Wydanie bieżące

1 kwietnia 7 (223) / 2013

Grzegorz Mucha,

ZWYCZAJNY DZIEŃ

A A A
23 marca w londyńskim Victoria & Albert Museum otwarto wystawę poświęconą karierze Davida Bowie. Zebrano na niej ponad 300 przedmiotów, w tym takie, jak odręcznie pisane teksty piosenek, kostiumy sceniczne, fotografie, filmy i instrumenty muzyczne należące do artysty. Niemal dwa tygodnie wcześniej ukazał się jego długo wyczekiwany nowy album.

Nie wnikając w przyczyny owej zbieżności zdarzeń, warto pochylić się nad jego nową muzyką. Od wydania albumu „Reality” minęła przecież dekada. Wcześniej, jakiekolwiek by za tym nie stały wolty stylistyczne, najdłuższy czas pomiędzy wydanymi albumami DB wynosił trzy lata. Pewnie wiele zmieniło się w życiu artysty. Może zapaść sercowa, jaka miała miejsce podczas koncertu w Pradze, też przyczyniła się do zwolnienia tempa życia. Podobno nawet teraz nie zapowiada żadnej nowej trasy koncertowej. Ale coś przez ten czas robił, bo jest człowiekiem czynnym, którego brak aktywności prawdopodobnie by zniszczył. A jednak nie oczekiwałem jego artystycznego wskrzeszenia, a raczej… dalszego milczenia. Bowie przecież był (jest) w szczególnie trudnej sytuacji. Uznawany w swojej ojczyźnie (i nie tylko) za najbardziej wpływowego artystę rocka ostatnich dziesięcioleci, nie mógł sobie pozwolić na świadome obniżenie poprzeczki. Zwłaszcza że prasa brytyjska nawoływała go wręcz do kolejnego artystycznego objawienia, aby pokazał nam jeszcze raz nowy kierunek. Ale Bowie był nieugięty i milczał. Do czasu.

Nowy album na pewno stał się dla mnie zaskoczeniem… wizualnym. W zapowiedziach ukazywała się, częściowo zakryta, okładka albumu „Heroes”. Byłem pewien, że to tylko tymczasowy zabieg. A jednak nie – okładka celowo nawiązuje do tego, co było kiedyś. Tymczasem wyjawienie składu ekipy współpracowników nie przyniosło zmian. Producentem znów jest Tony Visconti, a instrumentaliści są w większości dobrze znani z poprzednich sesji. Bowie zatem postawił na ludzi sprawdzonych, którzy go dobrze rozumieją. Ale nie pociągnęło to stylistyki w nowym, a tym bardziej nieznanym kierunku. Inna sprawa, że muzyk rockowy, którego głównym instrumentem pozostaje głos, nie ma wielkiego wyboru. Forma piosenki i teksty kryją w sobie pułapkę. Chociaż mieliśmy już sporo muzyki instrumentalnej Bowiego, to widać uznał on, że obecne czasy jej nie sprzyjają. Czternaście zebranych utworów prezentuje dosyć różne stylistyki, ale niemal wszystkie znane z jego wcześniejszych dokonań. Czy zatem chodzi o rodzaj wycieczki, albo raczej wycieczek w przeszłość? Nie jestem tego pewien. Zakrycie starej okładki jest wyraźnym gestem, że liczy się nowe. Ale co zrobić, kiedy nowe przypomina stare?

Z pewnością jest to muzyka bardziej surowa od tej prezentowanej nam od połowy lat 90. Dzięki pojawiającym się niespodziewanym brzmieniom saksofonu barytonowego i klarnetu basowego staje się bardziej ciemna. Suche ciemne brzmienia i jakby nieco zmęczony głos dają inny rezultat, ale brakuje pewnego swobodnego napędu, dzięki któremu wcześniejsze dokonania same niemal wibrowały w powietrzu. Nie chcę pisać ani o utworach które mi się bardzo podobają, ani o tych, których pewnie nie polubię (są nawet takie). Nie ważę się analizować tekstów, które w swej obfitości sięgają do kondycji współczesnego człowieka. Pozostanę z pewną tajemnicą, którą nam artysta zesłał. Dotąd słynął z nakładania masek. Sądzę, że jego maski nie zniekształcały przekazu, ale jakby uwypuklały dręczące go demony. Tym razem maska jest prawie przezroczysta. Być może przyczyniła się do tego wiedza o kosmicznej sile upływającego czasu.

Bardzo się cieszę, że David znów jest wśród nas, ale…
David Bowie: „The Next Day” [2013, ISO Records].