Wydanie bieżące

15 maja 10 (226) / 2013

Sławomir Iwasiów,

PIESKIE ŻYCIE NAJEMNIKÓW

A A A
Postać Pawła Jakubowskiego, prozaika urodzonego w 1984 r. w Szczytnie k. Olsztyna, wpisała się w ostatnich latach w pejzaż szczecińskiego życia kulturalno-literackiego. Jakubowski ukończył studia polonistyczne na Uniwersytecie Szczecińskim, obronił pracę magisterską o LARP-ach (ang. live action role-playing – to odmiana RPG łącząca w sobie klasyczne opowiadanie fabuły z parateatralnym odgrywaniem ról bohaterów). Ponadto w trakcie studiów założył wraz z przyjaciółmi „Stowarzyszenie 40i4” zajmujące się fantastyką w literaturze i jej okolicami – członkowie grupy między innymi organizowali wspomniane LARP-y. Trzecim ważnym ogniwem biografii twórczej Jakubowskiego była wydana w Szczecinie debiutancka powieść pod tytułem „Ty”. W pierwszej książce autor zdradzał fascynację surrealizmem spod znaku Witkacego, fantastyką, horrorem, pisał o mieście-molochu, w którym główny bohater, Pawełek, porte-parole autora, musi radzić sobie z nieprzyjaznym światem i własnymi słabościami. Bardziej niż fabuła w „Ty” zwracały uwagę rozwiązania formalne: narracja była często przerywana autotematycznymi uwagami, „dyskusjami” z czytelnikiem, nawiasami (i nawiasami w nawiasach), które informowały o stanie ducha, zarówno pisarza, jak i kreowanej przez niego postaci. Wszystko to sprawiało, że czytelnik miał wrażenie konstruowania fabuły na jego oczach, jakby właśnie grał w jakąś przedziwną grę z autorem i jego bohaterami, choć nie do końca w takim sensie, jaki znamy z popularnych w Polsce w latach 80. „paragrafówek”, będących nawiązaniem do formuły zaproponowanej po raz pierwszy chyba przez Julio Cortázara w „Grze w klasy”.

 

W „Najemnikach” Jakubowski wraca do fantastyki, tym razem porzucając postmodernistyczną manierę opowiadania o mieście na rzecz klasyków gatunku w rodzaju Johna R. R. Tolkiena, Ursuli K. Le Guin albo Andrzeja Sapkowskiego. Całość ma dość istotną i interesującą genezę: książka została napisana podczas sesji gry fabularnej „Aphalon”, pionierskiej na polskim rynku, stworzonej w połowie lat 90. przez Arkadiusza Mielczarka i Dariusza Tarkę. To oczywiście nic nowego: takie teksty powstają na zasadzie sprzężenia zwrotnego, często gry inspirują pisarzy i na odwrót – twórcy gier czerpią całymi garściami z bogatej tradycji fantastyki. Dostajemy zatem do rąk gruby tom, przepełniony opowieściami o wojnach w świecie przypominającym inne literackie krainy – choćby Śródziemie znane z twórczości Tolkiena czy Ziemiomorze z utworów Le Guin. W związku z tym lektura książki Jakubowskiego szybko zamienia się w tropienie nawiązań do rozmaitych utworów – gier, książek, filmów – które w taki czy inny sposób zapisały się we wciąż stosunkowo młodej historii kultury popularnej.

 

