ISSN 2658-1086
Wydanie bieżące

1 września 17 (65) / 2006

STRAŻNIK PAMIĘCI

A A A
O „Traktacie o łuskaniu fasoli” głośno było jeszcze przed ukazaniem się książki. Nic dziwnego, wszak na najnowsze dzieło Wiesława Myśliwskiego – autora „Pałacu”, „Kamienia na kamieniu” czy, nagrodzonego Nike, „Widnokręgu” – trzeba było czekać dziesięć lat. Mistrz nie zawiódł – skroił powieść tyleż piękną, co głęboką. Tym razem bezimienny narrator podczas łuskania fasoli opowiada nieznajomemu historię swojego życia – tak, najkrócej rzecz ujmując, można by zakreślić oś fabularną powieści. Problem wszelako w tym, że narracji Myśliwskiego nie sposób sprowadzić do jednego zdania. I całe szczęście! Mimo wolno prowadzonej narracji trudno uchwycić i streścić wszystko to, o czym rozprawia się na kartach „Traktatu...”. W tym, jak sądzę, przede wszystkim tkwi uwodzicielska siła książek autora „Nagiego sadu”. Myśliwski nie szuka łatwych rozwiązań, a jego proza (łączona nade wszystko z tzw. nurtem chłopskim) nie obiecuje naiwnego pocieszenia. Do rzeczy jednak.

„Traktat o łuskaniu fasoli” jest – ciągnącą się przez czterysta stron – narracją zapisaną w formie wypowiedzianego monologu wewnętrznego. Pełna tragicznych wątków życiowa „spowiedź” bohatera-narratora nie jest prowadzona chronologicznie. Myśliwskiego nie interesuje bowiem – jak wyznał w jednym z wywiadów – opowieść linearna, a struktura językowa. „Według mnie tak – powiada narrator ‘Traktatu...’ – wszystko od słów zależy. Jakie słowa, takie rzeczy, zdarzenia, myśli, wyobrażenia, sny i wszystko, nawet na samym dnie człowieka. Byle jakie słowa, to byle jaki człowiek, byle jaki świat, byle jaki nawet Bóg”. Może dlatego (z powodu wagi słowa właśnie) tak niewiele mówił za życia. Skoro „słowa (...) rosną dopiero w człowieku razem z nim. Wytapiają się jak z rudy z jego trosk, udręk, cierpień, łez”, człowiek musi do swej opowieści dojrzeć. Z tego nade wszystko powodu, podobnie jak i w poprzednich prozach autora „Pałacu”, obserwujemy swoiste zanurzenie czy też zakorzenienie w przeszłości. Już sam powieściowy koncept wywiedziony został z czasów, kiedy łuskanie fasoli było „rytuałem zbiorowej mowy”. Myśliwski wraca do sfery opowieści jako przestrzeni wspólnoty, integracji, porozumienia, ocalenia, zachowania tradycji. W konsekwencji autor tyle miejsca poświęca właśnie zagadnieniu przeszłości i wiążącej się z nią pamięci. Przeszłość „nigdy nie odchodzi, jako że wciąż ją od nowa tworzymy. Tworzy ją nasza wyobraźnia, ona ustanawia naszą pamięć, nadaje jej znamiona, dyktuje jej wybory, nie odwrotnie. Wyobraźnia jest ziemią naszego istnienia. Pamięć jest tylko funkcją wyobraźni. Wyobraźnia jest tym jedynym miejscem, z którym czujemy się związani, którego możemy być pewni, że tu właśnie żyjemy. I także umierając, w niej umieramy. Razem ze wszystkimi, którzy kiedykolwiek umarli, a którzy pomagają i nam umrzeć”. Zmienia się świat, przemijają ludzie i miejsca, a pamięć – poddawana oczywiście działaniu czasu i wyobraźni – pozostaje. Żyjemy w pamięci innych, stąd prośba sanitariuszki, by narrator jej nie zapomniał, stąd też odnawianie nagrobkowych tabliczek, stąd potrzeba opowiedzenia historii swojej i zespolonych z nią historii Innych.

