Wydanie bieżące

15 czerwca 12 (228) / 2013

Michał Paweł Urbaniak,

PIEKŁO W RAJU

A A A
Gdy Maciej Wasielewski, podając się za antropologa, dostał się na podlegającą Wielkiej Brytanii niewielką wyspę Pitcairn na Oceanie Spokojnym (tę samą, którą w XVIII wieku zasiedlili buntownicy z okrętu Bounty), usłyszał od Donny, byłej pani burmistrz: „Ziemię dostajesz za darmo, a cała społeczność pomaga ci wybudować dom. (…) Każdy pracuje za dwóch, obowiązkami dzielimy się sprawiedliwie. Kobiety pielęgnują ogrody, odmalowują budynki i oczyszczają drogi, które budują mężczyźni. (…) Nie każdy może żyć w naszej komunie. Kierujemy się klarownymi zasadami: ducha hartujemy przez pracę, ciału oddajemy szacunek. Nie używamy alkoholu ani mocnej kawy. Wyzbyliśmy się namiętności”. Donna przedstawia wyspę niemal jako spełnioną utopię – ale przecież w każdej utopii kryje się coś, co zazwyczaj (znamy to choćby z literatury) czyni z niej własne przeciwieństwo. Owiana romantyczną legendą wyspa, która pierwszy rzut oka wygląda na raj, szybko okazuje się piekłem. I właśnie to piekło Maciej Wasielewski poznaje i opisuje w swoim najnowszym reportażu „Jutro przypłynie królowa”. 

Zadanie miał niełatwe. Mieszkańcy wyspy niejednokrotnie grozili dziennikarzom (goszcząca Wasielewskiego Donna oświadczyła: „Gdybyś był dziennikarzem, zabiłabym cię”). Mimo wszystko drążył, natrafiając na mur milczenia – jednak jest to milczenie, które przekazuje więcej niż słowa. Wasielewski musiał obiecać swoim wystraszonym i niechętnym rozmówcom anonimowość, aby cokolwiek z nich wydobyć. Zmienił imiona i szczegóły, a część mieszkańców ukrył za figurą Wyspiarki i Wyspiarza. Przerażające fakty, które wyłoniły się z kolejnych opowieści i dokumentów, porażają, wstrząsają. Cóż, długo dałoby się pisać o warsztacie Wasielewskiego (bo niewątpliwie również dzięki sprawnemu pióru powstał rewelacyjny, zapadający w pamięć reportaż), ale wydaje się, że gratulacje należą się współautorowi 81:1. Opowieści z Wysp Owczych przede wszystkim za odwagę – bo historia przedstawiona w „Jutro przypłynie królowa” niejako broni się sama. 

Wyspa Pitcairn jawi się jako miejsce absurdów. Mieszkańcy utrzymują, że nikomu niczego nie brakuje – drzewa uginają się pod ciężarem mandarynek, statki parę razy do roku dostarczają potrzebne produkty, panuje powszechna zgoda, żyje się wedle od dawna ustalonych zasad. Tyle że wszystko – jak już wspomniałem – ma drugą stronę. Raj przypomina więzienie bez wyjścia (nieprzypadkowo mieszkańcy nazywają czterokilometrową drogę oplatającą wyspę spacerniakiem), a pozostawanie we wspólnocie staje się brzemieniem. Nie ma mowy o harmonii („Pitcairneńczycy są jak wielopokoleniowa rodzina zmuszona żyć w przyciasnym mieszkaniu – knują i zwalczają się po cichu”). Ludzie na wyspie dzielą się na gloryfikowanych „swoich” i powszechnie pogardzanych Obcych (na tę grupę składają się przyjezdni, Przechrzty – czyli ludzie spoza wyspy, który przez małżeństwo związali się z Pitcairneńczykami – oraz wykluczeni Judasze, którzy zdradzili społeczność i jej prawa). Niektórzy przyjeżdżają w celach turystycznych, zafascynowani historią buntowników z Bounty (a ci – wedle zachowanych źródeł – byli psychopatami ze skłonnością do autodestrukcji), a jeśli wierzyć mieszkańcom, tysiące ludzi chciałoby znaleźć dom na Pitcairn (dlatego wciąż napływają życiorysy i listy motywacyjne). Jednak są też mieszkańcy, którzy porzucają wyspę bądź poprzestają na marzeniach o ucieczce (bo czy tę komunę da się w ogóle opuścić? Mówiąc ściślej, czy można wymazać z pamięci traumatyczną przeszłość?). Wyrazistym kontrapunktem dla wypowiedzi Donny z początku niniejszego szkicu będą słowa jednej z anonimowych Wyspiarek, które wydają się bliższe faktycznego stanu rzeczy: „Na Pitcairn ściany mają uszy, każdy wszystko wie. Kto z kim rozmawia, przeciw komu. Gdzie śpi, kto kradnie, z czyich gałęzi zrywa owoce i czy to już jest materiał na szantaż. Giełda intryg i niedomówień. Każdy szuka czegoś na każdego. Na przyszłość, na handel, w obronie własnej. Dlatego żyjemy w nieustannym napięciu, w czujności, by obronić się przed intrygą. Ktoś może zagrozić, jutro, za rok, za pięć lat”.

