Wydanie bieżące

1 czerwca 11 (227) / 2013

Jarosław Czechowicz,

WIELOZNACZNOŚCI

A A A
O ile kreacje światów literackich we współczesnej polskiej literaturze przestają być nowatorskie, bo odnoszą się do wątków, tropów i symboli polskości eksploatowanych niezmiennie, a rzekomo odmiennie, o tyle widzimy wyraźnie, że mamy mimo wszystko prozaików nie tyle eksperymentujących, co doskonale panujących nad tym, co kreują w literaturze. To twórcy każdorazowo nowej jakości, twórcy nieprzewidywalni. Tacy, którzy wciąż mają coś do powiedzenia i chociaż nurzają się w polskości wręcz do obrzydzenia, potrafią o niej mówić z dystansem, ironicznie sygnalizować kwestie poruszane pobieżnie, eksperymentować z formą i treścią, a wreszcie – mówić wciąż szyframi i wciąż udowadniać, iż światów literackich polskiej prozy jest wspaniała mnogość. Pisarze, których mam na myśli, za każdym razem wydają książki, dzięki którym wiem, że… rozumiem niewiele, choć doświadczam owej mnogości. Oni się już zapisali w naszej najnowszej historii literatury i cokolwiek jeszcze powiedzą, będzie to warte uwagi. Obok Huberta Klimko-Dobrzanieckiego oraz Mariusza Sieniewicza stawiam na równi i na równi podziwiam Ignacego Karpowicza. Z przyjemnością zatem napiszę o jego nowej powieści „Ości”.

Zaczęło się w 2006 roku, kiedy to „Niehalo” zasygnalizowało nam, iż debiutuje twórca wyrazisty, kontestator mający coś do powiedzenia. Rok później wydany „Cud” zdawał mi się już bardziej literackim żartem, ale i na to musi być miejsce, żeby nie zwariować. „Gesty” odsłoniły refleksyjną stronę natury Karpowicza i obawiałem się, że idąc w kierunku egzystencjalnej narracji o cierpieniach wśród wspomnień, autor niczym już nie zaskoczy. Nagrodzone Paszportem „Polityki” „Balladyny i romanse” kazały spojrzeć na niego w 2011 roku nieco uważniej. Skomplikowana struktura książki i liczne ukryte przesłania, z którymi mierzyli się krytycy literaccy, kazały wierzyć, że Ignacy Karpowicz ma w zanadrzu niejednego literackiego asa. Jego najnowsza powieść „Ości” jest nie tyle asem, co zagadką – formalną, strukturalną, lingwistyczną i metafizyczną. W każdym rozumieniu widzimy wyjątkową jakość, a przecież niewielu już pisze tak wieloznacznie. Ości Karpowicza przełyka się z trudem, ale pochłania mimo wszystko, bo to tym razem książka mocno osadzona w samej strukturze języka, ale i o rzeczywistości językowo nienazywalnej; takiej fragmentarycznej, kalekiej i rozedrganej, pośród bohaterów obnażonych do samych kości, między dylematami niemożliwymi do rozstrzygnięcia.

„Ości” koncentrują się na wyjątkowo wyrazistych bohaterach, którym paradoksalnie daleko do wyrazistości, gdy mówią o emocjach albo informują o braku/nadmiarze pragnień i doznań. Świetnie zarysowani i do ostatniej strony nieprzewidywalni, wikłają się w zależności, które ich samych przerastają, dając mimo wszystko poczucie spełnienia. Bohaterowie Karpowicza swą tożsamość (pierwsza istotna „ość”) konstytuują na przeżyciach związanych z bliskością albo jej brakiem. Tym samym uzupełniają wiedzę o sobie albo wkraczając w nowe relacje z drugą osobą, albo też wycofując się z nich. Oba procesy są nie tyle żmudne i skomplikowane, co przede wszystkim fantazyjnie przedstawione w tej prozie, gdzie tożsamość rodzić się będzie ze sprzeczności, a osobowość określać będą zależności w relacjach. Wspominając o czterech istotnych „ościach”, pora przedstawić bohaterów tragikomedii, uwikłanych w język i z językowym ograniczeniem starających się nazwać, określić, przedstawić, zinterpretować. Innych i świat, ale przede wszystkim siebie.

