Wydanie bieżące

1 maja 9 (225) / 2013

Katarzyna Szopa,

SMUTECZKI Z NADODRZA

A A A
Po ponad ośmiu latach od ostatniego wydania wierszy Klara Nowakowska zaskakuje czytelników swoim kolejnym tomem poetyckim o niezwykle intrygującym tytule „Ulica Słowiańska”. Nie zaskakuje natomiast kontynuacją swojej dykcji poetyckiej, ani skłonnościami do kontaminacji i zwięzłości – poetka wciąż „czuje miętę” do poetyki skrótu, a także do lapidarnych i skondensowanych mikronarracji. Nie zaskakują też wiersze Nowakowskiej  swoją „niesamowitością”, a to za sprawą poetyckiej scenerii, którą stają się nadodrzańskie przedmieścia. Zamiłowanie poetki do stylizacji na piosenki i krótkie komunikaty, do językowych przekształceń, a nawet do niedopowiedzeń, które wytwarzają się na granicy urwanych w połowie zdań i niejasnych metafor, to dobrze znane i stosunkowo popularne rozwiązania twórcze w najmłodszej poezji. Nie sposób zatem mówić o oryginalności poetki w konstruowaniu własnego idiolektu, którego mistrzynią jest Miłobędzka, najbardziej znana reprezentantka krótkiej formy; można natomiast wskazać momenty intrygujące w „Ulicy Słowiańskiej”, w których język dąży do obnażenia samego siebie i w których czytelnik napotyka na językowy opór. Będzie zatem poezja Nowakowskiej realizacją strategii stosowanej niejako ironicznie i na przekór, do oporu, której hasłem wywoławczym staną się trzy metaforyczne chwyty autorki: „Krzyżem, / murem, // kalamburem” („Do oporu”).

Nowakowska portretuje przede wszystkim marginesy, a konkretnie zaniedbane i zapomniane obrzeża wielkich miast, ich mroczne zaułki, pachnące stęchlizną bramy i ciemne klatki schodowe starych kamienic. Tym samym autorka dotyka ważnych kwestii: bytowania na pograniczach zarówno w sensie dosłownym, jak i metaforycznym. Domofony, pasaże, ciemne bramy, klatki schodowe, podwórza, sklep mięsny, ogródki działkowe i bazar składają się na ten barwny krajobraz wykluczeń. „Dzieci i pijacy ścigają się / jak bezdomne koty do czarnego worka; // znudzone kobiety w oknach / wskazują sobie bliskich skrętami” („Widok z podwórza”) – taki jest scenariusz poetycki „Ulicy Słowiańskiej”. Wrocławskie Nadodrze przedstawione jest zatem jako jedno z wielu polskich miejsc, podobnie jak krakowski Kazimierz czy warszawska Praga, które z jednej strony jest egzotyczne, z drugiej osadzone na obrzeżach pięknych i turystycznie atrakcyjnych centrów. To właśnie tu „Linię horyzontu wyznaczają / bloki, luksusowe wille i las” („Działki”). Co więcej, miejsce to jest nie tylko jednym z wielu skupisk (chciałoby się dodać: gett) marginesów społecznych; urasta ono bowiem do rangi jakiejś mitycznej krainy, w której niekoniecznie chciałoby się zamieszkać. „To piekło, nie raj” – kołaczą się w głowie słowa znanej piosenki. Trzeba przyznać, że pierwotny zamysł poetki, który mógłby stać się literacką realizacją street artu, to projekt niezwykle atrakcyjny. Drażniąca jest jednak postawa bohaterki lirycznej tych wierszy, która, pomimo że dosyć często zabiera głos w imieniu jakiejś zbiorowości, to jednak wyraźnie odcina się od opisywanego przez nią miejsca i nie przynależy do niego. Czytając „Ulicę Słowiańską”, ma się nieodparte wrażenie, że konstruowany przez Nowakowską podmiot tych wierszy występuje w roli zewnętrznej obserwatorki i komentatorki. Poetka, chcąc nie chcąc, kreuje niewdzięczną figurę współczesnej flâneuse na miarę modernistycznego bohatera, znanego jako flâneur, który obserwuje i jest obserwowany, ale nigdy nie wchodzi w interakcję ze światem zewnętrznym. Podobną postawę przybiera bohaterka Nowakowskiej – albo obserwuje, albo podsłuchuje czyjeś rozmowy, nuci zasłyszane piosenki, nie nawiązuje natomiast kontaktu z mieszkańcami odartych kamienic, bo sama zdaje się wieść życie na obrzeżach i w odosobnieniu na miarę kobiety-pisarki. I to właśnie ona, a nie podglądani przez nią mieszkańcy ulicy Słowiańskiej, podstępnie i niepostrzeżenie „odwraca wartę do świata plecami” („Małe podstępy”).

