Wydanie bieżące

15 czerwca 12 (228) / 2013

Kamila Czaja,

WIZJA NIE PRZECZY RÓWNANIU

A A A
Długi drugi list

Jednym z najlepszych tekstów w „Źle urodzonych” Filipa Springera jest „List do Oskara Hansena”, w którym wyczuć można większe niż w pozostałych rozdziałach zaangażowanie emocjonalne młodego reportera. Nie dziwi więc, że tym razem Springer podejmuje się zadania rekonstrukcji życia i idei Hansenów w książce „Zaczyn. O Zofii i Oskarze Hansenach”. Sam autor przyznaje w posłowiu: „Kończąc pisać [książkę „Źle urodzone” – K.Cz.], wiedziałem, że jeśli o kimś z moich bohaterów chciałbym się dowiedzieć więcej, to tym kimś z pewnością są Hansenowie” (s. 258). Z poprzednimi książkami Springera – „Miedzianką. Historią znikania” (2011) i „Źle urodzonymi” (2012) – nowy reportaż łączy przede wszystkim podstawowa idea: przypominanie. W tekście o miasteczku, które zniknęło, autor przywracał je społecznej pamięci, a w szkicach o niechętnie wspominanych budynkach z PRL-u odtwarzał okoliczności ich powstawania i sylwetki ludzi, którzy pracy nad tymi konstrukcjami poświęcili życie.

Tym razem Springer przywołuje z niebytu do powszechnej świadomości dwoje nieżyjących już architektów (Oskar zmarł w 2005, Zofia w styczniu 2013 roku). Chociaż Hansen, jak twierdzi Jan Stanisław Wojciechowski, „tak silnie wpłynął na kilka generacji artystów, że dziś o wiele łatwiej zrozumieć sztukę współczesną, jeśli najpierw zrozumie się samego Hansena” (s. 216), to o wizjonerze Formy Otwartej i Linearnego Systemu Ciągłego nie uczy się nawet adeptów zawodu („Przez cały 2012 rok pytałem polskich architektów o to, czy w czasie studiów na politechnikach ktoś wspominał im o Hansenach. Udało mi się przepytać dwieście dziesięć osób w różnym wieku, z całej Polski. Tylko siedem odpowiedziało twierdząco. Większość słyszała to nazwisko po raz pierwszy, ode mnie”, s. 235). Czemu o Hansenach nie chciało się pamiętać?

Utopiona utopia, zamknięta Forma Otwarta

W teorii wszystko jest piękne – jak to zwykle bywa z utopiami. Nacisk na przekształcalność, przygodę z przestrzenią, wolność jednostki. W praktyce wszystko jest nie tak, jak miało być. Ryszard Piotrowski uważa, że Hansen „był jak dziecko, które myśli, że jeśli chce dobrze, to wszyscy przecież będą szczęśliwi” (s. 105). Niestety – nie są.  Z kolei Grzegorz Kowalski stwierdza: „Tamta idea była słuszna, ale przekucie jej na projekt musiało zakończyć się katastrofą” (s. 151). Zofia Hansen, na pytanie, czy nie żałowali z mężem decyzji o realizacji projektu osiedla Przyczółek Grochowski, mówi: „Oskar nie, bo on był twardy i nie zmieniał zdania, ale ja się szalenie denerwowałam, nie spałam po nocach, ilu my ludzi tam unieszczęśliwiliśmy! Katastrofa” (s. 9).

Katastrofa utopii spełnionej, którą można by nazwać „utopią utopioną” (parafrazując słowa „utopię waszą utopię” z piosenki „Hydropiekłowstąpienie” zespołu Lao Che), ma kilka twarzy. Jedną z nich jest właśnie Przyczółek Grochowski. To tam mieszkanie wynajmuje Springer (Zofia Hansen: „Pan tam mieszka? Naprawdę? Straszny pomysł. Bardzo panu współczuję”, s. 108). Kradzieże, wandalizm, niemożność znalezienia własnego mieszkania w gąszczu podobnych korytarzy, cienkie ściany, maleńkie metraże i ciekawscy sąsiedzi zaglądający przez okna galerii biegnących wzdłuż okien. Springer sugestywnie wymienia prozaiczne problemy, ale sięga także – podobnie jak w „Miedziance” – po przykłady ostateczne. Przytacza na przykład wypowiedź jednego z mieszkańców: „Tu się nawet nie da umrzeć z godnością [...] bo nie ma jak z mieszkania trumny wynieść. Czekają z nią na dole. Grabarz zawija trupa w prześcieradło i przerzuca sobie przez ramię” (s. 9). Wspomina też o samotnym drzewie, które według miejscowych zostało na osiedlu „tylko po to, żeby było się gdzie powiesić” (s. 140).

