem do możliwości wokalnych zespołu (wówczas już Paweł przyznał się, że chodzi właśnie o The King’s Singers). Nie liczyłem na wiele, tymczasem po dwóch tygodniach otrzymałem telefon z pytaniem czy mogą wykonać ten utwór wiosną, a warto dodać, że pierwotnie była mowa wyłącznie o koncercie w Londynie, który miał się odbyć dopiero jesienią. W rezultacie zamiast jednego wykonania miałem ich kilka, zarówno w Polsce, jak i za granicą. Był to specjalnie opracowany na potrzeby tej grupy wokalnej utwór „Beatus servus”.

M.B.: Innym osiągnięciem są płyty nagrodzone na „Fryderykach”. Chyba jesteś usatysfakcjonowany?

M.B.: Oczywiście, mam ogromną satysfakcję. Tak się składa, że kiedy pod koniec lat 90. pojawiła się pierwsza płyta z moją muzyką (z jednym z moich utworów chóralnych), to już następnego roku była nominowana. I tak kolejne wydawane płyty co kilka lat dostawały nominacje. Wreszcie rok 2012 przyniósł nagrodę. Okazało się, że akurat wtedy zostały nominowane dwa krążki z moimi (między innymi) utworami – „New Polish Music For Choir” nagrana przez Polski Chór Kameralny w Gdańsku, a druga, bardzo mi bliska, bo nagrywana z moim udziałem, „Łukaszewski & Bembinow.  Kolędy i pastorałki”. Warto dodać, że oprócz „Fryderyka” ten drugi album kolędowy osiągnął status „Złotej Płyty” i to jeszcze przed swoją oficjalną premierą. Było tak duże zainteresowanie na zaopatrzenie sklepów, że zanim oficjalnie ogłosiliśmy, że płyta jest w sprzedaży, sklepy zdążyły wykupić nakład, dzięki czemu otrzymaliśmy status „Złotej Płyty DVD”. Mam nadzieję, że nie ostatni raz, ale to czas pokaże.

M.B.: Czy takie wyróżnienie jak „Fryderyk” sprawia, że w wyobraźni masowej stajesz się bardziej rozpoznawalny?

M.B.: Niewątpliwie to pomaga w podejmowaniu rozmów na temat finansowania, to daje gwarancję, że jest osoba czy utwory, które są na rynku sprawdzone. W oczach potencjalnych inwestorów jest to zachęta i prestiż. Natomiast wpływ na odbiór społeczny jest rezultatem sprzężenia, bowiem zdobycie statusu „Złotej Płyty” zbiegło się w czasie z uzyskaniem wielu głosów z Akademii Fonograficznej, dzięki czemu zdobyliśmy „Fryderyka”.

M.B.: Z kolei spektakularnym utworem wydaje się „Amor vincit”, które zostało prawykonane przez kilkanaście chórów z całego świata… Jak do tego prawykonania doszło?

M.B.: Do światowego prawykonania tego utworu na solistów, chór i orkiestrę doszło w czerwcu 2011 roku w Filharmonii Poznańskiej. Było to zamówienie jeszcze z 2009 roku, Krzysztofa Szydzisza, dyrektora Międzynarodowego Festiwalu Chórów Uniwersyteckich „Universitas Cantat”, specjalnie na ten festiwal. Ponieważ na to wydarzenie co dwa lata zjeżdżają się chóry z całego świata, po indywidualnych prezentacjach jeden duży utwór wykonują na finał wspólnie. Głównie z uwagi na ten fakt było to dla mnie szczególnie interesujące. Również aspekt międzykulturowy miał dla mnie znaczenie – występowały chóry (prócz polskich) z Ekwadoru, Mołdawii, Rosji, Czech, Bułgarii… Przekrój niesamowity. Poza tym, mimo że bardzo lubię pisać na chór, to utworu tak dużych rozmiarów jeszcze nie pisałem. Było to zarazem piękne doświadczenie ze względu na to, że sam prowadziłem próby z ponad pół tysiącem wykonawców na scenie i dyrygowałem prawykonaniem. Fascynowało mnie jak muzyka, jak w ogóle język muzyczny, jednoczy ludzi z różnych zakątków świata. Widać było zaangażowanie w samą materię muzyczną, ludziom się ten utwór podobał i to było ogromne przeżycie zarówno dla mnie, jak i dla poznańskiej publiczności, która nagrodziła nas brawami na stojąco i prośbą o bis. Myślę, że do dziś wiele osób jeszcze to wspomina, zresztą sporo osób z zagranicy z tych chórów czasem do mnie pisze.

M.B.: Które jeszcze sukcesy – wszak masz ich dużo – zajmują szczególne miejsce w Twoim życiu?