Karpowicz rozpoczyna więc od specyficznego wzornika osobowego. Możemy sobie dobrać już na wstępie postacie, które przypadną nam do gustu, i te, które będą irytować. Żadna nie jest papierowa, więc trzeba już na wstępie dokonać wyboru, rozłożyć siły i koncentrację na ogarnięcie losów ich wszystkich, a z czasem i tak okaże się to niemożliwe, bo ujrzymy dobrane przez nas charaktery w różnym świetle, niekoniecznie tym gruntującym nas w sympatiach, jakie zawiązują się na początku. Poznajemy specyficzne, acz niczym szczególnym w dzisiejszych czasach niewyróżniające się małżeństwo. Trzydziestosześciolatkowie w związku co najmniej skomplikowanym. Maja traci pracę, poczucie bezpieczeństwa i wiarę w to, iż przetrwa – sama w sobie, wewnątrz siebie, jako neurotyczna zwolenniczka terapii i psychotropów, nadopiekuńcza matka punka i anarchisty, labilna emocjonalnie opiekunka pewnej mówiącej tchórzofretki, która reaguje paniką na słowo „Palestyna”. Maja ma mnóstwo kompleksów – poczynając od faktu, że nie przeczytała „Ulissesa”, kończąc na skrytym kompleksie złej córki, która ośmieszając wybory katolickiej siostry, krowy rozpłodowej, której mąż odszedł z sąsiadem, w gruncie rzeczy zazdrości jej sympatii i uznania matki. Z rozchwianą osobowością Mai musi radzić sobie Szymon – racjonalista, filolog, wielbiciel egzotycznych języków i mało ogarnięty kochanek, bo Maja niewiele musi się starać, by odkryć zdradę Szymona zmęczonego już wiecznymi problemami żony. Szymon przeżywa dramat ukrycia w języku tych wszystkich wieloznaczności, które utrudniają nazwanie świata i samego siebie, tworząc mnogość definicji oraz równą mnogość sensów. Ból Szymona – i chyba autorska ścieżka interpretacyjna utworu – zawiera się w słowach następujących: „Bo jest identyfikacja, czyli »to jest coś/ktoś«. Jest równorzędność, czyli że »coś/ktoś jest czymś/kimś «. Jest atrybutywność, czyli że »coś/ktoś jest jakieś/jakiś «. Jest lokatywność, czyli »być gdzieś/znajdować się«. No i jeszcze (…) prezentacja, »oto jest coś/ktoś«”.

To dopiero dwójka barwnych bohaterów. Kolejną postacią jest Andrzej, uporządkowany domator, czytelnik subtelny, meloman staroświecki i kucharz eksperymentujący, który serwuje truskawki z pieprzem i serem. Andrzej jest gejem - „(…) jego osoba przestała być [ w tym kraju] narzędziem zbrodni, a jego życie przestępstwem” - i wielbi Krzysia. Krzyś w związku z Andrzejem nauczył się kompromisów miłości, ale nie przejął od partnera uwielbienia do czystości. Krzyś żyje w brudzie i uważa, że zarazki to kolejny po Holokauście straszak. Związek Andrzeja z Krzysiem jest tyleż niejednoznaczny, co niepewny, choć finałowe rozwiązania ukażą, iż to jednak relacja trwała. Krzyś wydaje książkę o homoerotycznym wychodzeniu z szafy, do której blurb dzierga mu po znajomości Ninel Czeczot – postać chyba najbarwniejsza w tej książce. Ninel to imię – stygmat (Lenin na wspak), osoba czująca się wciąż osaczoną oraz (z racji wieku – blisko sześćdziesięciu lat) przeżywająca poczucie końca, czująca swoją staroświeckość, starość i zbędność. Socjolożka kultury, feministka, mocno zakochana w swoim kocie, który już na wstępie wędruje do kociego raju, pozostawiając Ninel w nieukojonym żalu. Ninel kiedyś była Kubą, bo jej babci coś padło na mózg.  Teraz to samo dzieje się z jej matką, dla której Ninel wciąż jest Kubą, a obie kobiety i ich wzajemne relacje ukazuje humorystycznie zinterpretowany przez autora mit o Demeter i Korze. Gra w matkę i córkę to jednocześnie dramat oraz źródło opresji mieszającej się z przyjemnością. Kiedy Ninel ucieka od przeszłości, ląduje w ramionach Norberta – sprytnego bankowca, którego cechą dystynktywną jest brak owłosienia. Norbert tymczasem kocha się od lat we wspomnianym Krzysiu, wielbi pewnego Wietnamczyka zamieniającego się w weekendy ze wzorowego ojca i męża w wystrzałową drag queen oraz kwestionuje swoją seksualność. Norbert jest i nie jest gejem jednocześnie. Jego tożsamość ukształtowała się w opozycji do prowincjonalnej polskości, od której uciekł z Lubelszczyzny, ale jednocześnie tę prowincjonalność wciąż akcentuje. Relacja z Ninel ma Norberta zmienić, ale czy da się zmienić kogoś, kto nie rozumie, kim naprawdę jest?

