Wydanie bieżące

15 czerwca 12 (228) / 2013

Małgorzata Lebda,

SHOWOFF. TRZY ZBLIŻENIA

A A A
11. edycja Miesiąca Fotografii w Krakowie za nami. Przyzwyczajona do otwartych drzwi Biura Festiwalowego, od którego zaczynałam przygodę z tegorocznym festiwalem, ze smutkiem uświadamiam sobie, że musi upłynąć kolejny rok, by w Krakowie ponownie eksplodowało wizualne szaleństwo. W programie festiwalu, zogniskowanym wokół tematyki mody i stylu, znalazło się kilkadziesiąt wystaw i wydarzeń towarzyszących. Cieszy także fakt, że festiwal co roku spotka się z ogromnym zainteresowaniem widzów oraz mediów. Jednym słowem: działo się! Najlepsze z wystaw wprawiały w zdumienie, zaskakiwały, uniemożliwiały pozostanie obojętnym, nie moralizowały, pozwalały natomiast by widz patrzył sam.

„Pogranicza mody” – centralna wystawa festiwalu, wprowadzała i oswajała widzów z odważną definicją mody, przyjętą na potrzeby Miesiąca Fotografii. Na ekspozycję złożyło się ponad 30 projektów, które czerpały z „pogranicza” i działy się „na pograniczu”, jakby w pełnej świadomości słów Wiktora Szkłowskiego, dla którego „Nowe formy w sztuce tworzy się, kanonizując formy peryferyjne”. Obok siebie, funkcjonując na tych samych prawach, pojawiły się zatem projekty mówiące o kodach wizualnych w środowisku homoseksualnych mężczyzn (Hal Fisher), o problemie poszukiwania własnej tożsamości przez dorastające dziewczyny z Banja Luki w Bośni (Margareta Kern), o rzeźniczych strojach (Charles Fréger), o Jarocinie w obiektywie bezpieki, o sposobach kamuflażu stosowanego przez STASI (Simon Menner) oraz o sposobach manipulowania swoim wizerunkiem (Sławomir Elsner).

Przywołane wystawy to tylko niewielka część ekspozycji, o której można powiedzieć, że dotykała spraw istotnych, wchodziła z widzem w dialog, zadawała pytania o tożsamość, o Innego, w tym także o Innego w każdym z nas, Innego, którego można wyzwalać lub taić. Szczególne wrażenie wywarły na mnie filmy autorstwa Zbigniewa Libery: „Gumki” i „Jak tresuje się dziewczynki”, wyświetlane w specjalnie wyizolowanych i zaciemnionych pomieszczeniach. Filmy te, będące śmiałymi realizacjami zainteresowań artysty związanych z badaniami antropologicznymi i społecznymi, miały w sobie jakąś szczególną moc, uświadamiały, jak bardzo jesteśmy uwikłani w otaczające nas kulturowe wzorce, które przecież mogą okazać się elementem społecznej tresury.

Z żalem nie napiszę o innych znakomitych, ale i ważnych dla mnie wystawach, chociażby: „Vanity” (fotografia mody z kolekcji F.C. Gundlacha), „Czerwone kaliko” (Roy Villevoye), „Studio Rolke” (Tadeusz Rolke), „Jestem Tobą” (Milou Abel) czy znakomicie przygotowanej SHOWstudio „Fashion Film”, na której zaprezentowano oryginalne i przyprawiające o dreszcze (ekscytacji!) filmy o modzie. Nie napiszę o tym wszystkim, świadoma, że owe wystawy doczekały się już wielu ciekawych i wnikliwych rozpoznań. Chciałabym za to skierować uwagę czytelników na wystawy prezentowane w sekcji ShowOFF, które, w moim przekonaniu, zostały zmarginalizowane w medialnych komentarzach, a przecież tyle się tam dzieje.           

