Wydanie bieżące

1 maja 9 (225) / 2013

Kinga Kasperek,

RZECZY I LUDZIE

A A A
Medytacje nad pamiątkami rodzinnymi prawie zawsze kończą się patetycznymi rozważaniami o Przeszłości i Kole Historii. Przynajmniej w literaturze. Tak jakby proza mówiąca o rodzinnej historii i utraconych miejscach koniecznie musiała wpisywać się w nurt literatury nostalgicznej (lub bardziej swojsko – literatury „małych ojczyzn”). Porcelana z Miśni, srebrne świeczniki, zegary z brązu to rekwizyty, dzięki którym łatwo złożyć historię o ludziach z przedwojennej i wojennej Europy Środkowej. „Zając o bursztynowych oczach. Historia wielkiej rodziny zamknięta w małym przedmiocie” – powieść krytyka i historyka sztuki oraz uznanego ceramika, Edmunda de Waala – zdaje się doskonale wpisywać w ramy gatunkowe wspomnianej prozy nostalgicznej. Mamy więc narratora-bohatera, mężczyznę w średnim wieku, pragnącego poznać rodzinną historię – arystokratycznych, żydowskich bankierów Ephrussich. Są też utracone miejsca – przedwojenny Paryż, Wiedeń sprzed czasów Anschlussu i w trakcie II Wojny Światowej, Tokio sprzed rozwoju kapitalizmu i skurzona kolebka rodziny – Odessa. Dodatkowo, historia snuta jest przez pryzmat starych dokumentów, wyblakłych zdjęć i zachowanych przedmiotów, z tytułowym zającem o bursztynowych oczach na czele. Wspomniany zając stanowi element kolekcji netsuke – małych, japońskich cacek, rzeźbionych w kształty zwierząt, roślin i ludzi, mieszczących się w dłoni, które służyły mocowaniu sakiewki do kimona, a na fali mody na sztukę japońską zostały sprowadzone przez przodka bohatera do Europy. Bohater (a tym samym narrator – porte-parole autora) odbywa kilkuletnią podróż, mającą na celu prześledzenie losów netsuke oraz ich kolejnych właścicieli, odkrywając tym samym swoje korzenie.

I właśnie z powodu tej pozornej przystawalności powieści de Waala do schematu prozy nostalgicznej książka jest całkowicie zaskakująca. Bo chociaż narrator snuje niekończące się, szczegółowe opowieści o codziennym (więc i zdawałoby się – nudnym) życiu przodków, odkopuje kolejne koligacje i rekonstruuje układy kolejnych pomieszczeń w kolejnych pałacach, książka nie jest ani nuda, ani specjalnie nostalgiczna. A to z tej prostej przyczyny, że pod soczewkę brana jest tu relacja człowiek-przedmiot, ważna przecież dla współczesnego, zanurzonego w konsumpcjonizmie, czytelnika. Dodatkowo trudno rozstrzygnąć gatunkową przynależność powieści – łączy ona cechy powieści historycznej, tekstu popularnonaukowego, romansu i powieści detektywistycznej i przede wszystkim traktatu z zakresu historii sztuki, całość zaś przypomina raczej sprawozdanie z badań (chociaż bardzo interesująco podane) niż nostalgiczne rozważania.

Gdyby zadać sobie podstawowe pytanie – kto jest najważniejszym bohaterem powieści – niezwykle trudno byłoby znaleźć odpowiedź. Nie wiadomo, czy wskazać na przedmioty, czy na ród Ephrussi wraz z poszczególnymi jego członkami. Świadomy tego problemu jest i narrator: „wyjaśniam Saszy powód naszego przyjazdu, mówię, że piszę książkę na temat… i tu nie bardzo wiem, jak dokończyć. Bo nie wiem, czy jest to książka o mojej rodzinie, o pamięci, o mnie samym, czy o maleńkich japońskich przedmiotach” (s. 374).