Inna budząca negatywne emocje realizacja projektu Hansenów to osiedle Juliusza Słowackiego w Lublinie. Springer opisuje je w duchu eschatologicznym: „Bo raj to może i jest, ale nie tu. [...] Oto jest raj. Oficjalna nazwa: osiedle im. Adama Mickiewicza, ale niektórzy wolą mówić po prostu Słoneczne Wzgórza. [...] Nowe osiedle LSM będzie nosiło imię Juliusza Słowackiego. Żadnego idyllicznego przydomka się jednak nie doczeka. Tylko niektórzy będą spoglądać stąd w stronę raju i mówić, że tutaj jest co najwyżej czyściec, i to bez kościoła” (s. 118-119). To w opisie targowiska na lubelskim osiedlu widać najwyraźniej, co się dzieje, gdy architekt uwierzy, że ludzie gotowi są na jego utopię: „Kilometry sznurka, hektary folii, taśma klejąca, dykta, blacha, drut, tektura, papier, plastik. Woda z dołu i woda z góry, bo to wszystko nieszczelne, dziurawe i byle jakie. Przy każdym większym wietrze folia rwie się, a jej strzępy roznosi po osiedlu wiatr. [...] Oto jest życie, spontaniczna działalność człowieka w przestrzeni oddanej mu przez architekta we władanie” – opisuje Springer. I pyta ponuro: „O to chodziło?” (s. 134).

Problemy z przekonaniem ludzi do Hansenowskich pomysłów wynikają jednak nie tylko ze zderzenia teorii z niedoskonałością realizacji. Zarzuca się Hansenowi usztywnienie poglądów i podporządkowanie wszystkiego Formie Otwartej, a przez to – wbrew jej nazwie – zamknięcie się w pewnych ramach. „Życie jest zbyt krótkie, aby marnować je na sprawy, które nie wspierają naszych idei” (s. 231) – pisze Hansen, a jego uczeń Emil Cieślar przyznaje: „Zacząłem zauważać, że ta filozofia Hansena to pod wieloma względami zamknięta doktryna, coś bardzo sztywnego, wręcz formalnego” (s. 210). Hansen nie zabiegał też o jednanie sobie ludzi. Kiedy członkowie Rady Wydziału warszawskiej ASP domagali się odwołania go z funkcji dziekana, w odpowiedzi napisał między innymi: „Dla wyjaśnienia podaję, że zasadą mojej pracy jako Dziekana jest realizowanie decyzji Rady Wydziału na drodze wymagań spełniania obowiązków przez jej członków, a nie zastąpienie tego obowiązku wzajemnym poklepywaniem się” (s. 190). Ponadto architekt nie przykładał wagi to tego, by swoje koncepcje przedstawiać w sposób przystępny. Na hermetyzm pewnych poglądów oraz zakrawającą o arogancję niechęć do upraszczania sprawy zwraca uwagę syn architekta, Igor Hansen: „Tłumaczyłem ojcu, że bez kilku zdań opisu ludzie nie zrozumieją jego intencji [...] Powiedział mi, że jak ktoś nie rozumie, to nie zasługuje, by to w ogóle oglądać” (s. 204).

