Wydanie bieżące

1 maja 9 (225) / 2013

Grzegorz Mucha,

CZY TO NOWE "POWER TRIO"?

A A A
Od lat 90. po polskiej scenie jazzowej przemykał, prowadzony przez skrzypka Henryka Gembalskiego, zespół Labirynt. Jego stałymi muzykami byli basista Krzysztof Majchrzak i perkusista Michał Zduniak. Czasem skład zespołu zasilali inni, jak np. saksofonista Tom Bergeron czy trębacz Andrzej Brych.

Michał Zduniak odszedł od nas dwa lata temu. Grupa znalazła się w impasie. Ale niedawno Henryk Gembalski rozpoczął rozmowy z Kalvinem Westonem, które teraz zaczynają dawać rezultat pod postacią występów „na żywo”, a w niedalekiej przyszłości nawet nagrań studyjnych. 29 kwietnia można było sprawdzić rezultat owej muzycznej przyjaźni. W katowickim teatrze Gugalander wystąpiło trio Weston/ Gembalski/ Majchrzak. Zapowiedziano je jako kontynuatora muzycznej idei propagowanej przez Labirynt. A zatem specyficzny „open jazz fusion” z Katowic znów zaistniał.

Byłem na tym koncercie i mam kilka uwag. Ale od razu wyznam, iż grupy Labirynt nigdy na koncercie nie słyszałem. Inne składy tworzone przez Gembalskiego, owszem tak (np. Free Dancing). Występ tria, nazywanego przez lidera Magic Hands, był niezwykle głośny. To pierwsza uwaga, rzutowała ona bowiem na odbiór całego koncertu. Weston okazał się perkusistą siłowym, choć z nagrań studyjnych taki mi się nie wydawał. Poza dużym zestawem perkusyjnym używał czegoś w rodzaju „handsonic’a”, czy innej podobnej zabawki, dzięki której wytwarzał hałaśliwe – nic nie wnoszące – wstępy do utworów. Majchrzak zmieniał basówki, aczkolwiek jego – nie należący do wysublimowanych – dźwięk, nie zawsze pozwalał się w tych zmianach zorientować. W tej sytuacji lider był na nieco straconej pozycji, choć bez wątpienia pozostawał najciekawszym muzykiem na scenie. 

Kompozycje rozwijały się dynamicznie, ale zawsze w podobny sposób. Znane mi typ tematów pisanych przez Gembalskiego w nowym wydaniu nie zyskiwał, a czasem wręcz się zatracał w bezustannym galopie instrumentalnym. Poza tym na scenie wydawał się panować Weston. Nie wiem, ile prób zespół miał za sobą, ale wydawało mi się, że występ oparty był na jazzowym instynkcie. Ma to swoje zalety, aczkolwiek w tym przypadku poszło to chyba zbyt daleko. Czuło się też, iż każdy z muzyków to zupełnie odmienna osobowość. Agresywna postawa Westona dominowała nad „polską dwójką”. Wydaje mi się, że z czasem może się to stać przeszkodą w dalszej współpracy. Ale podobno nagranie studyjne na płycie jest już nieodległą sprawą. Zatem mimo dosyć nietypowego koncertu, z dużym zainteresowaniem będę czekać na ich muzykę w wersji studyjnej. Czy okaże się równie bezkompromisowa?
Scena Gugalander / 29 04 2013/ Festiwal Jazz Art. Katowice