Wydanie bieżące

1 maja 9 (225) / 2013

Maciej Duda,

UPGRADEOWANIE WIKTORIAŃSKIEJ LITERATURY

A A A
W Internecie aż roi się od fanowskich omówień książek sióstr Brontë. Teksty czytelniczek i czytelników umieszczane są na autorskich blogach oraz na portalach tematycznych. Na tych ostatnich pod informacjami o publikacji każdego kolejnego tłumaczenia powieści sióstr Brontë tworzą się swoiste fanpage poświęcone owym publikacjom. Spontaniczne czy wynikające z założeń działu promocyjnego wydawnictwa MG, tworzą jednogłośny chór pochwalny dla czytanych książek i ich autorek. Czy to zaskakuje? I tak, i nie. Zaskakuje, jeśli wziąć pod uwagę fakt, że teksty sygnowane nazwiskiem Brontë są historyczne, a w czytelnictwie widzimy wyraźny zwrot w kierunku reportażu, nie beletrystyki. Nie zaskakuje, jeśli pod uwagę weźmiemy popularność legendy sióstr Brontë i filmowych adaptacji „Wichrowych wzgórz” oraz „Dziwnych losów Jane Eyre”. Niewątpliwie to właśnie te dwa ostatnie aspekty zapewniają pierwszym w Polsce tłumaczeniom i wydaniom pozostałych (poza „Wichrowymi wzgórzami”, „Villette”  i „Dziwnymi losami Jane Eyre”) powieści panien wychowanych na probostwie w Haworth tak szeroki odbiór czytelniczy.

Znaczna większość owych  fanowskich wypowiedzi zaczyna się od autorefleksji dotyczących wczesnej/dawnej lektury wspomnianych „Wichrowych wzgórz” lub „Dziwnych losów…” a dalej, poprzez szczątkowe omówienie historii sióstr, autorki i autorzy tychże omówień przechodzą w zachwyty nad fabułą, klimatem, aurą, czasem także nad językiem wydanych niedawno „Profesora”, „Agnes Grey”, „Lokatorki Wildfell Hall” czy „Shirley”. Tu dostrzec można pewien zgrzyt, ponieważ nierówności między wymienionymi tytułami wychwycić jest bardzo łatwo. Nie sposób ustawić ich w jednym rzędzie nawet wtedy, gdy zwraca się uwagę tylko na ich ładunek fabularny, estetyczny czy tezy, które mają ilustrować. Tak, w końcu pisarstwo sióstr Brontë jest pisarstwem z tezą, przy czym twierdzenie to niczego im nie ujmuje. Sam zachwyt nad fabułą wydaje się dziś także dość intrygujący, ponieważ ta jest bardzo przewidywalna. Krótko po przedstawieniu całej galerii postaci czytelnik czy czytelniczka już domyśla się zakończenia, czasem nawet domyśli się też kolejnych kroków, które do przewidzianego rozwiązania prowadzą. Takie założenie dość znacznie odmienia dzisiejszy sposób lektury wymienionych powieści. Choć nie do końca, wystarczy bowiem przeczytać opracowanie Bronisławy Bałutowej lub książki Anny Przedpełskiej-Trzeciakowskiej czy Ewy Kraskowskiej, które nie tylko odsłaniają fakty z życia sióstr i zestawiają je ze znaną nam legendą wrzosowisk, ale też zajmują się, szczególnie „Na plebanii w Howorth” Przedpełskiej-Trzeciakowskiej, przedstawieniem recepcji towarzyszącej debiutom sióstr i kolejnym publikacjom ich wierszy i powieści. Po lekturze owych opracowań nie sposób książek Brontë czytać niebiograficznie, nie sposób uciec od legendy.

Wspomniana przewidywalność opinii czytelniczek i czytelników jak i fabuły wymienionych powieści nie dyskwalifikują ani jednych, ani drugich. W przypadku tych pierwszych, pewna pretensjonalność pozbawia je wyraźnych możliwości aksjologicznych, czyni je pochwalnymi tekstami towarzyszącymi, notami czytelniczymi, z promocyjnego punktu widzenia pewnie bardziej pożądanymi niż teksty będące próbą krytycznego odczytania współczesnych tłumaczeń prozy sygnowanej nazwiskiem Brontë. Częstokroć są one próbą stylizacji, która wykorzystywać ma język autorek, pierwszoosobową narrację oraz bezpośrednie zwroty do szanownego czytelnika. Z kolei znajomość czy przewidywalność tych drugich rodzi inną, przyjemną lekturę, którą można by nazwać lekturą socjologiczną, czasem psychologizującą, nie psychologiczną. W jej trakcie skupiamy się nad konstrukcją tożsamości bohaterek i bohaterów, przyglądamy się ich działaniom, czasem ich myślom i zastanawiamy się, na ile są one zależne od ich płci, statusu społecznego, wykształcenia.