Dla przypomnienia: sekcja ShowOFF to otwarty konkurs skierowany do młodych twórców zajmujących się sztukami wizualnymi. Spośród zgłoszonych prac (700 propozycji) tegoroczne jury: Dorota Buczkowska, Marika Zamojska, Paweł Bownik, Kuba Bąk oraz Cecylia Malik, wybrało dziesięć projektów. Do zaprezentowania indywidualnych wystaw zaproszeni zostali: Jurko Diaczyszyn, Kaja Dobrowolska, Anna Kieblesz, Aleksandra Loska, Piotr Macha, Siergiej Mielniczenko, Ondřej Přibyl, Dominik Ritszel, Aleksandra Sołdatowa, Milena Natalia Soporowska. Tak o wybranych projektach mówił Piotr Sikora (dyrektor Sekcji ShowOFF); „Wśród tegorocznych laureatów ShowOFF-u trudno odnaleźć jednolite tendencje. Można doszukiwać się śladów kuratorskich preferencji pośród wybranych projektów, większość z nich pozostaje natomiast bardzo indywidualistycznymi opowieściami z oddalonych od siebie przestrzeni i stylistyk”. Interesujące, że wśród nagrodzonych projektów, obok dominującej fotografii, dużą rolę odgrywał video-art, co jest odzwierciedleniem ogólnej tendencji widocznej w programie Miesiąca Fotografii. Szczególnie zainteresowały mnie trzy wystawy Sekcji ShowOFF, które reprezentują odmienne poetyki, będąc przez to – moim zdaniem – miarodajną próbką tego, co dzieje się obecnie w wizualnej twórczości młodych.

Zbliżenie pierwsze: Jurko Diaczyszyn, „Slavik’s Fashion”

Osobliwy to cykl fotograficzny. W zetknięciu z nim odniosłam wrażenie, że jestem wciągana w jakąś wykreowaną sytuację, że to gra konwencją i wszystko jest tu zaplanowane. Postać wychudzonego starszego mężczyzny spoglądała na mnie z wielkoformatowych fotografii. Na każdej z nich „model” prezentował się w innym stroju, w innej stylizacji. Dopiero wczytanie się w genezę powstania tych prac pozwoliło mi doświadczyć wielkiej siły owej prezentacji. Siłę tę dostrzegła również Cecylia Malik, która nagrodziła projekt Diaczyszyna w konkursie Sekcji ShowOFF, podkreślając: „fenomenem tych zdjęć jest kontrast zawarty w każdym z nich, wolność i radość (codziennie inny ciuch, sam je przerabia, dobiera, nic go nie kosztują) i twarz, nieznana historia życia samotnego bezdomnego z Lwowa”. Co wiemy o niezwykłym bohaterze? „Sławik ma 55 lat, jest bezdomnym cyganem, prowadzi szczególny sposób życia, niewłaściwy dla włóczęgi – nie łazi z kupą toreb, nie grzebie po śmietnikach, nie kontaktuje się z innymi bezdomnymi. Prawie nigdy nie ubiera się jednakowo, przebiera się czasem dwukrotnie w ciągu dnia, regularnie zmienia fryzury, goli się pod pachami!” – opisuje Jurko Diaczyszyn.



Cykl ten kusi, by spojrzeć na niego poprzez Barthes’owskie kategorie studium i punctum. Są to dwa obszary, w których dokonuje się przyswajanie i interpretacja fotografii. Studium wynika z naszej wiedzy i doświadczenia; to dzięki niemu jesteśmy w stanie zainteresować się jakimiś fotografiami, ponieważ odwołują się do naszych przeżyć, są nam bliskie, stają się warte zainteresowania. Punctum natomiast nie wynika z rozumowania, jest za to wynikiem czucia, nagłego, często niespodziewanego odkrycia w fotografii „czegoś”, co przeszywa, intryguje. W przestrzeń punctum „Slavik’s Fashion” wpisują się barwne, miejscami kiczowate stylizacje, tworzone przez bezdomnego mężczyznę. Stroje te bywają niedopasowane, podniszczone, wydawać by się mogło, że tworzone w jakimś amoku, bez głębszej refleksji, ale wolę myśleć o nich, jak o efekcie twórczej pasji, czystej ekspresji i ekstrawagancji (wiemy, że Slavik przebierał się niekiedy dwa razy dziennie!). W przestrzeni studium mieści się to, co nie wymyka się naszemu zrozumieniu: przestrzeń miasta, a w końcu i sam bohater, który przypomina przecież o powszechnym problemie bezdomności i społecznego wykluczenia. Na powstający około dwóch lat cykl składa się ponad sto fotografii, będących – o czym mówi autor – efektem wspólnej pracy fotografa i lwowskiego włóczęgi. Jest jeszcze coś, co mieści się dla mnie w punctum, coś, co intryguje i niepokoi – to historia życia Słavika, która nie jest znana; nie wiemy, kim mężczyzna jest, kim był, skąd bierze ubrania i dlaczego strój jest dla niego tak ważny (nie odkrył tego nawet Jurko Diaczyszyn). Możliwe, że to swoiste modowe szaleństwo jest dla niego sposobem na ukonstytuowanie własnego Ja, a może właśnie jest zupełnie inaczej: to poszukiwanie Innego w sobie.

