Wydanie bieżące

15 maja 10 (226) / 2013

Zuzanna Sokołowska,

TAK REALNE, ŻE AŻ PRAWDZIWE

A A A
W historii sztuki znana jest anegdota o obrazie „Chłopiec z winogronami” Zeuksisa z Heraklei, czołowego przedstawiciela malarstwa iluzjonistycznego w starożytnej Grecji. Artysta popisał się wtedy ponoć tak doskonałym kunsztem malarskim, że namalowane przez niego owoce wabiły ptaki, próbujące dziobać obraz. Platon ostro krytykował ten rodzaj sztuki, nie tylko wyprowadzający w pole zmysł wzroku, lecz także zaburzający przy okazji prawdziwość estetycznego doświadczenia. Niemniej jednak oglądanie tego typu malarstwa, które staje się wierną kopią oglądanej rzeczywistości, sprawia niesłychaną, wręcz kontemplacyjną przyjemność. Wizualna konsumpcja takich dzieł sprawia, że podskórnie odczuwa się namacalną, ukrytą w dłoniach artysty obecność tajemniczej iskry bożej, a dokładniej czegoś, co można zdefiniować jedynie poprzez słowo: geniusz.

Podobne wrażenia można odnieść, oglądając zapierające dech w piersiach malarstwo Rana Ortnera, który bez wątpienia został namaszczony artystycznymi uzdolnieniami najwyższego rzędu. Można byłoby w tym miejscu zastanowić się, czy przypadkiem nie maczały w tym palce jakieś boskie siły, bo nazwanie Ortnera geniuszem nie wystarcza. Co aż tak fascynującego jest w jego pracach? Z pozoru nic, bo nie jest to na pewno sztuka, która niesie jakąś głębszą ideę, wywraca do góry nogami światopogląd widza i dotyka go aż do samych trzewi, boleśnie skręcających się z wrażenia. Nie jest to także ten rodzaj artystycznej działalności, który sieje wizualne spustoszenie, polegające na bezpośrednim, obezwładniającym działaniu brzydoty, krwi, niechcianej, miejscami obrzydliwej fizjologii, cielesności czy seksu. Wprawiony w bojach widz zdołał już przyzwyczaić się do stałej obecności brutalności w sztuce. Wrodzona zdolność habituacji, polegająca na stopniowym wyciszaniu reakcji na powtarzające się bodźce, powoli przynosi rezultaty, powodując, że współczesnego odbiorcę w coraz mniejszym stopniu cokolwiek jest w stanie zadziwić. Wszystko to sprawia, że widz przestaje poszukiwać zupełnie innych doświadczeń, przyzwyczajając się do zastanego porządku, czyli sztuki lubiącej grzebać w mięsie ludzkiej egzystencji.

Tymczasem Ortner, bazując na archetypicznej potrzebie doświadczania piękna, postanawia pójść w stronę nawiązującego do niej rodzaju estetyki, rejestrując na swoich płótnach fale oceanu. Nie jest to oczywiście zwykła rejestracja, bo wtedy nie można byłoby pisać o twórcy w kontekście geniuszu. W swoich wielkoformatowych olejnych obrazach Ortner zatrzymuje piękno falującej, spienionej wody, poddanej świetlnym igraszkom słońca. Robi to w tak perfekcyjny sposób, że oglądający jego prace widz ma ochotę zanurzyć się w oceanicznych falach, bezwolnie poddając się ich niszczycielskiemu działaniu. Dodatkowo pojawia się wrażenie, że one same, bez jego udziału, natychmiast go pochłoną. Ortner maluje fale w rożnych nastrojach. Ocean jest u niego czasem spokojny, leniwie odbijający się od brzegu, czasem wzburzony, agresywnie atakujący wysokimi falami, a czasem smutny, nostalgiczny, zrównoważony przez smętnie padający deszcz. Artysta stara się możliwie jak najdokładniej wychwycić zmienność wodnego żywiołu, koncentrując się na jego strukturze, synchroniczności i wahaniu.

