Wydanie bieżące

15 czerwca 12 (228) / 2013

Aleksandra Więcek-Gigla,

PRÓBA GENERALNA PRZED KOŃCEM ŚWIATA

A A A
Współcześnie Czarnobyl utożsamiany jest jedynie z miejscem katastrofy jądrowej. Wystarczy wpisać tę nazwę jako hasło wywoławcze w najpopularniejszej wyszukiwarce, a już otwiera się lawina blogów, stron i portali, które wymieniają rozmiary chmury radioaktywnego pyłu, ilość zabitych, rannych itd. Od razu do oczu cisną się przejmujące zdjęcia – odrapane ściany, opustoszałe bloki i słynny diabelski młyn, który czekał w gotowości na rodziny pracowników elektrowni, by wywołać u nich uśmiech i radość podczas pierwszomajowego festynu w 1986 roku.

Dwadzieścia siedem lat po katastrofie czarnobylska strefa stała się kolejną miejscowością na świecie, którą warto byłoby zobaczyć. Biura podróży organizują wycieczki z przewodnikiem, który pokazuje turystom miejsce wybuchu oraz pobliskie osiedla zamieszkiwane niegdyś przez pracowników elektrowni. Uczestnikiem takiej wyprawy był również Francesco M. Cataluccio, autor eseju „Czarnobyl”.

Sam tytuł od razu konotuje wspomniane już przeze mnie zdjęcia, informacje i dane. Wrażenie to potęguje umieszczony na okładce diabelski młyn – najwyraźniej najchętniej fotografowany przez podróżników element krajobrazu. Temat ukraińskiej erupcji jądrowej ciekawi współczesność, zważywszy na niedawne niepokojące sygnały z elektrowni Fukushima w Japonii, dlatego też esej Cataluccia wcale nie traci na tych natychmiastowych skojarzeniach.

Wizyta w antykwariacie, w którym włoski eseista znalazł sfatygowaną mapę Ukrainy, staje się pretekstem do rozbudowanej i płodnej refleksji na temat Czarnobyla właśnie. Adam Michnik napisał „Doprawdy, Francesco wie dobrze, czego szukać w antykwariatach” i trudno się z tym nie zgodzić, jeśli zajrzy się do książki. Cataluccio nie tyle odchodzi od ramowych i automatycznych skojarzeń z ukraińską miejscowością, co idzie dalej – zagłębia się w Czarnobyl jako taki, jako miasto przez wieki, a nie jedynie miejsce biologicznego skażenia. Autor jest humanistą, studiował filozofię oraz filologię polską, dotychczas napisał też wiele artykułów na temat dziejów oraz kultury Polski i Europy Środkowej, a wiedzę tę widać znakomicie w „Czarnobylu”. Autor wychodzi od typowej – jeżeli w ogóle można coś takiego nazwać „typowym” – wycieczki do strefy skażenia. Zaciekawiony czytelnik dowiaduje się, jak wyglądają tam procedury bezpieczeństwa, jakimi ludźmi są przewodnicy, jakie koleje losu sprawiły, że stali się tym, kim są. Dzięki pierwszoosobowej narracji zostajemy wciągnięci w tę rzeczywistość, jedziemy busem razem z autorem i widzimy oraz słyszymy to, co on. Pojawiają się obrazy czarnobylskie, niektóre znane z wyszukiwarek internetowych, inne widziane rzadko, w filmach dokumentalnych, a jeszcze inne całkowicie niespodziewane. Jest to pierwsza część eseju, ta, której oczekujemy, spoglądając na tytuł i okładkę. Wycieczka jednak szybko się kończy, a my nie jesteśmy jeszcze nawet w połowie książki. I wtedy zaczynamy się zastanawiać, co jeszcze można napisać na ten temat? Cataluccio bezbłędnie pokazuje nam, że można jeszcze sporo.

Eseista udowadnia, że ukraińska katastrofa jądrowa to ostatnie, lecz – bynajmniej – nie jedyne ogniwo w łańcuchu historii tego miejsca. Dowiadujemy się, że te ukraińskie ziemie od zawsze naznaczone były krwią, śmiercią i zniszczeniem. Autor przybliża nam ich dzieje od pierwszej wzmianki w latopisie z 1193 roku. W tej części rozważań znakomicie widać potęgę posiadanej przez niego wiedzy. „Humanista jest człowiekiem wykształconym w każdej dziedzinie”, powtarzają to nauczyciele matematyki i fizyki po kolejnym sprawdzianie oblanym przez klasę humanistyczną. Na potwierdzenie tej tezy narodził się Francesco Cataluccio. Prowadzi on czytelnika za rękę przez wieki, jakby stali razem w Czarnobylu, cofali się w czasie i obserwowali te ziemie w różnych epokach. Można śmiało powiedzieć, że są to lądy dotąd przez przeciętnego człowieka nie odkryte. Okazuje się bowiem, że od najdawniejszych czasów źle się działo w państwie ukraińskim. Czarnobyl przechodzący z rąk jednego możnowładcy do drugiego, polska kolonizacja, spory szlachecko-chłopskie, a w tle najwięksi potępieńcy Europy – Żydzi, a także Polacy i Ukraińcy. Toczące się gry polityczne, wojny kozacko-polskie, zdrady oraz walki w wyznaniowym tyglu (prawosławie, judaizm, katolicyzm) pochłonęły setki tysięcy ofiar. Na uznanie zasługuje też fakt, że Cataluccio naprawdę dużo wie na ten temat. Nie są to puste, wyczytane w podręcznikach, jałowe uwagi. Wymienia nazwiska, daty, a w rozdziale poświęconym rabinom znad Dniepru mamy do czynienia z miniaturowymi notkami biograficznymi członków całych rodów. Dowiadujemy się o ich objawieniach, umiejętnościach, poglądach, romansach, tajemniczych śmierciach i wszechobecnym w tamtym czasie kulcie. Cataluccio posługuje się licznymi dokumentami, do których odwołania umieszcza w przypisach, a dzięki trafnie dobranym cytatom uwagi autora możemy od razu skonfrontować z postawami ludzi tamtych czasów. Esej „Czarnobyl” wprowadza również w tajniki judaizmu, jego odmian, drogi powstania chasydyzmu, a nawet wyjaśnia, dlaczego pod koniec XIX wieku młodzi Żydzi tak bardzo chcieli uniknąć służby wojskowej.