Apologia wizji (i równania)

Springer nie udaje, że realizacje odpowiadają wyobrażeniom. Nie ukrywa też, że pewne cechy samego architekta mogły zniechęcać do niego i jego pomysłów. A jednak „Zaczyn” to nie tylko próba przypomnienia ludzi, zdarzeń i budowli, ale też w bardzo dużej mierze apologia Oskara Hansena i próba rehabilitacji pewnej utopii. Reporter stawia się w pozycji pełnego wątpliwości, ale jednak wyznawcy Formy Otwartej. O Przyczółku Grochowskim pisze, że wprawdzie trzeba się tam do wielu rzeczy przyzwyczaić, ale litanię kończy: „Że jak kogoś już tu przyprowadzę, to muszę tłumaczyć, że to osiedle naprawdę jest wyjątkowe. Że mało kto mi wierzy” (s. 60). Springer przekonuje, że warto uwierzyć w takie wizje przestrzenne, a ich dotychczasowa zła sława wynika często z czynników, za które Hansenów winić nie można.

Czasem przyczyny niepowodzenia wiążą się z systemem. Przed budową osiedla na Rakowcu przeprowadzono liczne konsultacje z przyszłymi mieszkańcami. Na podstawie tych rozmów „powstają moduły zakładające różne rodzinne konfiguracje. Są wśród nich mieszkania dla osób starszych, rodzin z dziećmi, bezdzietnych małżeństw. Jest nawet moduł zaprojektowany dla potrzeb wychowującego małe dziecko wdowca mieszkającego z teściową” (s. 98). Co z tego, skoro mieszkania przydzielane są zupełnie przypadkowo i ludziom trafia się nie ten lokal, który dla nich zaplanowano? Z kolei w przypadku Przyczółka Grochowskiego budowlańcy stawiają osiedle inaczej niż w projekcie: „To dlatego galerie, które miały mieć trzy metry szerokości, mają dwa. Miały być odsunięte od bloków i wisieć tak, by nie dało się z nich zaglądać do okien. Wiszą na tej samej ścianie” (s. 141).

Przede wszystkim jednak Springer usprawiedliwia Hansenów… dobrymi chęciami. Młody reporter przeciwstawia się powiedzeniu, że to piekło jest nimi wybrukowane. Podkreśla swoją opowieścią, że nie tylko namacalne efekty się liczą, bo cenna jest już fantastyczna (zarówno w znaczeniu świetności, jak i utopijności) wizja. A to, że społeczeństwo nie jest na nią gotowe, to wina społeczeństwa, a nie samych wizjonerów. Hansen pisze: „Celem twórcy, który formuje przestrzeń, jest formowanie – może to wzniośle zabrzmi – zarówno duszy, jak i ciała człowieka” (s. 149). Z książki Springera wynika, że architekt przeliczył się w ocenie tego, na ile człowiek w Polsce już jest ukształtowany. A nie da się w przypadku projektów Hansena startować od zera. Reporter zderza krajowe reakcje na Formę Otwartą z jej odbiorem w Norwegii, gdzie co roku odbywa się poświecone Hansenowi sympozjum w Bergen. Chociaż i tam słychać głosy, że szkoła, która organizuje wydarzenie, to wsteczna „zamrażarka idei Hansena” (s. 253), to widać wpływ tych idei na przestrzeń. Jednak z rozmów reportera z tamtejszymi architektami wynika, że zupełnie inne niż w Polsce – otwarte, nastawione na pomoc sąsiadom, uczciwe, pomysłowe – jest w Norwegii już samo społeczeństwo.