Istotne są rzeczywistość oraz okoliczność wzajemnego przenikania się sportretowanych wstępnie bohaterów. Dwie kolejne „ości” są wyraziste. To świat dzisiejszy, bardzo współczesny, rzeczywistość absurdów i bolączek codzienności. Jest kilka sygnałów wskazujących, iż Karpowicz przenosi nas nieco w przyszłość. Tak odrobinę, nawet niezauważalnie. Rzeczywistość jest wyraźna, ale wspomniane okoliczności, w jakich jego bohaterowie na siebie natrafiają, z jednej strony możliwe są do przewidzenia, z drugiej jednak – zaskakujące w tym, co ze sobą niosą. Oto bowiem Maja znajdzie sobie w autobusie czystego i cierpiącego na nadnormalność Franka, z którym będzie chciała się zbliżyć do Szymona oraz jego kochanki (bynajmniej nie Ninel). Andrzej z Norbertem wejdą w zależności pozorne wtedy, gdy ten pierwszy zacznie szukać swego kochanka, a drugi poszukując, rozwikła zagadki, o jakich Andrzej nawet nie pomyślał. Maja bardzo się z Andrzejem zaprzyjaźni, bo na pewnym etapie życia połączy ich odrzucenie, samotność i irytujące sprzeczności. Będzie też kilka relacji wynikających z okoliczności całkowicie nieprzewidzianych i okaże się, że pozornie dalecy od siebie, bohaterowie Karpowicza przyciągają się i nie mogą rozerwać zależności.

Zależność – wspomniana już i bolesna „ość” tej książki – będzie zależnością wieloznaczną, symboliczną i naznaczoną cierpieniem. Zależne są córki od matek, matki od córek, kochankowie od kochanków, kobiety od mężczyzn, mężczyźni od innych mężczyzn… Zależności wpływają na życie i wciąż je utrudniają. Wikłają nam fabułę i zmuszają do zastanowienia nad tym, jaką koncepcję finałową przewiduje autor. A Karpowicz zależności traktuje nie tyle z humorem, co z dość przewrotną ironią, dzięki czemu „Ości” są tak wyraźne i niejednoznaczne, trudne do interpretacji; śmieszne i smutne zarazem.

Warta podkreślenia na koniec jest jeszcze jedna „ość”. To nieprzewidywalność – całej struktury fabularnej, wyborów i decyzji uwikłanych w związki bohaterów. Widzimy, że pewne rozwiązania wynikają same z siebie, są konsekwencją tego, co było oraz logicznie łączą się ze sobą. To jedynie usypia czujność, która jest niezbędna podczas lektury i wymagana na każdym poziomie interpretacji tej książki; skryły się w niej nie tylko „ości”, jakich znaczenia już nie rozwijam (samotność, wątpliwość, zazdrość, bezsilność, złość czy bezradność), ale przede wszystkim komplikacje wynikające z języka, którym napisana jest nowa książka Ignacego Karpowicza.

Autor bowiem w tym narracyjnym kalejdoskopie zdarzeń i powikłań, wśród swych neurotycznych bohaterów i ich nietrafionych wyborów, kryje potęgę wieloznaczności słów oraz bawi się doskonale zarówno znaczeniami słów poszczególnych, jak i znaczeniem języka w ogóle; tym, którym opisać mamy świat, gdzie żyjemy, doświadczamy i odczuwamy niejednoznacznie i wciąż ze znakiem zapytania. „Ości” – narracja skryta między cytatami, aforyzmami, mądrościami, czytelnymi mniej lub bardziej komentarzami innych – pozostanie wciąż powieścią nieodkrytą, albowiem jest to jedna z niewielu książek pierwszego półrocza 2013, która pozostać każe z pytaniami tak licznymi, że one same mogłyby tworzyć dodatkową, osobną i żyjącą swoim życiem narrację wynikającą tej powieści. „Ości” to dokonanie warte uwagi ze względu na swą wyrazistość i zagadkowość. Pokazujące, że można wyjść od formantu słowotwórczego, pokazać jego siłę znaczeń i jednocześnie wszystkie zakwestionować. Bawiącego się językiem Karpowicza trochę już znamy z poprzednich jego książek, ale ta jest jakością specyficzną. Żeby już dobrać „ość”, o jakiej autor nie mówił.
Ignacy Karpowicz: „ości”. Wydawnictwo Literackie. Kraków 2013.