Zgrabne przejście do XX wieku przybliża nas do obszarów, które już nie są tak całkiem nieznane. Działania komunistów, walki o władzę, rewolucja z 1905 roku, Lenin, Rewolucja Październikowa, I wojna światowa, II wojna światowa, stalinizm… współczesny człowiek ma pojęcie, z czym kojarzyć te nazwy. Jednak nikt nie łączył ich nigdy z Czarnobylem, który rok 1986 tak brutalnie zamknął w szufladzie z napisem „hekatomba”. Cataluccio nadal nie odrywa stóp od czarnobylskiej ziemi, opisuje walki Czerwonych, Białych i Ukraińców, które nie toczyły się w Moskwie, Petersburgu (o tych można przeczytać w dowolnym podręczniku do historii w szkole średniej), a właśnie w okolicach nieistniejącej jeszcze wówczas elektrowni. Brutalne walki, okrucieństwo i masowe mordy po raz kolejny przewaliły się przez ten teren, pochłaniając dziesiątki tysięcy istnień. Ostatecznie Czarnobyl został wcielony do Ukraińskiej Socjalistycznej Republiki Radzieckiej. Był to początek końca… Wraz z rządami komunistów nastały nowatorskie plany pięcioletnie i zamiar skolektywizowania rolnictwa. Doprowadziło to do zakrojonego na szeroką skalę głodu. Brak żywności, który doprowadzał do pomoru ludzkości i kanibalizmu, zwany hołodomorem (hołomodor - „zmorzyć głodem”) został w 2008 roku uznany za zbrodnię ludobójstwa, za którą odpowiedzialność ponoszą ówczesne władze ZSRR.

Cataluccio zwraca uwagę na fakt, że niemożliwością jest, by jakakolwiek ludzka jednostka była odpowiedzialna za tak masowe zniszczenie. Pewna Ukrainka podsuwa pomysł, że za tym wszystkim stoi diabeł, czernoboh („czarny bóg”) (cóż za makabryczne podobieństwo z nazwą „Czarnobyl”!). Prowadzi to do refleksji nad obecnością diabła w naszym świecie. Autor rozmyśla nad symfonią „Noc na Łysej Górze” Modesta Pietrowicza Musorgskiego, dając tym samym świadectwo swojej rozległej wiedzy na temat muzyki. Należy więc się zastanowić, czy ustrój dziesiątkujący ludzkość był igraszką diabła? Czy to możliwe, że z rozkazu człowieka oba totalitaryzmy (niemiecki i rosyjski) w tym samym czasie zaczęły wcielać w życie swe diaboliczne plany?

Zbliżając się ku końcowi, eseista powraca do sprawy wybuchu reaktora nr 4. Jakież może być zdziwienie na widok tak fachowych zwrotów, jak: „dodatni współczynnik reaktywności przestrzeni parowych”. Czyżby fizyka jądrowa była kolejnym konikiem Francesca Cataluccia?

Ostatnie rozdziały eseju mają bardzo niepokojący wydźwięk. Czy biorąc pod uwagę mroczny dorobek ziem czarnobylskich, które pochłonęły miliony ciał i hektolitry krwi oraz łez, na których setki tysięcy dusz zatraciło ludzkie odruchy, wybuch jądrowy był najlepszym, co mogło się zdarzyć? Może śmiercionośny gen przekazywany potomstwu wypalił winy przodków? Wielu ludzi widzi w tej katastrofie zapowiedzianą w Biblii Apokalipsę. A może nie tędy droga? Jeśli diabeł, wywołując katastrofę w Czarnobylu, wymazuje wcześniejszą historię tego miejsca, sprawia, że zapominamy o winach Rosjan, Polaków, Kozaków

i Ukraińców, to może jest to Mefistofeles? Może to ten, „co wiecznie zła pragnąc, wiecznie czyni dobro”? I dlaczego obecnie dajemy się wciągnąć w szatańskie gierki, odwiedzamy swoisty radioaktywny Disneyland, gdzie stoi – nomen omen – diabelski młyn?

Dzieło Cataluccia to znakomity esej ukazujący nie tylko kunszt pisarski autora, jego rozległą wiedzę i interesujący punkt widzenia, ale też – a może przede wszystkim – odczarowujący zasypany radioaktywnym pyłem Czarnobyl.
Francesco M. Cataluccio: „Czarnobyl”. Wydawnictwo Czarne. Wołowiec 2013 [seria: Sulina].