Pomysł jest jednak jasny – wszystkie wątki historii rodzinny Ephrussich opisane są przez pryzmat netsuke. Po śmierci wuja Ignace'a bohater dziedziczy kolekcję netsuke i zaczyna tropić losy poprzednich właścicieli, zaczynając od mieszkającego w Paryżu Charlesa, wiedeńczyków Emmy i Viktora, kończąc właśnie na tokijskim wuju. Kolejni właściciele kolekcji zdają się czasem pretekstem, aby dzięki ich sylwetkom sportretować paryżan, wiedeńczyków i tokijczyków wraz z ich codzienną egzystencją zanurzoną w historii (np. kalendarium Anschlussu splecione jest z prywatnymi wydarzeniami rodu Ephrussi w tekstową całość – akapity o pocztówkach z wakacji przeplatają się z wystąpieniami Hitlera). Współczesna diaspora, usankcjonowana rozwojem rodzinnego biznesu Ephrussich, pozwala na opisanie różnych miast, gdzie bankierzy znaleźli swój dom (i w których aktualnie przebywają netsuke), wraz z ich architekturą, ulicami, kawiarniami, pałacami i parkami oraz zwyczajami obowiązującymi względem mody i obyczajów. Powieść w zasadzie składa się z samych opisów, znikoma ilość komentarzy zbliża „Zająca o bursztynowych oczach” do prozy dokumentalnej. Autor wydaje się zafiksowany na punkcie dokładności opisu, a w szczególności dotyczy to budynków. Rozkład pomieszczeń, rodzaj posadzki, odnotowany jest niemalże każdy przedmiot i jego ułożenie. I tak zachwycający się impresjonistami Paryż z siedzibą w postaci Hotelu Ephrussi (i tu chyba nie uda się uniknąć banalnego frazesu) staje przed oczami jak żywy. De Waalowi udaje się oddać specyfikę każdego miasta w danym okresie, czy (myśląc za Heglem) ducha narodu/czasów. Wspomniany już Paryż zachwyca zgrabnie oddaną fascynacją impresjonizmem, balami toczącymi się w rytm belle époque, salonami i życiem artystycznym, Wiedeń przedstawiony przez pryzmat Ringu, dyskusji o psychoanalizie toczących się w kawiarniach i operowym foyer, zaś Tokio uchwycone w momencie rozwoju kapitalizmu, pełne geisha girls, rosnące wraz z kiełkującym kapitalizmem i pierwszymi biurowcami. Autor jest postacią niezwykle obecną w odkrywaniu rodzinnej historii, powieść przybiera fragmentami postać dziennika podróżnika i detektywa. Liczne komentarze odnośnie podróży za historią kolekcji, przywołane godziny w bibliotekach, radość z nowych odkryć i skargi na nadmiar materiału, zakopywanie się w dalszych notatkach, historiach i biografiach, które odwleka pisanie, tworzy dwa czasy powieściowe – czas poszukującego narratora i właściwy czas powieściowy. Przez to „Zając” jest autentyczny, przywołuje obraz idealnego autora-naukowca, który sprawdza wszelkie poszlaki i źródła, zaś na ich podstawie tworzy świat powieści, który dzięki temu jest obiektywny i  realny. Przez ten zabieg historyczny Paryż (jak i Wiedeń oraz Tokio), odtworzony z pocztówek, wspomnień, wycinków z gazet jest prawie namacalny. Wszystko, cała ta architektura i codzienność, jadłospisy, portrety bulwarów z wielkimi osobowościami czuwającymi nad miastami – odpowiednio Proustem, Freudem i MacArthurem – jest niezbędne, by przedstawić netsuke i ich historię.