Legenda sióstr jest tajemnicza i romantyczna. Przesycona nieszczęściem, niesprawiedliwością, podwójnością życiorysów i światów. Jest w niej dzikość wrzosowisk i surowość wiatru i tak też czytelnicy i czytelniczki chcieliby widzieć ich twórczość, jako kontynuację losów Caterine Earnshaw i Jane Eyre. Niestety „Agnes Grey”, „Profesor” i „Shirley” w niewielkim stopniu wtapiają się w wyżej opisany klimat. Nie o to też chodzi. W końcu autorek były trzy, ich twórczość musi się różnić. Co prawda formalnie wszystkie pisarki korzystają z podobnych mechanizmów, losy bohaterów kreślą w pierwszoosobowej narracji, całości zwyczajowo spinają klamrami kompozycyjnymi oraz często korzystają z bezpośrednich zwrotów do czytelnika, któremu, jednocześnie się usprawiedliwiając, wyjaśniają budowę powieści, wskazując powody odrzucania niektórych wątków i rozbudowy innych, lub napominają, by myśli czytelnika nie biegły niewłaściwymi torami. Ich często wielokrotnie złożone zdania naszpikowane bliższymi i dalszymi określeniami musiały sprawić sporo kłopotu tłumaczkom Magdalenie Hume i Katarzynie Malesze (przekład „Profesora”). Co ważne, jak pisał Zbigniew Białas, owe przekłady, bo wypowiedź profesora dotyczącą polskiej edycji „Shirley” można rozciągnąć na pozostałe przekłady, uciekają przed archaizacją języka i jednocześnie nie korzystają z jego nadmiernie współczesnych form. To daje tym klasycznym już tekstom możliwość zaistnienia dzisiaj, nie ustawia ich na zakurzonej półce z klasyką, tylko pozwala wybrzmieć. Owa możliwość wybrzmienia nie jest tu zresztą tylko chęcią nadrobienia, uzupełnienia brakujących tłumaczeń powieści sprzed stu sześćdziesięciu lat. Gdyby tak było, w tym miejscu można by zakończyć tę próbę omówienia. Wydaje się jednak, że motywacja wydawcy i redaktorów, redaktorek jest szersza. Okazuje się bowiem, że wszystkie cztery wymienione powieści, uciekając przed romansowością w stronę realizmu, sporo mówią nam o tym, co otacza nas dzisiaj. Zarówno Anne jak i Charlote Brontë tworzą społeczne panoramy. Ich bohaterowie nie poruszają się w papierowych dekoracjach, tylko w narysowanym mocną kreską, skonkretyzowanym społeczno-polityczno-religijnym systemie nieustannie oddziałującym na postacie. Dzięki temu w chwili premier owe powieści częstokroć uznawane były za teksty skandalizujące, szokujące, gorszące. Nie broniły ich nawet męskie pseudonimy sióstr. Ukazywały podwójną moralności nabożnych rodzin, które pod maską dostojeństwa i religijności dopuszczały się szkalowania swojej służby lub guwernantek swoich dzieci, czy hipokryzję wobec sąsiadów („Agnes Grey”, „Lokatorka Wildfell Hall”). Kreśliły obraz ubezwłasnowolnienia, poddaństwa kobiet, domowej przemocy, której były milczącymi ofiarami, wiktymizację („Lokatorka Wildfell Hall”), ilustrowały nakładający się na siebie konflikt klasowy i płciowy („Shirley”), czy klasowy i rasowy („Profesor”). W ostatnim przypadku – „Profesora” – intrygująca i chyba także niedopowiedziana pozostaje marginalizowana relacja między panem Hundsenem i tytułowym bohaterem Williamem Cromsworthem; motywy działania tego pierwszego pozostają niejasne, dzięki czemu dziś można by odczytać tę postać także dzięki optyce queerowej.

Społeczna rola kobiety i mężczyzny jest tematem nadrzędnym każdej powieści, bez względu na to, czy mamy do czynienia z rozterkami Louisa, który boi się poślubić, wedle społecznej hierarchii, stojącą ponad nim Shirley, czy oglądamy zawirowania dotyczące  trójkąta: Gilberta Markahama, Helen Graham i jej męża utracjusza, czy też pochylamy się nad losami Williama Cromswortha, odrzucającego arystokratyczne pochodzenie i poświęcającego się pracy nauczyciela. Ten ostatni przypadek jest o tyle ciekawy, iż Charlote Brontë pierwszoosobową narrację „Profesora” wygłasza w rodzaju męskim. To właśnie William Cromsworth w ironiczny i szyderczy sposób przedstawia ówczesny system kształcenia, a przede wszystkim jego wynik, zniekształcenie młodych panien, które, ucząc się na pensjach i w szkołach w stolicy, zamiast wyrastać na rezolutne panny, stają się pustymi, krnąbrnymi podlotkami a ich myśli zamiast skupić się na nauce języka, geografii czy matematyki, krążą wokół pomad i fikstratu, wokół  budowania sideł na swoich nauczycieli. „[…] sądząc jednak po stanie jej biurka, książek i papierów, śmiem twierdzić, iż jest niedbała, a nawet brudna; jej ubiór, jak wspomniałem, jest zadbany, lecz mijając jej ławę, zauważyłem, że szyję ma poszarzałą z braku mycia, włosy zaś tak błyszczące od fikstratu i pomady, iż nie ma się pokusy, by położyć na nich dłoń” („Profesor”, s. 115). Postać głównego bohatera rysowana przez Charlotte Brontë wydać się może niesprawiedliwa, zdradza wyobrażenie autorki na temat mężczyzn, którzy relacje z kobietami zawsze sprowadzają do układu pana i oddanej mu pomocnicy. Pamiętać jednak należy, że Charlotte Brontë często korzysta z wyostrzonej satyry, inteligentnego i błyskotliwego humoru, a jej sposób obrazowania opiera na ironii i przerysowaniu, ociera się o groteskę. Tak należałoby przeczytać powyższy cytat. Podobnie należy także czytać pierwszy i ostatni rozdział „Shirley”, w których ta sama autorka nie zostawia suchej nitki na młodych pastorach, niedouczonych, aroganckich, często głupich i nieskromnych, zadufanych w sobie. Toteż ostrze ironii pod piórem Charlotte Brontë dotyka każdego, bez względu na płeć i status społeczny.