Ulica Słowiańska z wierszy Nowakowskiej jawi się niczym osobliwe miejsce utopijne i na wpół istniejące. Tu pamięć to „siódmy kontynent”; miejsce z jednej strony niewidzialne, a z drugiej przestrzeń, w której wspomnienia równie szybko znikają, co pojawiają się. Należy dodać, że pamięć i wspomnienia są jednym z częściej powracających motywów tych wierszy. Dodatkowo miejska sceneria i twórczość poetycka sprzyjają stopniowemu wyjałowieniu pamięci. Mozolne próby odświeżenia pamięci zazwyczaj poprzedzone są ogólnym zwątpieniem („Wątpi: stara się wierzyć. / Wyświechtaną pamięć utrwala / na dysku twardszym niż życie”; „Siódmy kontynent”) czy utrwalaniem bolesnych, wręcz traumatycznych wspomnień, przed którymi broni się ciało: „(źle prowadzi się pamięć / w przemęczonym ciele)” („Sobota na schodach”). Bywają momenty, w których bohaterka cierpi na osobliwą amnezję (stara się „odzyskać swoje dane”) lub wskazuje bezpośrednio na doświadczenie rozpadu. Przy czym pisanie jest tu procesem nieuchronnie wymuszającym utratę – świadczą o tym nie tylko coraz krótsze i bardziej skondensowane wiersze („Wczoraj wieczorem przyszło mi do głowy / chyba z osiem wierszy // lecz gdy zaczęłam je zapisywać / został mi jeden”; „Osiem wierszy”), ale też ich stopniowe milknięcie i pogrążanie się w żałobie. Wiersze Nowakowskiej podszyte są nie tyle groźbą utraty pamięci, co utraty w ogóle, a ta z kolei jest nieodłącznie związana z procesem pisania: „i od nowa się czytać, / zapisywać, tracić” („Serwis”), jak wyznaje bohaterka. Pisanie jest zatem traceniem nie tylko siebie, ale i własnych wspomnień: „Dzień strat: tracę pewność siebie / i wszystkich planowanych spraw” („Kiepska niedziela”). Co więcej, tam, gdzie pamięć owe wspomnienia kontaminuje i zagęszcza, tekst natrafia na opór języka. Bowiem z rumowiska drobnych wydarzeń i historii, z ruin miasta, a nawet z kawałków języka poetka składa swoje drobne, liryczne opowieści. To wiersze powstające z gruzów, a taka rekonstrukcja, jak powiedziałaby Maria Janion, sama w sobie posiada jakąś nieprzezwyciężalną nutę melancholii. I ta melancholia właśnie staje się w poezji Nowakowskiej dręczącym ciężarem, a nawet pociąga ją na dno w kierunku piwnic czy przestrzeni mitycznych, jak w wierszu „Brama”: „Tędy wchodzi się do jaskini, / gdzie echo wypiera głos, aż staje się / cieniem”. Nie udaje się jednak Nowakowskiej uniknąć tendencji do pretensjonalnych i melancholijnych uniesień, a najciekawsze momenty, które zdecydowanie powinny być mocnym atutem krótkiej formy, poetka zaburza własnymi dopowiedzeniami. Raz po raz udaje jej się wytrwać w konstruowaniu subtelnych metafor, jednak najczęściej pada ona ofiarą własnej strategii.

Nie brak również w „Ulicy Słowiańskiej” autotematycznych wynurzeń autorki. Nietrudno zauważyć, że pisanie o pisaniu zajmuje sporo miejsca w wierszach Nowakowskiej i jest jednym z najciekawszych momentów tej poezji. Co więcej, to język zdaje się być jedyną formą życia w tych krótkich zapiskach, podczas gdy wszystko inne pogrążone jest w jakimś przytłaczającym marazmie szarości (nawet czas, który płynie od wiosny do zimy). Poetka rejestruje nie tyle polską rzeczywistość, co raczej drobne zdarzenia dnia codziennego, których zapiski przybierają kształt notatek i luźnych refleksji. Przy czym należy przyznać, że Nowakowska ma dobry słuch i wydobywa potencjał, jaki kryją w sobie bramy ulicy Słowiańskiej. To „[m]iejsce spotkań języków, tutaj idą / w ruch: ścierają się, plączą, rozwiązują / sprawy, w miejsce uciętego wyrasta / pięć nowych” („Brama”). I ta językowa hipertrofia ujawnia się w poszczególnych momentach, kiedy poetka łapie ludzi za słówka i bawi się językowymi kliszami, jak na przykład w wierszu „Domofon”. Nie jest to jednak rejestracja pełna: zdecydowanie brakuje tak zwanego języka ulicy, który jest przecież tworem niezwykle plastycznym. Nowakowska decyduje się raczej na rekonstrukcję językowych szczątków i ruin, jednak jest to praca niezwykle mozolna, bo z tego rumowiska języka wyłania się kolejny obraz rozpadu: „Dni zniechęcenia: pod podziałką / wymuszonych wzruszeń drabina szarości. // Trans w głowie, ale ręka nie pisze. / Wyschnięty język zwija się i kruszy” („Jesienny smuteczek”).

Będzie zatem „Ulica Słowiańska” jeszcze jednym zbiorem tekstów, które stanowią powielenie wyświechtanych konwencji. Melancholijna i pretensjonalna figura podmiotu drażni; nie udaje się Nowakowskiej wywinąć z tej męczącej tonacji nawet wtedy, kiedy wiersz łapie rytm ulicznych piosenek i ludowych przyśpiewek. Ulica Słowiańska to portret pełen szarości i beznadziei, obraz niezwykle rozmyty i mało konkretny, który w dodatku jest jedynie tłem dla wyraźnie wyeksponowanej figury podmiotu. Poetka zdaje się nawet usprawiedliwiać samą siebie i jest świadoma własnej niekonsekwencji: „Nie spisuję się dobrze. / To, co się skrapla na kartce, / to nie są w żadnym razie zdania na medal” („Święte bukiety”). Tłumaczy to również stosowaną przez siebie strategią zapisu, który ma być wyłącznie surową rejestracją rzeczywistości bez odautorskich wstawek i udoskonaleń: „lecz na to co zapiszę, poprawek nie będzie” („Poprawiny”). Nie jest zatem Nowakowska poetką ulicy i miejskiej przestrzeni; jest natomiast, co ważne, poetką uwrażliwioną językowo i niech tak zostanie.
Klara Nowakowska: „Ulica Słowiańska”. Fundacja na Rzecz Kultury i Edukacji im. Tymoteusza Karpowicza. Wrocław 2012.