Wydanie bieżące

1 maja 9 (225) / 2013

Maja Baczyńska, Jan Traczyk,

MUZYKA JEST JAK ŻYWE STWORZENIE

A A A
Maja Baczyńska: Studiujesz kompozycję na Uniwersytecie Muzycznym im. Fryderyka Chopina, a jednocześnie niektórym jesteś znany z zespołu The Daydream; ponadto występujesz w Studio Buffo. Stawiasz na muzykę rozrywkową?

Janek Traczyk: W pewnym sensie stawiam na dążenie do łączenia ze sobą tego wszystkiego. Staram się znaleźć coś, co zjednoczy wszystkie moje muzyczne pragnienia, inspiracje, i stanie się stylem, muzyką bądź gatunkiem, który jest czymś w pełni moim. Mój najnowszy plan to napisanie musicalu – plan jest w trakcie realizacji.

M.B.: A co było pierwsze? Wokal, kompozycja, fortepian…? Bardziej się czujesz wykonawcą czy kompozytorem, a może ideałem jest dla Ciebie np. śpiewanie autorskich piosenek, czyli łączenie tych dwóch dziedzin?

J.T.: Tak, i w tym wypadku – łączenie. Lubię łączyć, mieszać gatunki, wykorzystywać dane mi czy nabyte umiejętności. Idealny scenariusz dla mnie to życie z własnej muzyki – tej, którą kocham, którą sam wykonuję, zarówno instrumentalnie, jak i wokalnie, i która cieszy się uznaniem szerszej publiczności niż tylko wśród moich znajomych. Jeśli idzie o ścisłość, to najpierw „liznąłem” trochę pianina, potem zacząłem komponować, a śpiewanie gdzieś tam się przewijało, ale nigdy nie było głównym celem – głównym celem była kompozycja. Śpiewanie było na początku tylko drogą do niej, ale później zaczęło żyć własnym życiem. Ostatnio nawet całkiem „gwałtownym”, jeśli można tak powiedzieć.

M.B.: Masz spore doświadczenie, jeśli chodzi o programy telewizyjne. „Szansa na sukces”, „The Voice of Poland”. Czy udział w tego typu programach jest konieczny, aby móc się w dzisiejszych czasach przebić? Nie boisz się, że staniesz się kojarzony głównie z komercyjnymi programami?

J.T.: Nie czuję, żebym posiadał duże doświadczenie w tej kwestii. Są zdecydowanie więksi wyjadacze ode mnie. Mimo kilku występów tu i tam, to zawsze dla mnie wiąże się ze stresem i adrenaliną. Oczywiście kilkakrotnie chciałem się pokazać, sprawdzić się, nauczyć się czegoś od innych, doświadczyć szczególnej sytuacji. „Szansa na Sukces” nie była komercyjnym programem. Określiłbym, że była programem "na poziomie", bez zbędnej widowiskowości i bez nadmiernej obecności tak zwanych „ufoludków” – ludzi, którzy są tam tylko po to, żeby zrobić z siebie pośmiewisko. „Voice…” w moim odczuciu również jest programem wyższych lotów – tam stawiają na umiejętności, a nie na widowiskowość. Kiedyś miałem napisane na jednej koszulce – "Talent and hard work over cheap tricks" – to określa w pewnym stopniu zarówno mnie, jak i te programy. Więc nie – nie przeszkadza mi, że będę kojarzony z takimi programami.

M.B.: Czego oczekujesz po swoim udziale w „The Voice of Poland”?

J.T.: Liczę na to, że za pośrednictwem tego programu spełnię swoje marzenia.

M.B.: A jakie są Twoje wrażenia z udziału w programie?

J.T.: Bardzo pozytywne. Zaskakująco pozytywne. Wspaniali ludzie – zero niezdrowej rywalizacji. Wszyscy otwarci, kontaktowi, uprzejmi. I mówię tu zarówno o uczestnikach, jak i o całej ekipie pracującej przy realizacji programu. Jest to świetna zabawa, naprawdę!

M.B.: W poprzedniej edycji „The Voice of Poland” bardzo daleko zaszła Monika Urlik, Twoja koleżanka z uczelni. Czy rozmawiałeś z Moniką na ten temat? Czy jej udział w programie przekonał cię, że warto?

J.T.: Monika przede wszystkim powinna była wygrać. To, że nie wygrała, to była pomyłka. Ona ma prawdziwy „VOICE of Poland”.

M.B.: Co jest najważniejsze, gdy już decydujesz się na start w tego typu programie? Co się najbardziej liczy? Muzykalność, warsztat, prezencja, pewność siebie… ?

J.T.: Wszystko. Chociaż fakt jest faktem, że w pierwszym etapie jednak liczy się przede wszystkim głos – to, co nim przekazujemy. Bo nie chodzi o samą barwę głosu, ale także o emocje, przekaz, wspomnianą muzykalność, oryginalność, pomysł, charyzma... itd.

M.B.: Jaką muzykę najchętniej wykonujesz? Jacy są twoi ulubieni kompozytorzy i wykonawcy?

J.T.: Swoją własną (śmiech). Moje piosenki grane przy pianinie. To mi daje największe poczucie spełnienia i najwięcej umiem wówczas przekazać. Ulubione zespoły – Coldplay, Muse, U2, Hurts, Jamiroquai. Uwielbiam muzykę musicalową – w szczególności musicale Andrew Lloyd'a Webbera.