M.B.: Nie lubię się chwalić, ale jakbym miał wyciągnąć pewne wnioski po blisko 17 latach aktywności artystycznej w postaci wielu wykonań i koncertów, to myślę, że największą satysfakcję sprawia mi fakt, iż wykonawcy (t.j. soliści, zespoły kameralne, orkiestry, dyrygenci) sami chętnie sięgają po moje utwory. Piszą do mnie, pytają, gdzie można nabyć nuty i tak wciąż się dzieje. To jest szalenie miłe, bo świadczy o tym, że muzyka istnieje także niezależnie od festiwalowego zamówienia i funkcjonuje w jakimś obiegu. Dość powiedzieć, że właśnie „Amor vincit” pół roku po prawykonaniu doczekał się kolejnych dwóch polskich wykonań, choć już w nie tak obszernej obsadzie i to nie była moja inicjatywa, a dyrygenta Kazimierza Dąbrowskiego. Jest to dowód, że moja muzyka trafia do ludzi.

M.B.: A czym się inspirujesz w swojej twórczości?

M.B.: To trudne pytanie, bo inspiracje są bardzo szerokie i zróżnicowane. W przypadku muzyki chóralnej fascynuje mnie brzmienie głosu, barwa, często też tekst, po który sięgam – zwykle polski bądź łaciński (z racji mojego umiłowania do śpiewów gregoriańskich). Co do tekstów polskich, to często sięgam po żyjących autorów, takich jak: Eryk Habowski czy Natalia Babińska. Ich teksty są świeże – pisane tu i teraz, na moją prośbę. Z kolei w muzyce instrumentalnej zdarzają się inspiracje pozamuzyczne. Pojawia się pewnego rodzaju programowość – czasem wyznaczam sobie odległe skojarzenia, które stają się punktem wyjścia do tworzenia. Tak było m.in. w przypadku utworu na duet perkusyjny: „Returning Sounds for Magda & Miłosz”. Forma opierała się na „powracających dźwiękach” z mojego innego, wcześniejszego utworu, ale ułożonych w inny sposób, w innych częściach i konstelacjach. To szerokie zagadnienie, gdybym umiał łatwo zdefiniować inspiracje językiem literackim, to pewnie nie pisałbym muzyki.

M.B.: Kompozytor, dyrygent… co przyszło pierwsze?

M.B.: Tak naprawdę obie te dziedziny przyszły jednocześnie. Zaczęło się jeszcze w średniej szkole muzycznej. Byłem w niej na kierunku teoretyczno-pedagogicznym i obligatoryjnie miałem takie przedmioty jak dyrygentura i improwizacja, od której jest tylko krok do kompozycji. Z kolei sama dyrygentura zachęciła mnie, by już w wieku 16 lat stworzyć chór i orkiestrę kameralną, rodzaj takiego doświadczalnego „poligonu” dyrygenckiego, żebyśmy mogli z kolegami pracować z żywym zespołem wykonawczym. Gdy zdawałem na studia, zdecydowałem się przystąpić do egzaminów i na kompozycję, i na dyrygenturę, mimo że dziekan powiedział mi wówczas, że przyjmą mnie tylko na jeden kierunek – ten, na który zdam lepiej. Tymczasem ja się zawziąłem i tak się przygotowałem, że na oba te kierunki dostałem się na pierwszej lokacie, dostając od razu dwa indeksy. Tak więc przez wiele lat kompozycja i dyrygentura były dla mnie nierozłączne.

M.B.: Czy bycie dyrygentem pomaga Ci w pisaniu muzyki (i na odwrót)?

M.B.: Doświadczenia na polu dyrygenckim przekładały się na to, jak pisałem utwory, a z kolei praca kompozytorska pomagała mi w podejściu analitycznym do szeroko rozumianej twórczości muzycznej. Dzięki temu, że miałem już wprawę w tworzeniu własnych form muzycznych, bardzo łatwo mi było analizować konstrukcję innych utworów, ich przebiegi muzyczne itd. Obecnie głównie poświęcam się kompozycji, a jeśli już dyryguję, to głównie swoimi kompozycjami. Wynika to z tego, że w ostatnich latach ilość zamówień kompozytorskich wymagała ode mnie całkowitego zaangażowania.

M.B.: Dla wielu osób pisanie muzyki to sposób na wyrażenie siebie. Czy patrzysz na to w podobny sposób?

M.B.: Jeśli kompozytor ma pozostawać w prawdzie z własnym dziełem, to jego wypowiedź artystyczna musi być absolutnie szczera i autentyczna. Jest to takie odsłanianie siebie, swojej wrażliwości i osobowości, też stanów emocjonalnych. Jak najbardziej jest to dla mnie sposób ekspresji. Staram się wyrażać swoje myśli i emocje poprzez muzykę.

