Wydanie bieżące

15 czerwca 12 (228) / 2013

Robert Ostaszewski,

BEZDROŻE W PÓŁ DROGI

A A A
Felieton
Nie raz i nie dwa razy zastanawiałem się, dlaczego poeci – nawet ci świetnie zadomowieniu w poetyckim państewku, obrośli w kolejne tomiki i nagrody, dopieszczeni uznaniem czytelników i krytyków – decydują się przejść na prozatorską stronę mocy. Czy poszukują kolejnych wyzwań? Chcą zmierzyć się z nową formą literackiej ekspresji? A może – zwyczajnie – nagle zdają sobie sprawę, że na rynku książki półka z konfiturami znajduje się w zupełnie innym miejscu, niż im się początkowo wydawało (co zważywszy na kwoty nagród dla poetów, nie jest wcale takie oczywiste)? Trudno mi orzec jednoznacznie… A właściwie, czemu akurat ta kwestia mnie zajmuje, skoro z temperamentu, zamiłowania i wyboru jestem przecież panem od prozy?

Wielu poetów próbuje łączyć pisanie poezji i prozy, jednak spośród nich jedynie mała część zasłużyła sobie na uznanie za teksty prozatorskie. Kto należy do tych szczęśliwców? Na pewno Marcin Świetlicki, którego trylogia kryminałów-nie-kryminałów Dwanaście, Trzynaście, Jedenaście (podobnie jak dwie inne powieści, których jest współautorem) cieszy się nie mniejszym zainteresowaniem niż kolejne tomy wierszy. Bez wątpienia równie dobre jak wiersze Adama Wiedemanna są pisane przez niego opowiadania, szczególnie te z tomów Wszędobylstwo porządku i Sęk pies brew. Takiej powieści jak Ziemia Nod mógłby pozazdrościć Radosławowi Kobierskiemu każdy pełnoetatowy powieściopisarz. A całkiem niedawno jako autorka frapującej prozy objawiła się Julia Fiedorczuk (Poranek Marii i inne opowiadania, Biała Ofelia). Jednak – jak mi się zdaję – w przeważającej większości przypadków prozatorskie próby poetów rozczarowują, mniej lub bardziej, naznaczone są skazą, brakiem. Co sprawia, że poeta, wchodząc w skórę prozaika, nie do końca dobrze się w niej czuje? Co go uwiera? Co nie pozwala mu osiągnąć takiej maestrii, jaką bez trudu uzyskuje w wierszach? Nad tym właśnie ostatnio się zastanawiam, choć nie spędza mi to, mówiąc szczerze, snu z powiek (i nie, zaznaczę od razu, uprzedzając ewentualne pytanie, nie zamierzam dla odmiany brać się za pisanie poezyj).

Głównym problem jest – jak mi się wydaje – to, że niektórzy poeci, zaczynając pisać prozę, nie chcą przestać być poetami, nie próbują albo zwyczajnie nie potrafią zmienić swojego sposobu myślenia o tekstotwórczej aktywności, nie starają się wychylić ku byciu prozaikiem, nie podejmują trudu zmiany, wypracowanych wcześniej, pisarskich strategii. Inaczej rzecz ujmując, zatrzymują się w pół drogi do prozy, błąkając się po bezdrożach prozy poetyckiej (powiem wprost: nie jest to moja ulubiona forma). Efekt jest taki, że zamiast solidnych opowiadań czy powieści tworzą rozpisane na dziesiątki stron wiersze. A przecież proza wymaga innych pomysłów, innej dynamiki tekstu niźli poezja. A przede wszystkim – prozie potrzebna jest opowieść, choćby nawet niespójna, fragmentaryczna, pozbawiona wyrazistego domknięcia, ale jednak opowieść. Nie idzie mi wcale o to, aby były to od razu książki o szerokim zakroju Dukajowego Lodu, nic z tych rzeczy. Jednak trudno jest utrzymać zainteresowanie czytelnika prozy przez wiele stron, jeśli bazuje się jedynie na językowej wirtuozerii, dbałości o spójność metafor i płynne przechodzenie wieloznacznych obrazów i wizji.

Właśnie, wieloznaczność… Czy może należałoby napisać: ponad miarę rozbuchana wieloznaczność. Wielu poetów, biorących się za pisanie prozy, ma skłonność do tworzenia bohaterów, fabuł i scen niejasnych, niedookreślonych; przesycania tekstu opatrznie pojmowaną tajemniczością. Sama w sobie sensownie zaprojektowana wieloznaczność nie jest niczym złym, co więcej, może dać wiele przyjemności tekstu. Musi jednak – jestem o tym przekonany – opierać się na wbudowanych w fabułę wyrazistych punktach stałych, konkretach, bo inaczej osunie się w irytująca dowolność, a przyjemność tekstu stanie się jedynie pustą igraszką.

I tak właśnie jest w przypadku debiutanckiej powieści Magdaleny Bielskiej o nieco pretensjonalnym tytule Miłość w zimie (Świat Książki, Warszawa 2013). Już określenie, choćby z grubsza, o czym jest ta książką, nastręcza sporych trudności. Otóż kobieta, zwana po prostu babcią, po tym jak jej mąż trafia do domu opieki, wyjeżdża z wnuczką Rundą do Aronpei. I to właściwie tyle, jeśli idzie o konkrety – choć i to chyba za dużo powiedziane, skoro obie postaci są mocno niedookreślone, na przykład nie wiadomo nawet, czy Runda jest dzieckiem czy kobietą (jedyny pewnik – mam włosy „białe jak u albinosa”), ich status ontologiczny jest mocno niejasny, być może nie żyją, a Aronpei stanowi coś w rodzaju zaświatów, albo swoistej przestrzeni „pomiędzy” (życiem a śmiercią, realnym a wyobrażonym…). Bohaterki spotykają mniej lub bardziej odjechane postaci i stwory, takie chociażby jak wiecznie naćpany bóg (tak właśnie, pisany z małej litery), żarłoczne diwy (tu już każdy czytelnik może sobie wymyślać, jak mu się tylko podoba, co to takiego) czy przedpotopowy pies, dążą do czegoś albo i nawet nie dążą, tak jak Runda, która chce się znaleźć na własnej planecie, choć co to za miejsce i dlaczego bohaterka chce się tam znaleźć, nie za bardzo wiadomo, a z drugiej strony chce przecież zostać nielegalnym przewoźnikiem między światami/miejscami… Ktoś może powiedzieć, że autorka Miłości w zimie po prostu pozwala swobodnie przepływać obrazom, wizjom, skojarzeniom – i że jest to dobre i wyrafinowane. Ja zaś powiem, iż płyną one donikąd – i że jest to chaotyczne w swoim „wszystko się może zdarzyć” i zwyczajnie nudne.

Zdaję sobie sprawę, że być może popełniam nadużycie, odczytując Miłość w zimie jak prozę, skoro na dobrą sprawę jest to raczej obszerny wiersz czy poemat prozą. Cenię sobie w literaturze formy przełamane czy splątane, ale nie w każdym przypadku one się sprawdzają. W książce Bielskiej znalazłem wiele efektownych zdań i pomysłów, jednak jako całość ten tekst nie broni się ani trochę. No chyba, że ktoś lubi lektury męczące…