Bohaterami są tytułowi najemnicy, zbieranina różnych ras i narodowości, walcząca po stronie tych, którzy lepiej zapłacą. Powieść rozpoczyna się trzema odrębnymi prologami. Pierwszy z nich („Oblężenie”) wrzuca czytelnika w sam środek bitwy toczącej się pod zamkiem i przedstawia dwie ważne postaci – uciekających z twierdzy Erla i Nende. Drugi („Żywa Krew”), zwraca uwagę tytułową magiczną miksturą, którą chce zdobyć sympatyczny rozbójnik Jova – i dlatego oszukuje bandę zabijaków, kradnąc im mapę prowadzącą do kogoś, kto być może wie, jak zdobyć Żywą Krew. Trzeci („Masz jaja?!”), to introdukcja kolejnej postaci, Dhoona, wielkoluda przypominającego Wikinga, rozprawiającego się w karczmie z nasłanymi na niego zabójcami. Miejsce potyczki i przeciwnicy Dhoona wyglądają tak: „Drzwi gospody rozwarły się z hukiem. Do izby wkroczył ponad dwumetrowy olbrzym z dwuręcznym mieczem zawieszonym na plecach. Towarzyszyło mu trzech również rosłych, chociaż nie tak jak on sam, zębaczy. W niewielu cywilizowanych miejscach tolerowano półorków, ale w tym zajeździe większość klienteli i tak składała się z zabijaków i najemnych zbirów” („Najemnicy”, s. 11). Krótka i prosta scena pokazuje, czym jest powieść Jakubowskiego: fantastyką z wartką akcją, która, z jednej strony, odwołuje się do najlepszych przedstawicieli gatunku (ileż takich podejrzanych miejsc odwiedza wiedźmin Geralt – trudno policzyć), a z drugiej – przypomina dynamiką rozgrywkę RPG. Poza tym od razu pojawia się tu wątek znany z wielu innych utworów fantasy: większość konfliktów ma podłoże rasowe,  nie-ludzie są traktowani inaczej, ale też sami bywają wrogo nastawieni do „obcych”. Te całostki są bardzo dobrym wprowadzeniem do atmosfery przedstawianego świata i każdy mistrz gry mógłby je wykorzystać do zbudowania napięcia przed grą. Być może sam Jakubowski właśnie tak przygotowywał swoją grupę graczy do sesji „Aphalona”. Skądinąd wiadomo, że autor, pisząc książkę, wzorował się na kreacjach bohaterów stworzonych przez graczy biorących udział w kolejnych sesjach (co można wyczytać z „Podziękowań” zamieszczonych na końcu książki).

 

Po trzech krótkich fragmentach następuje coś w rodzaju „historycznego” wstępu, dzięki któremu łatwiej zorientować się w zawiłościach nazw miejsc (przypominających trochę onomastykę stworzoną przez Tolkiena czy Le Guin) i skomplikowanych waśniach targających Aphalonem. Główny konflikt toczy się pomiędzy Torgradem a rebeliantami stojącymi po stronie Orgonu, którzy nie chcą się zgodzić na dominację tych pierwszych  – powód do wojny dobry jak każdy inny. Gdyby ktoś potrzebował pomocy, na końcu książki umieszczona została mapka – to dość częsty zabieg w opowieściach z gatunku fantasy, a samo wyznaczanie granic opisywanych światów bywa często przedmiotem żywego zainteresowania wiernych fanów (tak jest w wypadku sagi o wiedźminie Sapkowskiego).

 

We „Wstępie” poznajemy „definicję” profesji najemników: „Nie wszyscy martwią się wybuchem rebelii. Wojna to doskonała okazja do zrobienia interesu. W pobliżu pierwszych starć natychmiast pojawiły się dawno już niewidziane oddziały wojsk zaciężnych. Ostatni okres był dla najemników ciężki, teraz na pewno będą chcieli się odkuć. Mówi się o nich, że są zwiastunami powrotu do starych czasów decentralizacji i wojen domowych. Wieśniacy na ich widok często spluwają i mamroczą pod nosem przekleństwa” („Najemnicy”, s. 20). Najemnicy są traktowani z pogardą, co przywodzi na myśl sytuację mutanta Geralta – na jego widok ludzie też złorzeczyli i spluwali za siebie. Można nad tym fragmentem snuć także rozważania terminologiczne: „wojsko zaciężne” to specyficzny rodzaj najemników, odgrywający, między innymi, w polskiej historii znaczną rolę mniej więcej od drugiej połowy XV w. Czy to z tych dziejów militarnych Rzeczypospolitej twórcy „Aphalona” i „Najemników” czerpali inspirację? Dużo na to wskazuje, ponieważ powieść rozgrywa się w realiach bliskich wiekom średnim. Są tu oczywiście różne wątki „średniowieczne”: tło polityczne to jakby refleksja na temat rozbicia dzielnicowego państwa polskiego i prób zjednoczenia pomniejszych księstw; przekrój społeczny przywodzi na myśl europejskie narodowości, choć jest tu zdecydowanie więcej ras (orki, krasnoludy, elfy itp.); z kolei technologia opiera się na żelazie, broń jest prosta, pojawiają się łuki, kusze, ogniste pociski itp.   