M.B.: Jesteś wykładowcą uniwersyteckim, prowadzisz m.in. zajęcia dotyczące muzyki XX-wiecznej i współczesnej. Co starasz się przekazać swoim studentom, jak próbujesz ich zainteresować muzyką nową, zwłaszcza gdy ta nieraz budzi sporo kontrowersji?

M.B.: Rzeczywiście jest pewien problem w poznawaniu muzyki XX, czy XXI wieku. Stawiam jednak na całkowitą otwartość. Uczę studentów, by bezwzględnie słuchali wszystkiego. Nawet jeśli coś w pierwszym kontakcie muzycznym im się nie podoba, to mówię im, aby posłuchali do końca, by powrócili do tego samego utworu np. za trzy lata, żeby spojrzeć na niego z innej perspektywy. Na zajęciach współczesnych technik kompozytorskich, które prowadzę, dobieram przykłady skrajnie różne, by pokazać różnorodność muzyki XX i XXI wieku. To niebywałe bogactwo. Ludzie często mają uproszczone skojarzenia, że np. to wszystko jest muzyką atonalną, eksperymentalną itp. Nic bardziej mylnego. To są tak różne utwory, na tak różne obsady instrumentalne, że tego nie sposób sklasyfikować, czy ująć w paru słowach.

M.B.: Grono zainteresowanych muzyką współczesną wydaje się dość wąskie. Z czego to wynika?

M.B.: Jednym z takich dużych problemów w funkcjonowaniu muzyki współczesnej w repertuarze teatrów czy filharmonii jest niejednokrotnie niechęć i uprzedzenie dyrygentów lub innych osób decydujących o kształcie programu koncertu. Jeśli już sięgają po nią, to organizują festiwal poświęcony wyłącznie muzyce współczesnej. W ten sposób staje się on zamknięty, wręcz jakby endemiczny. Natomiast to, co się od wielu lat w krajach Europy Zachodniej praktykuje, to łączenie programu klasycznego filharmonii i muzyki współczesnej. Obok np. Beethovena na tym samym koncercie pojawia się jakiś utwór współcześnie żyjącego kompozytora i dzięki temu odbiór jest już całkiem inny. Ja sam miałem takie doświadczenie 10 lat temu z moją muzyką, gdy na jednym koncercie w Niemczech klawesynista do programu swojego recitalu, na którym grał m.in. Bacha, Pachelbela i Rameau, włączył mój utwór. Publiczność była po prostu zachwycona, ludzie mówili, że to niesamowite, że instrument kojarzony głównie ze wspomnianym wyżej Bachem może brzmieć świeżo i nowocześnie, tymczasem gdyby ten sam utwór wykonać na jakimś festiwalu muzyki współczesnej, byłby jednym z wielu.

M.B.: Nad czym aktualnie pracujesz?

M.B.: Obecnie pracuję nad utworem „Vides ut alta” zamówionym przez Fundację „ForMusic” specjalnie dla barytona Macieja Nerkowskiego i perkusisty Leszka Lorenta. Już teraz serdecznie zapraszam na prawykonanie, które odbędzie się 11 maja w Warszawie. Aktualnie trwają też finalne prace nad płytą „Astrolabium Sings Bembinow”, będzie ona dostępna w sprzedaży już w maju tego roku. Jest to dla mnie bardzo ważny album – 28 płyta z moją muzyką i zarazem trzecia autorska poświęcona tym razem wyłącznie muzyce chóralnej a capella. Inicjatorem tego wydania był sam chór „Astrolabium” z Torunia i jego dyrygentka Kinga Litowska.

M.B.: Gdzie w najbliższym czasie będzie można usłyszeć Twoje utwory?

M.B.: Najbliższe wykonania to już 10 i 12 kwietnia 2013 – oratorium „RES TUA – Rozważania o Miłości i Nienawiści” wykonywane kolejno w Białymstoku i w Suwałkach, następnie 15 kwietnia na Uniwersytecie Muzycznym Fryderyka Chopina „Divertimento Ingenuo” na smyczki, a dwa dni później spektakl „Kordian. Reinterpretacja” z moją muzyką w warszawskim Teatrze Druga Strefa.

M.B.: Pytanie na koniec: gdybyś nie był kompozytorem, byłbyś… ?

M.B.: Być może byłbym realizatorem dźwięku, bo to mnie zawsze interesowało i hobbystycznie od czasu do czasu zajmuję się nagraniami. Od dziecka fascynowały mnie też komputery, więc może byłbym programistą. Wachlarz moich zainteresowań zawsze był szeroki. Ale jestem tym, kim jestem i robię to, co robię - na razie z tym żyję i jest mi tak dobrze.