Mieszkańcy Przyczółka Grochowskiego sami przyznają, że „osiedle zaprojektowali ludzie, którzy najprawdopodobniej nie zakładali istnienia zła” (s. 10). Czy można traktować wiarę w człowieka jako zarzut? Joanna Matkowska twierdzi: „Hansenowie wychodzili z założenia, że ludzie są dobrzy, mądrzy, chcą się rozwijać i troszczyć o siebie nawzajem. Budowali na tym fundamencie. Zwłaszcza Oskar wierzył, że nie ma granic, że wszystko jest możliwe, wystarczy o tym tylko pomyśleć” (s. 201). Springer wyraźnie podziwia Hansenów za ich wiarę w ludzi i próbuje wskrzesić pamięć o pomyśle, o którym Ryszard Piotrowski mówi: „Jakby świat był idealny, to jego koncepcje by się idealnie w nim sprawdziły” (s. 201). Reporter sceptycznie podchodzi wszakże do niektórych pomysłów. O niezrealizowanym projekcie przestrzeni wypoczynkowej dla robotników pisze: „Wyobrażam sobie te akwaria w Chocianowie i dokarmiających rybki pracowników tamtejszej odlewni żelaza. Albo spawacza, który po kilku godzinach pracy siada do skrzypiec, by razem z wózkową oraz magazynierem ćwiczyć coś Vivaldiego czy Mozarta. Myślę o mechanikach z Pruszkowa, którzy zamiast zjeść śniadanie i wypalić papierosa, wolą sobie stanąć przed aparatem, by za pomocą prostej kompozycji plastycznej oddać swój nastrój. Kim musieliby być ci ludzie?” (s. 200). Najczęściej jednak Springer nie ukrywa nawet, że chce pokazać Hansenów w dobrym świetle. Jawnie broni, tłumaczy swoich bohaterów, przy równoczesnym ukazywaniu, jak często ich odrzucenie wynika z ignorancji. Przytacza na przykład szokującą rozmowę z emerytowanym profesorem ASP, który upiera się, że Hansen „chciał tworzyć dla bezimiennej masy! Sztuka jak z fabrycznej taśmy!”. A poproszony o dowody z tekstów, krzyczy: „Ja nic Hansena nie czytałem, bo mnie to nie interesowało! A słuchać się go nie dało! Koniec rozmowy!” (s. 196).

 Na skutek niezrozumienia idei Hansenów utrwalił się ich wizerunek jako twórców podporządkowanych systemowi i zwolenników uniformizacji. Wynika to być może z niedostrzegania drzemiących w tych ideach kontrastów, umiejętnie wydobytych w „Zaczynie” przez Springera. Można wykorzystać słynną formułę Jerzego Kwiatkowskiego „wizja przeciw równaniu”, by przyjrzeć się Hansenom i dostrzec, że godzą oni jedno i drugie. Ich utopijna wizja buja trochę w obłokach, ale ma mocne podstawy logiczne. Uczniowie architekta wspominają: „Zajęcia u Hansena od początku dzielą studentów na tych, którzy stają się ich (i jego) gorącymi wielbicielami, i takich, którzy traktują je jak zło konieczne. To, co proponuje, jest zaprzeczeniem stereotypu sztuki, jaki przyciąga ludzi na Akademię. Zamiast romantycznych porywów – zbiory danych i ich analiza. Zamiast natchnienia – konsekwentne realizowanie programu” (s. 180). Wszystko w tych koncepcjach jest przemyślane, poparte doskonałą znajomością „rzemiosła”. To wizja i równanie – w jednym.

 Warto się też przyjrzeć innemu „równaniu” – równaniu ludzi, które tak często się Hansenom zarzuca. Springer przyznaje: „Hansenów pociąga idea równości wypisana na tych czerwonych sztandarach. Odpycha ich konsumpcjonizm Zachodu” (s. 81). Hansen pisze: „Wydaje się, że właśnie w Polsce, właśnie teraz istnieje wielka szansa wyrównania poziomu życia mieszkańców” (s. 162). Równanie poziomu, wyrównywanie szans nie oznacza jednak równania indywidualności. Springer przytacza liczne wypowiedzi architekta, w których ten podkreśla dążenie do wolności jednostki – zarówno w przestrzeni („nie chodzi o to, żeby było równo. Chodzi o to, żebyś swobodny był, żebyś miał trochę luzu, sam pomalował coś takiego”, s. 121; „trzeba znaleźć odpowiednią konwencję przestrzeni, w której czulibyśmy wagę swego człowieczeństwa, swej indywidualności”, s. 183; „Chodzi o to, żeby każdy człowiek mógł się rozwijać jako on, żeby nie był podporządkowany”, s. 237), jak i w rozwoju („Bronię wolności rytmu rozwoju poszczególnego studenta”, s. 184).