Zbliżenie drugie: Piotr Macha, „Krwawe wykopki”

Projekt Piotra Machy to dokument, który można odczytywać w politycznym i historycznym kontekście. Oto przed oczami widza ukazuje się przerażający obraz zmutowanej, gigantycznej stonki, wałęsającej się po okolicznych lasach. Zrzucona przez „amerykańskich podżegaczy” na kraje Demokracji Ludowej, staje się elementem walki klasowej. W społeczeństwie pojawiają się „szok” i „niedowierzanie”; na ekranie widać pierwsze ofiary, postać złego funkcjonariusza władzy. Bohaterowie odwracają się od siebie: „Zamiast stawić wspólnie czoła zagrożeniu, sami stają się dla siebie wrogami”. Przerysowane gesty, teatralne miny, stonowana kolorystyka, muzyka idąca w ślad za zwrotami akcji – opowieść zawiązuje się i nabiera dramatyzmu. Stop. Ostudźmy emocje, to wszystko fikcja! Projekt jest odpowiedzią artysty na brakujące ogniwo polskiej kinematografii, odwołaniem do nurtu niezwykle popularnego na Zachodzie, a właściwie nieobecnego w Polsce gatunku monster movies, filmów science fiction klasy B, w których ludzkie lęki realizowały się w postaciach zmutowanych potworów, gigantycznych zwierząt, kosmitów. Interesujące, że dzieła te były najczęściej odzwierciedleniem nastrojów społecznych, a ostatecznie miały pełnić rolę zbiorowej terapii. Dorota Buczkowska, kuratorka wystawy, zapytana, na czym polega specyficzna poetyka tej ekspozycji, mówi: „Głównie na swobodzie, z jaką autor buduje i reżyseruje historię, na specyficznej estetyce i poczuciu humoru. Nie jest to wystawa stricte fotograficzna – projekt Machy angażuje różne media:  film, rysunek, fotografie, obiekt. Są jak elementy układanki,  jak punkty zaczepienia dla łączącej je historii, której de facto nie ma i nie było. Cenię takie całościowe myślenie o projekcie”.



Projekt „Krwawe wykopki” intryguje: bez odautorskiego komentarza widz może ulec mistyfikacji jakoby „coś takiego” naprawdę istniało. Zastanawia przy tym, dlaczego w rodzimej kinematografii nie istnieją potężne produkcje tego nurtu, a idąc dalej: dlaczego „Krwawe wykopki” nie są filmem pełnometrażowym. Może nawet akcja monster movie miałaby prawo rozgrywać się w obecnych czasach? Z tymi pytaniami zwróciłam się do Piotra Machy, który podkreślił, że projekt początkowo był zaplanowany jako film pełnometrażowy, jednak ze względu na brak funduszy i trudności z ich pozyskaniem pozostało mu stworzenie trailera, zdjęć z planu, materiałów i fałszywej otoczki, sytuacji, a raczej – jak mówi – „jej potencjalności”. W jego przekonaniu, osadzenie akcji w czasach socrealizmu jest w przypadku tej produkcji nieodzowne, wówczas bowiem na Zachodzie powstawały filmy tego nurtu, a w Polsce nie. Od początku zatem „Krwawe wykopki” były próbą stworzenia brakującego ogniwa polskiej (czy też wschodnioeuropejskiej) kinematografii. Stonka jako nośna figura nadawała się znakomicie. Trudno sobie wyobrazić przełożenie tych znaczeń na dzisiejsze realia. Możliwe, że kiedyś uda się stworzyć pełen montaż, który – na co zwraca uwagę Macha – funkcjonowałby już w kontekście kinematograficznym.