No właśnie – netsuke. „Zająca o bursztynowych oczach” można by również odczytać jako traktat z zakresu historii sztuki. Popularnonaukowe fragmenty o historii tych przedmiotów, sposobie ich powstawania i odbiorze wplecione są we właściwą narrację. Wyjaśniają ważne dla powieści kwestie – np. fascynację Paryża sztuką japońską. Połączenie tych elementów popularnonaukowych, mówiących o sztuce wraz z opowieścią o codzienności niezwykłej rodziny, może wywołać skojarzenie z powieścią „O pięknie” Zadie Smith. W przypadku obydwóch historii sztuka spaja rodzinę i pomaga jej dostosować się do rzeczywistości, jednak w „Zającu”, jak się zdaje, autor chciał poza przedstawieniem swoich korzeni i losów swoich przodków spopularyzować historię netsuke, co wyszło mu całkiem dobrze – po skończeniu lektury czytelnik jest wyposażony w solidną wiedzę na temat tych drobiazgów, dość sprytnie wpojoną – gdzieś pomiędzy romansami Emmy Ephrussi a przyjaźnią Charlesa z impresjonistami.

Od paryskiego zachwytu japońszczyzną, netsuke popadają w niełaskę w Wiedniu (traktowane są jak obiekty w sam raz dla dziecięcych zabaw). Ich wartość wzrasta po II Wojnie Światowej, ocalałe pozostają jedną z nielicznych pamiątek rodzinnych, by pod koniec XX wieku trafić z powrotem do Japonii. Przedmiotom poświęcono obszerne fragmenty tekstu, analizowana jest ich tekstura, waga. Zdanie: „w jaki sposób ludzie obchodzą się z przedmiotami, jak się nimi posługują, jak przekazują je innym – jest dla mnie sprawą najwyższej wagi” (s. 29) zdaje się przesłaniem powieści. Początkowo stanowią centrum powieści, gablota na netsuke i żółty fotel Charlesa są mocniej sproblematyzowane niż np. jego życie uczuciowe, później zaś netsuke i inne rzeczy schodzą na dalszy plan, wypierane przez rodzinne i tożsamościowe narracje, co zdaje się możliwe do przewidzenia, gdy mamy w głowie tezę Ewy Domańskiej, zwartą w tekście „Humanistyka nie-antropocentryczna a studia nad rzeczami”: „dyskurs rzeczy zawsze będzie wmontowany w nasz, ludzki dyskurs, w nasze potrzeby i oczekiwania, i zawsze będzie kierował się określoną pragmatyką: czy będzie ona dotyczyła zdobywania wiedzy, budowania tożsamości, relacji społecznych, czy dyskursu żałoby, sprawiedliwości, pamięci, dziedzictwa, mody itd.”

I właśnie „Zając o bursztynowych oczach” jest książką nie-antropocentryczną. Czasem od emocji i motywacji posiadacza kolekcji ważniejszy jest kwestia gabloty, gdzie przechowywane jest netsuke i odbiór zbioru na salonach, zaś porządek zostaje całkowicie odwrócony w trakcie Anschlussu. Żydzi z dnia na dzień traktowani zostają uprzedmiotowieni, są traktowani gorzej niż posiadane przez nich rzeczy. Netsuke i rzeczy stają się tylko pretekstem, by za ich pomocą skoncentrować się na ważniejszych problemach: asymilacji, tożsamości, narodzie, rodzinie, historii, estetyce. Zaś po zakończeniu lektury zrozumiała staje się rozterki bohatera, przeszukującego wciąż kolejne źródła – chciałoby się zatrzymać w tym nieistniejącym świecie chociaż na chwilę dłużej.
Edmund de Waal: „Zając o bursztynowych oczach. Historia wielkiej rodziny zamknięta w małym przedmiocie”. Wydawnictwo Czarne. Wołowiec 2013.

Ewa Domańska: „Humanistyka nie-antropocentryczna a studia nad rzeczami”. Online: http://www.staff.amu.edu.pl/~ewa/Domanska,%20Humanistyka%20nie-antropocentryczna%20a%20studia%20nad%20rzeczami.pdf (dostęp dnia 29.04.2013).

"artPapier" objął nad "Zającem o bursztynowych oczach" patronat medialny.