 Hansen miał, z wiekiem coraz silniejszą, świadomość, że jego pomysły są utopijne i że stanowią, jak sam wielokrotnie zaznacza, dopiero „zaczyn”. Wielokrotnie jednak podkreśla (i robi to także Springer) znaczenie utopii dla społeczeństwa. Architekt broni swoich pomysłów: „Model LSC nie zostanie zrealizowany za mojego życia, dlatego trzeba być l’enfant terrible, robić tak zwane utopijne projekty, żeby już dzisiaj budziły i budowały świadomość społeczną, po to, żeby jutro były rzeczywistością. Naszym sukcesem jest to, że ludzie dziś o LSC piszą, że o tym rozmawiamy, że jest się o co spierać. Na tym polega pragmatyzm utopii” (s. 164). O niezadowoleniu ludzi, którzy po Przyczółku Grochowskim spodziewali się czegoś innego, mówi natomiast: „Czy to oznacza jednak, że architekt nie powinien proponować czegoś lepszego niż to, do czego człowiek przywykł? To jest podstawowe pytanie. To jest przede wszystkim pytanie moralne” (s. 14). Springer za Hansenem – a za nimi czytelnik Springera – zaczyna chociaż trochę wierzyć w te wizje. Michał Fronk stwierdza: „Tak potrzebujemy dziś Hansenów, chyba bardziej niż kiedykolwiek. Mimo że ja zupełnie nie wiem, jak te ich idee przełożyć na architekturę” (s. 239). A wszystko doskonale podsumowuje Konrad Kucza-Kuczyński: „Pomysły Hansena to oczywiście była utopia, ale jakże to było szalone, porywające i jednocześnie logiczne. Dziś nikt już takich utopii nie wymyśla” (s. 166).

Architeratura

Michał Witkowski stwierdza w powieści „Drwal”: „Literatura zaczyna się tam, gdzie przestaje być normalnie”. A Springer pisze o pomysłach Hansena na Przyczółek: „i już wiadomo, że nic nie będzie tutaj normalnie” (s. 138). W „Zaczynie” dostrzec można literacki potencjał pomysłów Hansenów. Już sama utopia to motyw aż proszący się o literaturę. Ale wątków takich jest w książce Springera więcej. Kazimierz Stasz mówi o Hansenach: „Literacko to ja nawet mam z nimi podobne poglądy” (s. 124). A pomysł Linearnego Systemu Ciągłego wzbudza wprawdzie niedowierzanie środowiska architektów, ale za to porywa… Juliana Przybosia (s. 153).

 Hansen pisze: „Przestrzeń to jest język. Język nie jest po to, aby bełkotać – choć niektórzy bełkoczą. Przestrzeń to jest środek do wypowiadania idei” (s. 237). Powiązania języka i przestrzeni bliskie są też Springerowi, który konsekwentnie tworzy literaturę o przestrzeni i ludziach nieodłącznie z nią związanych. Motto „Zaczynu” to słowa Hansena: „Filozofię lepiej upowszechnia przestrzeń niż książka filozoficzna” (s. 5). Może architekturę lepiej upowszechnia literatura niż techniczny rysunek projektu? Springer pisze: „Podczas jednej z rozmów towarzyskich na Sędziowskiej Hansen opowiada z zapałem o LSC, mówiąc coś o wektorach, programach i metadanych. Zofia wychyla się wtedy z kuchni i zwraca mu bezceremonialnie uwagę: – Oskar, ty mów jak człowiek!” (s. 160). Hansen nie potrafił przystępnie mówić o swoich pomysłach. „Jak człowiek” mówi więc za niego Springer.