Bodaj najbardziej szokującym, a na pewno ważnym elementem w historii i kulturze Pitcairn jest seks, raczej niezwiązany z miłością, czysto zwierzęcy (nie bez przyczyny jedna z dawnych mieszkanek Pitcairn określa te kwestie mianem polowania na gekona), najlepiej obrazujący prawo dżungli panujące w wyspiarskiej komunie (silniejszy mężczyzna może gwałcić całkiem słabą kobietę). Wasielewski kładzie duży nacisk na ten aspekt – a zwłaszcza na przyzwolenie na gwałt, którego ofiarami przez dziesięciolecia padały dorastające lub całkiem małe mieszkanki Pitcairn. Co przeraża najbardziej, ta forma współżycia seksualnego stała się bezmyślnym, powszechnie akceptowanym w społeczności (choć naturalnie niosącym za sobą ofiary) sposobem na zabicie czasu („Gwałt był częścią dnia. Jak jedzenie. Byłeś głodny, zrywałeś mandarynkę. Naturalna czynność”). Matki, same dawniej gwałcone, nakazywały córkom uległość względem oprawców – i w ten sposób wyrastały kolejne pokolenia okaleczonych psychicznie kobiet zdegradowanych do roli obiektów seksualnych („Widzieli w nas tylko pochwy i piersi” – wyzna jedna z bohaterek reportażu) i mężczyzn, którym przyzwalano na bezkarną przemoc. Jedna z rozmówczyń Wasielewskiego opisuje mechanizm funkcjonujący we wszystkich rodzinach: „Kiedy dziewczynka dorastała do jedenastu-dwunastu lat, matka zaczynała się oddalać. (…) Stawała się szorstka, raczej urywała rozmowy o uczuciach. Jakby przygotowywała córkę na to, co niebawem miało nastąpić”. Nic dziwnego, że proces, który po latach upokorzeń ofiary wytoczyły swoim oprawcom (czyli tzw. Chłopcom, dzierżącym nieformalnie władzę na Pitcairn), stał się zamachem na społeczność i jej prawa. Dochodzenie sprawiedliwości szybko przeobraziło się w farsę. Mieszkańcy bronili oskarżonych, protestowali przeciwko ingerencji zewnętrznego świata w ustalony porządek, ojcowie wyrzekali się skrzywdzonych córek, a niektóre z zastraszonych kobiet pod groźbą ostracyzmu społecznego w końcu wycofały zarzuty. Kuriozalne okazały też niskie wyroki, podyktowane niejako dobrem wyspy – wszak bez Chłopców (podejmujących decyzje, dozorujących prace, pełniących istotne funkcje), Pitcairn nie miałaby racji bytu. Ostatecznie to sami skazani zbudowali sobie na wyspie luksusowe więzienie, a ofiary nie zostały pomszczone.