Jak powiedziałam wcześniej, opowieść jest poszarpana, a pozorny chaos wprowadzają liczne dygresje i retardacje. Myśliwski zawieszając narrację (poprzez przeskakiwanie z myśli na myśl, z wątku na wątek), dozuje napięcia dramatyczne. To nie ukłon pisarza w stronę naszych upodobań do pogoni za sensacjami. Ów prosty w gruncie rzeczy zabieg odzwierciedla ontologię życia, będącego „mniej czy więcej potrzaskanym, często i rozrzuconym”. Taka jest biografia narratora-bohatera, na którą składają się traumatyczne doświadczenia. „Traktat...” bowiem to opowieść o chłopcu urodzonym w jednej ze wsi położonych nad rzeką Rutką, który jako jedyny (ukryty w dole z kartoflami) przeżył pacyfikację wsi. Wskutek tamtych straszliwych doznań przestał mówić. Znaleziony i przygarnięty przez partyzantów trafił pod opiekę sanitariuszki. Po jej śmierci został oddany wdowie po leśniczym, żył z handlu owocami w pociągach. Potem został wzięty do szkoły, gdzie wyuczył się zawodu elektryka, dzięki czemu mógł pracować przy elektryfikacji wsi, a później na budowach. Jego pasja (gra na saksofonie) umożliwiła mu wyjazd za granicę, gdzie grał w nocnych klubach. Dotknięty reumatyzmem, za namową poznanego na obczyźnie pana Roberta powrócił w rodzinne strony, gdzie zamiast swojej wsi odnalazł osiedle letniskowych domków. Podjął pracę administratora, poza obowiązkami stróża zajmował się odmalowywaniem tabliczek z nazwiskami na zapomnianych przez innych, ukrytych w lesie grobach. Ale nie tylko o złożenie biograficznych puzzli w całość chodziło w powieści czy o pokazanie dramatyzmu pokolenia urodzonego na początku XX stulecia. Ważniejsze dla Myśliwskiego – jak mi się zdaje – było pokazanie wpływu, jaki Inni mają na biografię jednostki. Los człowieka zawsze determinowany jest przez Historię, społeczeństwo, warunki socjalno-gospodarcze. Autor „Widnokręgu” z „dwukulturowości” potrafi wyciągnąć korzyści, tworząc nową wrażliwość i nowy język. W konsekwencji tego narrator „Traktatu...” – prosty chłop znad Rutki – ma świadomość filozofa. Pociąga go metafizyka. Reprezentuje „chłopską” mądrość podbudowaną nauką zaczerpniętą z książek, rozmów z innymi oraz doświadczeń własnych. Jego historia staje się dzięki temu traktatem o rzece, psach, muzyce, ukłonach, wolności, grach, snach, kapeluszach, podróżowaniu pociągiem, pamięci, słowach. Stąd też w monolog narratora-bohatera wplecione zostały głosy tych, których spotkał na swej życiowej drodze. Każdy z nich ma swą własną historię do opowiedzenia: stryj Jan, sanitariuszka, nauczyciel muzyki, magazynier-saksofonista, kelnerka, organista ze zrujnowanego kościoła, wdowa po leśniczym, sprzedawca kapeluszy...