Problemy rysowane przez siostry pisarki nie są tylko sprawami osobistymi poszczególnych bohaterów, nie dotyczą tylko XIX-wiecznej angielskiej prowincji. Czytając „Profesora” czy „Agnes Grey”, zastanawiamy się nad szerszymi kwestiami obejmującymi wiarę i religijność, system edukacji i wychowania, z kolei pochylając się nad „Shirley”, obserwujemy polityczne i społeczne zawirowania kładące się cieniem na całej Europie w początkach XIX wieku. Kwestia politycznej walki i wypraw wojsk napoleońskich, narodowe racje Anglików, zagadnienie produkcji, industrializacji, przemysłowej rewolucji i problemu biedy oraz ubożenia rodzin robotników to główne tematy „Profesora” i „Shirley”. Trudno opisy powyższych nazwać próbą reportażu, choć wszyscy zdajemy sobie sprawę z tego, że poza zawarciem pewnych autorskich tez dotyczących wymienionych kwestii i tematów, kilkusetstronicowe panoramy miały nosić po prostu walory poznawcze. Miały pokazywać czytelnikom to, czego sami zobaczyć nie mogli lub nie chcieli. Ujawnić najważniejsze problemy. To właśnie było powodem oskarżeń książek braci Bell o nadmierne skandalizowanie.

Dzisiejsza lektura, szczególnie powieści Anne Brontë, ujawnia jeszcze jeden ważny konstrukcyjny i światopoglądowy aspekt. Jej „Agnes Grey” spotyka się z częstym zarzutem, wedle którego tekst przesączony jest chrześcijańską etyką, nawiązaniami do Biblii, która to ma być życiowym przewodnikiem głównej bohaterki. To powodować ma sztuczność proponowanego przez autorkę modelu wychowawczego. Z tym zarzutem należy się zgodzić. Należy jednak pamiętać także o tym, z jakiego domu wywodziły się wszystkie trzy siostry, oraz o tym, że gdyby tematyka ich książek nie była przeplatana etycznymi i religijnymi nawiązaniami, z pewnością nie ujrzałaby światła dziennego. A gdyby się to udało, nie cieszyłaby się takim sukcesem, jaki towarzyszył ich publikacji. Reasumując, wydaje mi się, że religijne nawiązania sióstr w sporej części są trybutem, jaki musiały płacić za literackie zaistnienie.  

Wskazane powyżej problemy, kwestie rasy, klasy, płci nadal są palące, a nawet szokująco aktualne. Dlatego też przetłumaczone i wydane niedawno tytuły sióstr Brontë wymagają współczesnych, feministycznych, genderowych czy postkolonialnych lektur i interpretacji, a to daje im, moim zdaniem, wysoką pozycję także wśród współczesnej produkcji literackiej i to bez uruchamiania legendy sióstr Brontë. Można się oczywiście zżymać i twierdzić, że powyższe odczytania będą po prostu szablonowe, doskonale wypełnią pożądany model literatury feministycznej czy postkolonialnej, przez co będą nudne, powtarzalne, jak wypracowanie szkolnego prymusa. Owszem, tak będzie. Tylko pamięć o dacie powstania owych tekstów zweryfikuje powyższą opinię nawiązującą do tezy wyczerpania literatury feministycznej czy feminizującej. Same teksty, w szczególności „Shirley” i „Lokatorka Wildfell Hall” bronią się samodzielnie, a o samej legendzie z pewnością więcej napisze Eryk Ostrowski, w „Charlotte Bronte i jej śpiących siostrach”, której tegoroczną premierę zapowiedział już wydawca „Agnes Grey”.
Anne Brontë: Lokatorka Wildefell Hall. Przeł. Magdalena Hume. Wydawnictwo MG. 2012.
Anne Brontë: Agnes Grey. Przeł. Magdalena Hume. Wydawnictwo MG. 2012.
Charlotte Brontë: Profesor. Przeł. Katarzyna Malecha. Wydawnictwo MG. 2012.
Charlotte Brontë: Shirley. Przeł. Magdalena Hume. Wydawnictwo MG. 2011.