Dla Ortnera oceaniczny świat staje się wyrazem nieskończoności, ukrytej w zatrważającej, niemożliwej do przeliczenia ilości kropel wody. Stad też, pytany o symbolikę swoich obrazów, jednym tchem wymawia zdanie klucz do swojej genialnej, malarskiej twórczości: „To zderzenie życia i śmierci”. Życiem w tym przypadku jest energicznie falujący ocean, śmiercią – spokojna, niezmącona niczym, nawet najmniejszym podmuchem wiatru, głębia. Stąd też biorą się charakterystyczne dla Ortnera, filozoficzne w swej wymowie, porównania związane z obecnością jakiejś tajemnej siły, która znajduje się pod wodą i wprawia ją w ruch. W jednym z wywiadów artysta wspomina, że widzowie oglądający jego olbrzymie obrazy, zajmujące niejednokrotnie wielkie ściany galerii, doznają silnych emocji. Dostrzegają, według niego, nie tylko ocean, ale także coś na wzór ich własnych, egzystencjalnych doświadczeń, które idealnie oddaje woda, przybierając kształt ich uczuć. Dlatego też na jego obrazach nie można dostrzec ziemi, ludzi czy nawet łodzi, umożliwiających na ogół artystom pójście na wizualną łatwiznę. Jedynie symboliczna woda wypełnia po brzegi jego malarstwo. Ortnera niejednokrotnie porównywano do niemieckiego malarza doby romantyzmu, Caspara Davida Friedricha, w swojej twórczości zajmującego się między innymi wiernymi przedstawieniami przyrody, której nadawał wręcz sakralny, mistyczny charakter. Jak jednak wyglądała droga Ortnera do malowania? Okazuje się, że była ona bardzo długa, naznaczona burzliwymi wydarzeniami.

Malarz urodził się w 1959 roku na amerykańskim zachodnim wybrzeżu, w pobliżu San Francisco. Kiedy miał pięć lat, jego rodzina zamieszkała w odosobnionej chatce w pewnej wsi na Alasce. Jego ojciec – wędrowny kaznodzieja – wierzył, że można prowadzić naturalny styl życia z dala od społeczeństwa, które było, według niego, uosobieniem wszelkiego zła. Przyszły artysta w latach swojej młodości fascynował się motocyklami, uwielbiając brać udział w wyścigach. Wypadek przekreślił jego plany zostania sportowcem. W tym momencie Ortner przeniósł swoje zainteresowania na malarstwo. Inspirując się doświadczeniami wybitnych artystów, zaczął eksperymentować z farbami składającymi się niemal wyłącznie z naturalnych składników, między innymi minerałów, oleju z orzechów włoskich czy siemienia lnianego. Ortner poświęcał się także surfowaniu i obserwacji oceanu, co stało się inspiracją do jego późniejszych malarskich realizacji. Jednakże najważniejszy wpływ na jego twórczość miały niezliczone ilości przeczytanych książek z zakresu psychologii, fizyki, filozofii, sztuki i literatury. Ukształtowały one jego skrajnie ateistyczny światopogląd, niewykluczający jednak istnienia niemożliwej do rozwikłania tajemnicy ludzkiego życia, mieszczącej się już w sferze sacrum.

Ortner fascynuje się nie tylko malarstwem. Tworzy także instalacje, oczywiście inspirowane przyrodą. Jedna z nich składa się z wentylatora i wysypującego się z wielkiego worka piasku. Kiedy ten ostatni zaczyna opadać, uruchomiony wiatraczek kreuje z nasypów piaskowe fale, tworzące coś na wzór pustyni smaganej wiatrem, na której powstają niezwykłe wzory. W podobnym tonie utrzymana jest kolejna realizacja artysty, „Invert” (2002), składająca się z lustra umieszczonego na szczycie instalacji i pofalowanej białej ściany, odbijającej się w zwierciadle. Ta niezwykle sensualna praca nawiązuje bezpośrednio do mitu platońskiej jaskini. Ortner próbuje wyrwać widza z okopów wizualnych powidoków, na które ten na co dzień jest skazany. Stara się tym samym przywrócić odbiorcę do właściwego optycznego porządku, jakim jest dostrzeganie naturalnego bogactwa otaczającego świata, przykrytego przez brzydką architekturę. Brzmi banalnie? Może trochę. Jednakże nie umniejsza to doskonałości prac artysty, serwujących szczytowe doświadczenie zapomnianego już trochę piękna, które w tym przypadku nie jest sztuczne czy kompletnie odrealnione.

Ortner pokazuje świat takim, jakim go widzi: raz zachwycający, innym razem przerażający, tak jak ocean wypływający z obrazów artysty – tak realny, że aż prawdziwy. I nie jest to na pewno sen na jawie. Jednakże genialne obrazy Ortnera, oprócz duchowego wymiaru, mają także aspekt praktyczny. Spoglądając na roziskrzone słońcem oceaniczne fale, można zatracić się w atmosferze niekończącego się lata. Już teraz zresztą warto zacząć robić zapasy energii charakterystycznej dla tej gorącej pory roku; muszą one wystarczyć na przedłużające się pogodowe niespodzianki, dni obfitujące w deszcz, ponury chłód i długą zimę. Ale czy ta nieprzewidywalność nie jest równie piękna jak obrazy amerykańskiego artysty?