Słusznie Janusz Drzewucki na marginesie „Traktatu...” notował: „Każdy z nas jest powieścią. Każdy z nas ma przecież swoją opowieść, swoją historię, historię swojego życia. Każda opowieść – także ta, którą chciałoby się skazać na przemilczenie, być może nawet ta najbardziej – domaga się opowiedzenia, a raczej wypowiedzenia”. Tak jest w najnowszej narracji autora „Kamienia na kamieniu”: najważniejsze jest to, co między wersami, co zawieszone, niedopowiedziane. Wiele tu miejsc niejasnych, tajemniczych. Do ostatniej linijki ostatniej strony książki nie wiadomo, kim jest słuchacz spowiedzi „głównego” narratora. Łuskający fasolę bohater zwierza się komuś, czy też mówi sam do siebie, by uporządkować swoje życie albo by znaleźć własne (prawdziwe) „ja” (bowiem jak sam konstatował, czuje, jakby „się rozdwajał w sobie na tego, który wie, że to on, i tego, który nie doznaje żadnej z sobą bliskości. Na tego dajmy na to, który wie, że umrze, i tego, który nie dopuszcza myśli, że to on, tylko jakby ktoś drugi miał umrzeć za niego”). Wszak trywialne to stwierdzenie, że opowiadanie równoznaczne jest z poznawaniem siebie, obnażaniem nawet tych zakamarków duszy i pamięci, które dla odsłaniającego się były dotąd tajemnicą. Poza tym, jak wyznaje narrator: „Człowiek najchętniej rozmawia z samym sobą. Według mnie, nawet kiedy z kimś rozmawia, w gruncie rzeczy rozmawia z samym sobą”.. Czemu sobie opowiada? Bo czuje, że zbliża się śmierć? A może po prostu, będąc strażnikiem pamięci, chce „przekazać” komuś (by ocalić) historie tych, którzy sami już ich nie opowiedzą? Jak wytłumaczyć spotkanie z synem żołnierza, biorącego udział w pacyfikacji jego wsi (który darował mu życie, bo w jego twarzy zobaczył twarz swego syna)? Co się stało z byłą żoną narratora? Czy to, co się dzieje, jest konsekwencją działania przypadku, czy przeznaczenia? Lista nasuwających się podczas lektury „Traktatu...” pytań jest długa (i być może to w znacznej mierze sprawia, że najnowszą prozę Myśliwskiego czytało mi się z taką przyjemnością). Ale czy wszystko – zdaje się pytać autor – trzeba koniecznie musieć zrozumieć? „Istnienie nie jest żadnym dowodem. Istnienie obdarza nas samymi zwątpieniami”. A my za wszelką cenę dążymy do tego, by je wyjaśnić. Życie umyka nam na pogoni za owym odsłanianiem tajemnic. Chcemy wierzyć, że to właśnie przypadek i przeznaczenie kierują naszym życiem, ponieważ źle znosimy rzeczy niewytłumaczalne, wymykające się logice. Szukamy usprawiedliwień. A może należałoby przyjmować to, co daje nam los, bez prowadzenia „śledztw”, które i tak nie dają (bo dać nie mogą) pożądanych rezultatów?

O bohaterze „Traktatu...” powiada się, że został wydziedziczony. Prawda – wraca po latach do miejsca, którego już nie ma, ale w moim odczuciu byłoby to bardziej wydziedziczenie duchowe. Kryzys kultury chłopskiej, o jakim rozprawia Myśliwski w swoich tekstach, staje się pretekstem do pisania o kryzysie kultury w ogóle. W historiach jednostkowych kryją się uniwersalne dramaty. Ocalenie zdaje się być jednak w pamięci (tym też, jak sądzę, należałoby interpretować przywiązanie Myśliwskiego do konkretu). Dlatego narrator powieści zachował to, co najważniejsze – pamięć. Miejsce – wbrew pozorom i naszym przyzwyczajeniom – nie jest najistotniejszym determinantem stanowiącym o tym, kim się jest. O wiele więcej określa stopień zakorzenienia w przeszłości i siła pamięci, gdzie znajdują się także wyrzuty sumienia, które – jak wszystko inne – „musimy dziedziczyć, w przeciwnym razie to, co się stało, będzie się wciąż powtarzać. Nie możemy z dziedzictwa wybierać sobie jedynie tego, co nas nie obciąża. Zakłamalibyśmy się doszczętnie. Tak grzęźniemy już w kłamstwie. Czy nie zauważył pan, że kłamstwo przybrało oblicze prawdy? Stało się chlebem powszednim. Sposobem życia. Bez mała wiarą. Kłamstwem się rozgrzeszamy, kłamstwem przekonujemy kłamstwem uzasadniamy rzekome prawdy” – będzie konstatował bohater. „Traktat o łuskaniu fasoli” jest nade wszystko urzekającym traktatem o życiu, o człowieku, o świecie, wreszcie – o potrzebie pamiętania. Słowem, o wszystkim tym, co jest ważne i ważniejsze...
Wiesław Myśliwski: „Traktat o łuskaniu fasoli”. Wydawnictwo Znak, Kraków 2006.