Interesującym zabiegiem w reportażu jest wprowadzenie postaci ukrywającej się pod pseudonimem Veronika – dawnej mieszkanki wyspy, ofiary gwałtu, która uciekła i próbuje żyć normalnie. To ona staje się w książce Wasielewskiego głosem wszystkich skrzywdzonych kobiet z Pitcairn (te przeważnie milczą na temat gwałtów w poczuciu bezsilności i przekonaniu, że nie należy się sprzeciwiać prawom komuny, aby jej przypadkiem nie naruszyć). W swoich zwierzeniach – chyba nie do końca świadomie – przejmująco opisuje tzw. syndrom sztokholmski, który, jak można przypuszczać, dotyczył wielu mieszkanek Pitcairn: „Kiedy czułam się zagrożona, nie docierały do mnie informacje z zewnątrz. Żyłam w przekonaniu, że od niego zależę. Mówił, że nikt mi nie pomoże. Z czasem zaczęłam widzieć jego dobre cechy: mógł być bardziej brutalny, a nie był. Mógł pobić, a tylko wykorzystał. Zapomniałam, że to wszystko przez niego. Zwłaszcza, kiedy był miły, kiedy pomagał dźwigać drewno albo naprawił rower. Byłam zachwycona, kiedy okazywał ludzkie oblicze. (…) W pierwszej chwili, gdy sprawą zajęli się Brytyjczycy, chciałam go bronić”. Choć Veronica dawno porzuciła rodzinną wyspę, doznane tam cierpienia kładą się cieniem na jej dalszym życiu – ma problemy z budowaniem relacji międzyludzkich (wciąż oscyluje między lękiem przed bliskością a dojmującą potrzebą owej bliskości), dokonuje częstych aktów autoagresji, wpada w stany depresyjne i przede wszystkim ucieka w pracę, aby nie myśleć o przeszłości. Ucieczka z Pitcairn nie oznacza końca koszmaru – ogromu krzywd, lęków i frustracji nie da się tak łatwo odrzucić.

W tym wszystkim znaczący w swojej ironii zdaje się tytuł reportażu Wasielewskiego (jedna z mieszkanek wspomina, jak matka motywowała ją do pracy na wyspie, kłamiąc, że jutro z pomocą przypłynie do swoich poddanych królowa). Brytyjskie władze – przez niektórych Pitcairneńczyków znienawidzone, przez niektórych (Judaszy) wyczekiwane z nadzieją – obiecały lepsze jutro dla mieszkańców wyspy, życie w poczuciu bezpieczeństwa. Na obietnicach i pustych sloganach o nowym, lepszych świecie się skończyło. Brytyjscy politycy zostawili mieszkańców samym sobie. Królowa nie przypłynie na ratunek, a kolejne pokolenia gwałconych kobiet będą cierpieć.

I na tym można by zakończyć niniejszy szkic. Maciej Wasielewski opisał zdarzenia rozgrywające się na odległej egzotycznej wyspie – dość szokujące, ale w gruncie rzeczy niedotyczące nas samych. Oczywiście dałoby się odczytać ów reportaż w taki sposób – a jednak wydaje się to odczytanie niepełne. Bo pozycja ta nie tylko traktuje o konkretnym miejscu na świecie, ale również przedstawia ogólne mechanizmy, które sprawiają, że zwyczajny człowiek przekracza granicę zła, każdorazowo kierując się własnym bezpieczeństwem lub presją otoczenia. Jak to trafnie ujmuje jeden z byłych mieszkańców Pitcairn, wspominając twarde reguły rządzące społecznością: „Okazuje się, że to jedyne zasady, jakie dają poczucie bezpieczeństwa. Nie uchwycisz momentu, kiedy bierzesz je za swoje. (…) Człowiek chce się przede wszystkim przystosować. Ochronić”. W tym kontekście „Jutro przypłynie królowa” to książka o poświęceniu własnego człowieczeństwa dla ochrony samego siebie. Czasem nie ma się innego wyjścia. Tylko co zostaje – zdaje się pytać Wasielewski – jeśli to człowieczeństwo się poświęci? Z odpowiedzią na to pytanie czytelnik musi poradzić sobie sam.
Maciej Wasielewski: „Jutro przypłynie królowa”. Wydawnictwo Czarne. Wołowiec 2013 [seria: Reportaż].