Wobec projektów o tak wielowarstwowej konstrukcji, chciałoby się uciąć próby interpretacji w myśl słów Jacques’a Derridy: „Nie ma nic poza tekstem”, które sparafrazowane mogłyby brzmieć: „Nie ma nic poza obrazem”. Wydaje się, że przy „Krwawych wykopkach” próby jednoznacznego zinterpretowania zawodzą, nie sposób ostatecznie ograniczyć kontekstów danych obrazów i wyczerpać ich znaczenia, to z kolei otwiera dzieło i sprawia, że interpretacja pozostaje zawsze niedokończona, a przez to pociągająca.

Zbliżenie trzecie: Aleksandra Loska, Nicość w środku”

Aby obejrzeć fotograficzne prace cyklu „Nicość w środku”, należało pokonać skrzypiące i wijące się schody kamienicy przy placu Matejki, gdzie znajduje się Galeria Łącznik. Gra świateł, której doświadczyłam podczas pokonywania klatek schodowych prowadzących do jasnej sali galerii, była znakomitym preludium do wystawy. Fotografie ekspozycji oglądałam – przyznam szczerze – kilkakrotnie. Zbliżałam się do nich i oddalałam, oglądałam je w porządku powieszenia i na wyrywki, przy zapalonym i zgaszonym świetle (towarzyszyła temu szalejąca burza za oknem). Podobało mi się to, że moja percepcja jest wystawiana na próbę, że gubi się w interpretacji, czasem znajduje – wydawało mi się – klucz do zrozumienia, by po chwili budzić we mnie pewność, że eksperymentalne, subtelne prace, które zaprezentowała Aleksandra Loska, wymykają się postrzeganiu, do jakiego przyzwyczaiła nas współczesna sztuka.



Marika Zamojska – kuratorka wystawy – zapytana, dlaczego wybrała ten projekt, podkreśliła, że to, co robi Loska, jest „jednocześnie bardzo estetyczne i konceptualne, i po prostu bardzo piękne”. Minimalistyczna, przywołująca echa modernizmu oraz współczesnej architektury gra szarościami, światłem, kształtem i formą, otwierała każdą z zaprezentowanych prac na odbiorcę – tak, czułam się pochłonięta. Musiało upłynąć trochę czasu, zanim w sfotografowanych figurach i ich materiale rozpoznałam fakturę szkła, papieru, tektury. Intrygujące było już to, jak artystka, budując analogową, abstrakcyjną przestrzeń, podważa istniejącą w sztuce supremację wirtualności (świata digitalnych narzędzi i cyfrowej obróbki). „Nicość w środku” to propozycja oparta na abstrakcji i formalnym eksperymencie, a takich propozycji – jak podkreślają organizatorzy wystawy – jest we współczesnej młodej fotografii polskiej niewiele. Ów abstrakcjonizm uniemożliwia silenie się na interpretacyjne komentarze; brak narracji, linearności i opowieści wprawia w zakłopotanie, które w pierwszym odruchu wiąże się z pytaniem: „Jak czytać te obrazy”. Jest to jednak źle postawione pytanie, nie można ich bowiem „odczytać”, należy je przeżyć, a wówczas – jestem przekonana – tytułowa „nicość” nabierze wymiaru i sens. Proszę zatem patrzeć uważnie, każdy cień jest istotny.
Miesiąc Fotografii w Krakowie. Sekcja: ShowOFF. Kraków, 16.05.2013-16.06.2013.