 

Główne postaci poznajemy szerzej już we właściwym toku narracji. Oddział najemników, do którego z różnych powodów przyłączają się bohaterowie, nosi miano „Psów Wojny” (jak słynna powieść sensacyjna Frederica Forsytha z 1974 r.). Żółtodzioby przechodzą krótkie szkolenie – znowu można by zbudować paralelę do jakiejkolwiek historii o żołnierzach, której integralną część stanowi trening. Jednym z bardziej wyrazistych przykładów „docierania” nowicjuszy jest szkolenie przedstawione w filmie Full Metal Jacket Stanleya Kubricka (1987 r.), gdzie sierżant Hartman na wszystkie możliwe sposoby ćwiczy i obraża rekrutów piechoty morskiej. Najemnicy z powieści Jakubowskiego też mają swojego sierżanta, nieprzebierającego w słowach sadystę: „Wstawać gnoje!! – dało się słyszeć Czerwonego Diabła, który chciał chyba zrekompensować rekrutom życzliwość kapitana, bo zaczął bluzgać na czym świat stoi. – Ruszać się, kurwa, chamy zbuntowane! Formować, kurwa, kolumnę! Ruchy widzę!” („Najemnicy”, s. 67). Ten sierżant to „swojska” wersja Hartmana. Nawet intonuje równie zabawną pieśń marszową, ze słowami: „Po to masz dwie nogi w dupie / Żebyś maszerował w kupie” („Najemnicy”, s. 60). Poza tym trening może być ważną częścią sesji RPG w wersji „papierowej” albo wstępnym rozdziałem gry komputerowej – w ten sposób łatwo zapoznać graczy z zasadami, przedstawić system walki, ekwipunek i uzbrojenie, magię, a przy okazji stworzyć atmosferę oczekiwania na dalszy rozwój wypadków. W tym sensie ta powieść przypomina układ kompozycyjny znany z wielu gier: najpierw poznajemy zarys historii, bohatera lub bohaterów, wnikamy stopniowo w reguły podczas „treningu”, żeby w dalszych częściach gładko przejść do kolejnych etapów przygody. Tak też dzieje się w „Najemnikach”, gdzie tytułowa drużyna zaczyna kolejno wikłać się w nowe sytuacje, a każda z postaci próbuje dopiąć swego celu.

 

Oprócz przedstawionych wcześniej głównych bohaterów, szybko poznajemy jeszcze kilku innych, składających się na zróżnicowaną drużynę: „Rekruci ruszyli dalej. Minęła kolejna godzina wyczerpującej marszruty i w pewnym momencie kolumna zaczęła się wydłużać. Jova zapadł się w sobie i nie zwracał na nic uwagi. Nóg już prawie nie czuł. Ledwo utrzymywał tempo, wzorując się na Czifewarze, z którego pot lał się strumieniami, ale jakoś jeszcze dawał sobie radę. Erl doszedł do wniosku, że jest u kresu sił” („Najemnicy”, s. 62). Jova, Czifewar, Erl, ale też Dhoon, Spendel, Izzair, Govin (czy to tylko przypadkowa zbieżność nazwisk?) i inni, dołączający po drodze wojownicy. Ich działania wynikają – tak przynajmniej wynika z mojego skromnego doświadczenia z RPG – z dość typowych rozwiązań fabularnych. Zawsze ktoś się przygotowuje do bitwy, a po walce leczy rany; ktoś ginie, ktoś inny go zastępuje; główny cel, czyli zdobycie czegoś ważnego dla losów świata, poprzedzają inne, pomniejsze wydarzenia. Fabuła „Najemników”, oparta na konflikcie zbrojnym, misji bohaterów i zawiązujących się między nimi sympatiach i antypatiach, to w istocie samograj, który już przy pierwszym zetknięciu przypomina rozwiązania znane z gier fabularnych oraz literackie historie osadzone w baśniowych krainach. Kilku śmiałków zadecyduje o losach świata – do tej rzeki twórcy fantastyki wchodzili wiele razy i jeszcze pewnie nie raz zamoczą w niej stopy.