 Reporter przytacza opinie przeciwników Hansenów i rzetelnie sięga po materiały książkowe czy prasowe. Warto też podkreślić jego naukową wręcz skrupulatność w umieszczaniu przypisów. Jednak wyraźniej niż w dwóch poprzednich książkach autor porzuca obiektywizm na rzecz osobistej fascynacji bohaterami. Jest jednak przy tym wierny swojemu stylowi pisania, który sprawia, że trzecie dzieło czyta się co najmniej z równym zainteresowaniem, jak „Miedziankę i „Źle urodzone”. Warsztat reportera przekształca hermetyczne koncepcje architektoniczne w fascynującą opowieść. Ponownie uruchamia Springer typową dla swojego pisania o przestrzeni zmianę perspektyw, miejsc (nazwy osiedli i miejscowości są tytułami rozdziałów) i czasów. Od współczesności własnego doświadczenia Przyczółka Grochowskiego (na zasadzie „ja tu i teraz”) autor płynnie przechodzi do powojennego Oświęcimia, konferencji w Otterlo w 1959 roku i do dzieciństwa Hansena w przedwojennym Wilnie (czyli „on tam i wtedy”). Rozdziały o dzisiejszym Przyczółku są jednym z najmocniejszych elementów książki, ale także dawniejsze wydarzenia reporter przedstawia z empatią i pomysłem („3 stycznia 1945 roku zaopatrzony w tekturową walizeczkę Oskar Hansen wysiada z pociągu w Białymstoku. Jego plan na przyszłość nie sięga zbyt daleko. Musi pójść prosto peronem i spróbować przecisnąć się przez tłum. Potem ma zamiar przejść przez tory i opuścić teren dworca. Tak, to jest właściwie cały jego plan”, s. 47).  Charakterystyczny jest też potoczny styl i czarny humor niektórych fragmentów, co zapewnia interesujący kontrast z cytowanymi pracami Hansena. Trudności w znalezieniu adresów na Przyczółku Springer ilustruje na przykład fragmentem: „W Wigilię po galeriach biegają zdesperowani Święci Mikołajowie. Z obłędem w oczach szukają odpowiednich drzwi, za którymi znajdą odpowiednie dzieci” (s. 144). Reporter nie stracił też, objawionej już w debiucie, umiejętności doboru fragmentów wypowiedzi rozmówców. Pisząc o legendach na temat tego, że niektóre adresy na Przyczółku dawano tylko elicie, cytuje Joannę Siwek: „Moja mama mieszkała na Bracławskiej, więc zgodnie z tymi opowieściami powinna mieć za sąsiadów co najmniej ludzi po habilitacji. Jakoś się nie złożyło. Sąsiadka po prostu wpadała do jej mieszkania, dawała mamusi dzieciaka na ręce i szła się tłuc z mężem. Choć w sumie mamusia nigdy tej pani o wykształcenie nie pytała, więc może coś w tym jest” (s. 143). I kolejny raz ujawnia Springer zdolność sugestywnego portretowania czegoś, czego nie ma, gdy o niezrealizowanym projekcie rozbudowy Zachęty pisze: „Prawie w ogóle nie widać, że to tam nie powstało” (s. 106). Prawie.

 Tak dobra literatura o architekturze („architeratura”?) pozwala odczuć architekturę nawet tym, którzy nie mają o niej pojęcia. A tych, którzy w Hansenów uwierzą, Springer przewrotnie przekonuje, że nie należy składać broni. Jeszcze wszystko będzie dobrze, wystarczy tylko… koniec świata. Jerzy Słonimski mówi: „Ich idea, ta architektura to są sprawy na po końcu świata. To, cośmy stworzyli, po prostu się zapadnie, zrozumiemy, co spieprzyliśmy, jak głupi byliśmy, i zaczniemy budować od nowa” (s. 256). „Zaczyn” reporter mistrzowsko kończy tym właśnie wątkiem: „21 grudnia o poranku na Przyczółku Grochowskim prószy śnieg. Wychodzę przed swój blok, dookoła nie ma nikogo. Cisza. Spoglądam w niebo. To już?” (s. 257).

 I nawet jeżeli kogoś te wizje nie przekonują, jeśli woli mieszkać w miejscach tworzonych wyłącznie według równania („Listę zarzutów zamyka kioskarka: »Proszę pana, góry zrównać i na płaskim budować. To by dopiero było ładnie«”, s. 124), to na pewno chętnie czytał będzie raczej o przestrzeni kreowanej z wizją.
Filip Springer: „Zaczyn. O Zofii i Oskarze Hansenach”. Wydawnictwo Karakter. Muzeum Sztuki Nowoczesnej w Warszawie. Kraków-Warszawa 2013 [seria: „mówi muzeum”].