Wydanie bieżące

1 maja 9 (225) / 2013

Robert Rybicki,

W NATARCIU?

A A A
„Glossolalia” Katarzyny Fetlińskiej, naszpikowane bogactwem znaczeń, wydawać by się mogły dla wielu czytelników jakąś paradą fajerwerków lub bezmyślnym kląskaniem. Już od pierwszego wiersza mamy do czynienia z niezwykłą żywiołowością, szaleńczym niemal rytmem. W „Masks confronting Heath, 1888” tekst zostaje wessany w pospieszność w byciu ku nicości; elipsy, przerzutnie i dziki rytm oraz przeplatanie polszczyzny cytatami z obcego języka tę pospieszność popędzają; carne vale staje się carne levare, by ostatecznie osiąść jako carrus navalis (autorka zdaje się wodzić za nos językowych tropicieli). Mięso, ciało, kochankowie, morze, wszystko tańczy w każdej frazie jak w trakcie karnawału. Tytuł wiersza jest zaczerpnięty z obrazu Jamesa Ensora, sam wiersz „tańczy” na podprogowości ekfrazy, jest wariacją, przełożeniem szaleństwa techniki malarskiej Ensora na szaleństwo techniki poetyckiej Fetlińskiej. Na obrazie, który jest pierwowzorem dla wiersza, widzimy postaci w groteskowych maskach karnawałowych, otaczających postać z czaszką. Wszystko w śnieżnej bieli, morskim tumanie. Po takiej bandzie autorka jedzie dalej w swoich nieokiełznanych wierszach.

W drugim, „Three Figures and Portrait, 1975”, zwraca uwagę wyłaniający się z tekstu obraz tonięcia, a zarazem niepokojące nagromadzenie, może osadzenie  „wody” tekstu na kręgosłupicznej strukturze („krzyże tracą podporę”, „w kręgach”, „moralny kręgosłup”, „szkielet”; to wiedzie ku nadinterpretacji, lecz trudno się oprzeć takiemu myśleniu), jakby rdzeń tonął w wodzie. A zarazem „Mięso, kości – zostały rzucone psom” (sic?), myśl z pierwszego wiersza („Carne vale. Pożegnanie z ciałem.” […] „Pożegnanie z mięsem”) jest w trakcie podważania? No tak, przecież cały tom „jedzie” na podważaniu sensów, unicestwianiu wiarygodnych wypowiedzeń, a zarazem piętrzeniu owych sensów, piętrzeniu i podważaniu, a zarazem piętrzeniu przez podważenie.

Wycieczka po obrazach, jaką nam serwuje autorka, intensyfikuje się na myśleniu kryteriami awangardowymi, surrealistycznymi, bowiem najczęściej pojawiają się obrazy Salvadora Dalí, Marcela Duchampa, Pabla Picasso i René Magritte’a; są też i inne, dla przykładu: Meret Oppenheimer i Hieronim Bosch. W większości wypadków mamy do czynienia z groteską, absurdem, wszelkiego rodzaju zniekształceniami, aż po fraktaliczne struktury („Corpus Hypercubus, 1954”).

Co ciekawe: pierwszy wiersz kończy się odpływaniem, machaniem ręką, splunięciem i zakopywaniem, w drugim zmierzanie dokądkolwiek, na ostatnie piętro, na „rzeź”. Ale to tylko taka namiastka spostrzeżenia. Kompozycja (de-kompozycja?) całego zbioru wierszy posuwa się od końca ku przodowi (kolejny greps w dziedzinie ram kompozycyjnych?): „Masks confronting death, 1888” (incipit: „Carne vale. Pożegnanie z ciałem”) rozpoczyna całość, a wieńczy „The Epiphany, c. 1495” (pointa: „Będzie / inne grono, kolejny powrót, ten sam cud narodzin”; z tym, że „grono” czytam nie tylko jako „grono osób”, ale i „grono, winogrono”). Okładkowy Uroboros współgra zatem z konceptem poetyckim warszawskiej poetki. Tytuły z tak rozegraną kompozycją stanowią ramę konstrukcyjną tomu, jego szkielet; całość przeniknięta jest rozrachunkami podmiotu z ciałem i językiem, gdzie ciało – cielesność jako istnienie – wyraża się poprzez przesunięcie energii z podrygów ciała, frenezji przemieszanej z eschatologią, w sferę poetyki.

Palimpsest kulturowy (co nieuniknione: intertekstualny) domaga się nie tyle rozpoznań, co uczestnictwa. Przetasowane wersy, cytaty, kryptocytaty stanowią o ukrytej sile dialogu wewnątrz każdego z utworów; odnosi się wrażenie dzikiego tańca tych wszystkich nagromadzonych figur stylistycznych. Palimpsest ów odnosi się do całej judeochrześcijańskiej spuścizny kulturowej, wpajanej nam od czasów usystematyzowanego szkolnictwa, z tym że zakres wiedzy dwudziestojednoletniej autorki okazuje się oszałamiający: nie dość, że tytuły odwołują się do historii sztuki, to jeszcze Fetlińska wymaga od czytelnika znajomości obcych języków (przynajmniej na poziomie sentencji). Sam język, rozwibrowany, rozedrgany w swoim szale, przywodzi na myśl nieokiełznaną, bakchiczną energię, co daje tym wierszom niesamowitą intensywność.
Katarzyna Fetlińska: „Glossolalia”. Biuro Literackie. Wrocław 2012.