 

Są mimo wszystko takie momenty, kiedy styl pisania Jakubowskiego może się mniej podobać. Nie chodzi mi nawet o wulgarny język – żołnierze w literaturze czy filmie często używają mocnych sformułowań, to jest nieodłączna część żołnierskiej gwary, choć w wojsku nie byłem i nie mogę ręczyć głową. Natomiast razi brak wyrazistej stylizacji językowej, bohaterowie czasem „mówią” w sposób zupełnie nieprzystający do realiów kreowanego świata, raczej używają języka dresiarza z Wojny polsko-ruskiej Masłowskiej niż, powiedzmy, rycerzy z Trylogii Sienkiewicza. Pierwszy z brzegu przykład: „Cicha woda! No to jak już się tak sobie zwierzamy, to weź powiedz coś więcej. No nie wykręcaj się teraz, pochwal się! No nie daj się prosić, ja tu mówię o moich najosobistszych problemach, a ty nie chcesz powiedzieć, kogo tam puknąłeś? No powiedz chłopie, tutaj sami swoi, co nie Horrim?” („Najemnicy”, s. 209). To mówi wprawdzie pospolity rzezimieszek z oddziału Czerwonych Nóg, milicji Torgradu, ale przecież używa zwrotów („no weź”, „puknąć”) jakby kłócił się z kimś na boisku szkolnym, a nie mówił do schwytanego jeńca, którym jest Izzair, jeden z najemników.

 

Natomiast bardzo przypadły mi do gustu opisy bitew, potyczek i pojedynków. Jakubowski odnajduje się w tej specyficznej sztuce prozatorskiej, która polega na tym, żeby za każdym razem w trochę inny i interesujący sposób pokazać grupę ludzi machających bronią białą (niedoścignionym wzorem powinien być chyba dla wszystkich pisarzy Aleksander Dumas ojciec). Walki są dynamiczne: „Erl też już dobiegł. Pierwszy jego przeciwnik dobył miecza i zaatakował. Orgończyk krokiem w bok uniknął trafienia i przeszedł do kontrataku. Torgradczyk z największym trudem sparował, mimo że cięcie nie należało do najbardziej udanych. Pikinier zaatakował ponownie, Erl wykorzystał, że jego miecz był dłuższy, zgrabnie odbił nakierowane na siebie ostrze i sam wymierzył uderzenie. Dało się słyszeć zgrzytnięcie żelaza” („Najemnicy”, s. 88). Biorąc pod uwagę fakt, że cała książka została skonstruowana na zasadzie: marsz – przygotowania do bitwy – bitwa – odpoczynek – poboczna przygoda – marsz itd., tego rodzaju opisy nie są nużące i spełniają swoje zadanie. Czytelnik szukający w tej powieści akcji na pewno się nie zawiedzie.

 

Podsumowując, powieść Pawła Jakubowskiego to propozycja dla specyficznego kręgu odbiorców. Gracze, LARP-owcy, wszelkiej maści „fantaści” – dla nich jest ta książka, napisana z zaangażowaniem w opowiadaną historię. Pasję autora potwierdzają także losy edycji tego tomu: na stronie redakcyjnej, w ramce, umieszczono informację, że powieść została wydana w Systemie Wydawniczym Fortunet. Ów system zobowiązuje autora do samodzielnego sfinansowania procesu wydawniczego, a wydawnictwo zajmuje się dystrybucją. Powstaje tylko pytanie – kto decyduje o tym, jakie książki powinny/mogą/muszą się ukazać, a jakie nie? Czy działa w takim razie instytucja recenzji wydawniczej? Jak są redagowane takie pozycje? Nie mam tutaj na to miejsca, ale warto rozważyć wpływ tego rodzaju działalności komercyjnej na kształt rynku wydawniczego. Samodzielne wydawanie literatury to może nie najnowsze zjawisko na polskim rynku, ale jego komercyjna odmiana już zmienia literacką mapę Polski. Jakie będą dalsze losy Jakubowskiego? Podtytuł powieści („Część I”) sugeruje, że wkrótce ukażą się kolejne odsłony przygód najemników.
Paweł Jakubowski: „Najemnicy. Część I”. Wydawnictwo Poligraf. Brzezia Łąka 2013.