M.B.: Zdradź nam, w jakim języku najchętniej śpiewasz? Znany jesteś z piosenek angielskich, ale też świetnie się sprawdziłeś, wykonując piosenki francuskie.

J.T.: Po francusku jest pięknie, nie licząc tego, że nie rozumiem ani słowa. Ale bardzo lubię ten język, jego brzmienie, zmysłowość. Najczęściej jednak śpiewam po angielsku.

M.B.: A jaką muzykę piszesz?

J.T.: Taką, która coś wyraża, coś przedstawia, bogatą w warstwy pozamuzyczne – emocjonalne, ilustracyjne. Lubięm jak moja muzyka jest jak żywe stworzenie, które wpada w różne nastroje, ma swoje humory, swoją duszę, wrażliwość, uczucia, przeżycia. Lubię, jak coś się w niej dzieje, pojawiają się skrajności, gdy zaskakuje, wywołuje wzruszenia.

M.B.: Piosenki. Gdzie szukasz natchnienia, co jest pierwsze – muzyka czy tekst?

J.T.: Bardzo różnie, czasem tekst, czasem muzyka, czasem powstają razem i wtedy przeważnie wychodzi najlepiej. Natchnienie biorę z życia – bardzo często opisuję własne sytuacje, bądź sytuacje znanych mi osób, które mnie zainspirują. Bywa tak, że piszę piosenkę, bo chcę komuś coś powiedzieć a inaczej nie potrafię.

M.B.: O czym są Twoje piosenki?

J.T.: Muszę stwierdzić, że temat rozstania pojawia się w nich nader często (śmiech). Może nawet zbyt często. Te najbardziej lubię, bo zawierają głębokie pokłady emocji. Piszę je tak, żeby śpiewając, móc mówić do ludzi. Staram się, żeby przekazywały konkretną myśl, opowiadały konkretną sytuację. Nie bawię się zwykle w nadmierne poetyzowanie. Daję raczej „kawę na ławę”.

M.B.: Czy któraś z nich wywołuje w Tobie szczególny sentyment?

J.T.: Tak, te które wspominają drogie mi i niegdyś darzone mocnym uczuciem osoby. Bardzo drogie również są dla mnie piosenki napisane przy miłosnym niespełnieniu, jest w nich zawarte nieme pragnienie, że może kiedyś te słowa i melodia sprawią, że to, co się w pewnych sytuacjach nie udało, dałoby się jeszcze naprawić.

M.B.: Pewien kompozytor powiedział kiedyś, że piosenki mają niesamowitą moc, że przenoszą wspomnienia, uczucia, że ich siła oddziaływania jest nawet większa niż muzyki poważnej. Czy zgodziłbyś się z tym stwierdzeniem?

J.T.: Nie znałem tego stwierdzenia, chociaż czułem je zawsze w środku. Właśnie stałem się jego wyznawcą. Absolutnie się z nim zgadzam. Piosenki bywają dużo prawdziwsze. Dzięki tekstowi zawierają też odniesienia do konkretnych życiowych sytuacji z którymi każdy może się utożsamiać. A co za tym idzie – trafiają często głębiej.

M.B.: Parę słów o Twoim zespole The Daydream.

J.T.: Istniał krótko, niewiele graliśmy. Ale to tylko ze względów technicznych – ciężko było na tym zarobić. A fakt faktem, że i tak kilka piosenek zdążyło wygrać kilka konkursów i jest to nadal bardzo obiecujący materiał, tylko trzeba troszeczkę inaczej do niego podejść. Myślę nad unowocześnieniem składu i polskimi tekstami. Być może zespół powróci, chociaż nie taki jak kiedyś.

M.B.: A jak trafiłeś do Studia Buffo?

J.T.: Byłem na castingu do głównej roli do musicalu Metro. Po dwóch dniach grypy żołądkowej. Było ciekawie, ale się udało!

M.B.: Co planujesz po skończeniu Uniwersytetu Muzycznego?

J.T.: Tworzyć, grać, walczyć o swoje! Zobaczymy, planów jest wiele, ale na razie nie ma co zapeszać.

M.B.: Na uniwersytecie jako kompozytor i wokalista rozrywkowy jesteś chyba rzadkością?

J.T.: To fakt. Ale dobrze się z tym czuję. Zawsze sobie zdawałem sprawę, że patrzyłem na wszystko trochę z innego punktu widzenia niż wszyscy na moim kierunku, ale dawało mi to pewne przyjemne poczucie dystansu. Dobrze, że przeszedłem tę drogę – mówię w tym momencie o już prawie pięciu latach studiów – ponieważ, prócz nauczonych umiejętności, ułożyłem sobie wiele rzeczy w głowie. Teraz moja artystyczna droga jest dla mnie dużo klarowniejsza.

M.B.: Czego ci życzyć w ramach rozwoju Twojej kariery?

J.T.: Żebym na tej drodze się nie zapomniał i miał czas dla ludzi dla mnie ważnych i przeze mnie kochanych.

M.B.: I ostatnie pytanie – gdybyś nie był muzykiem, byłbyś…

J.T.: Haha... Nieszczęśliwym człowiekiem, który poszedł w życiu nie w tę stronę w którą powinien.
Fot.: Klaudia Polańska