Wydanie bieżące

1 września 17 (65) / 2006

Izabela Franckiewicz,

WROCŁAWSKIE NOWE HORYZONTY

A A A
Dobiegł końca szósty już festiwal filmowy Era Nowe Horyzonty. Tym razem odbywał się we Wrocławiu. Decyzji o przeniesieniu imprezy z Cieszyna na długo przed rozpoczęciem festiwalu towarzyszyła żywa dyskusja. Wszyscy pokochali to miasto graniczne z jego atmosferą i licznymi, niekoniecznie filmowymi atrakcjami. Co więcej, w tym roku większość projekcji nie odbywała się w klimatycznych kinach, ale w „nieklimatycznych”, za to klimatyzowanych multipleksach.

Paradoksalnie, w ramach Nowych Horyzontów we wrocławskim Heliosie zagościły projekcje, które na co dzień raczej nie trafiają do tego typu kin. Początkowo budziło to kontrowersje, jednak nie ulega wątpliwości, że nowoczesne sale kinowe dają większy komfort oglądania, niż miało to miejsce w Cieszynie. W końcu to festiwal filmowy, w związku z czym w centrum naszej uwagi powinien być film, a nie parne lato.

Przyznać trzeba, że organizacja tegorocznych Nowych Horyzontów była bardzo dobra. Podobnie, ciekawy i różnorodny okazał się repertuar. Niezwykle imponujący był przede wszystkim jego rozmiar. Przez dziesięć dni pięć projekcji dziennie w kilkunastu salach kinowych sprawiło, że nie sposób było ogarnąć całości festiwalu. Trzeba było wybierać. Dlatego też trudno o rzetelną, kompletną relację z tego wydarzenia.

Z pewnością istotnym elementem festiwalu jest konkurs. Tegoroczny blok konkursowy, w porównaniu choćby z ubiegłorocznym, prezentował się naprawdę imponująco. Właściwie wszystkie filmy charakteryzował wysoki poziom i duża różnorodność. W programie znalazły się na przykład dwa niezwykłe filmy z pogranicza wideoartu: „Kontener” Lukasa Moodysona (z pewnością spore zaskoczenie dla tych, którzy znają dotychczasową twórczość tego reżysera) i zrealizowane całkowicie przy pomocy kamery telefonu komórkowego „Nokturny dla króla Rzymu” Jean - Charles Fitoussi. Na uwagę zasługiwał również debiut amerykańskiej reżyserki rosyjskiego pochodzenia Julii Loktev „Dzień noc dzień noc”. Film stanowi wnikliwą obserwację nastolatki mającej zamiar dokonać samobójczego zamachu w Nowym Jorku. Jego niewątpliwym atutem była rytmika. Początkowo wolne tempo filmu, niezwykle wnikliwa analiza najbardziej banalnych czynności podejmowanych przez dziewczynę, medytacja nad szczegółem, nabiera pędu wraz wzrostem napięcia wewnętrznego głównej bohaterki.

Festiwal wygrała chilijska „Święta rodzina” Sebastiana Camposa. Film traktujący o miłości i namiętności, o relacjach międzyludzkich, ze szczególnym uwzględnieniem stosunków wewnątrzrodzinnych. To intrygujący obraz, nawiązujący w swej stylistyce do filmów Dogmy, jednak ostatecznie zbyt schematyczny, a przez to nie do końca przekonujący. Swego rodzaju objawieniem festiwalu był argentyński reżyser Lisandro Alonso. W konkursie obejrzeć można było jego film „Fantasma”, zaś w ramach bloku Nowe Kino Argentyńskie jego wcześniejsze dzieła „Los Muertos” i „La Libertad”. Twórczość Alonsa cechuje wyjątkowy autentyzm przedstawiania rzeczywistości, pietyzm codzienności, kult zwyczajności. Historie które opowiada są bardzo proste, nie ma w nich akcji, w dodatku Alonso bardzo oszczędnie wykorzystuje środki wyrazu filmowego. Tego, czego nie brakuje w jego filmach to człowiek. Alonso potrafi w sposób przejmująco autentyczny, bezpośredni prezentować swych bohaterów. Lisandro Alonso to młody reżyser z ogromnym talentem, wyczuciem i potencjałem na przyszłość i, jak można było się przekonać na projekcjach Nowego Kina Argentyńskiego, nie jedyny „młody zdolny” w kinematografii tego kraju.

Nie zachwycały natomiast filmy reżyserów już dobrze znanych, takich jak bracia Quay („Stroiciel trzęsień ziemi”) czy Tsukamoto (Vital). Zarówno bracia Quay jak i Tsukamoto zrobili filmy typowe dla siebie, ale przeciętne. Natomiast w ramach Panoramy Kina Współczesnego, widzowie mogli zobaczyć najnowszy film Pedro Almodóvara „Volver” i zamykający festiwal „Wiatr buszujący w jęczmieniu” Kena Loacha, laureata tegorocznej Złotej Palmy w Cannes. Almodóvar, wracając do obrazowania kobiet, nie zawiódł. Jednak sporym rozczarowaniem był dla mnie, aż zadziwiający swą sztampowością, film Loacha.

W Panoramie znalazło się wiele filmów bardzo interesujących, m.in. „Gabrielle” Patrice Chereau, „Trzynastka” Gela Babluani czy „Dziesięć czółen” Rolfa de Heera. Absolutną rewelacją była „Niewinność” Lucile Hadzihalilovic. Reżyserka ta potrafi z niewinności budować grozę, igrać z widzem, rozbudzać jego oczekiwania, potęgować napięcie, grać na niedomówieniach, odwołując się do wyobraźni odbiorcy. A wszystko przekazuje za pomocą doskonałego warsztatu filmowego ze zdjęciami na czele. Nowe Horyzonty to też retrospektywy mistrzów. W tym roku najciekawszą z retrospektyw były dla mnie pokazy filmów Agnes Vardy, nieco zapomnianej prekursorki francuskiej Nowej Fali.

Festiwal umożliwia również zapoznanie się z najnowszymi osiągnięciami w dziedzinie dokumentu światowego i polskiego, chociaż jeżeli chodzi o repertuar polski, jest on w dużej mierze kalką krakowskiego przeglądu. Zdarzają się oczywiście premierowe pokazy polskich produkcji fabularnych, których jednak, ufając własnej intuicji, nie obejrzałam. Pośród wielu innych atrakcji codziennie oglądać można było również filmy nieme i posłuchać granej do nich na żywo muzyki. Jeśli jesteśmy przy muzyce, to w tym roku jedynym chyba mankamentem festiwalu był klub festiwalowy, a dokładniej muzyka, jaką w nim prezentowano. Nawet specjalnie ściągnięte z Japonii ROVO potrafiło wynudzić nie tylko mnie. Ale można to organizatorom podarować, wszak Era Nowe Horyzonty jest festiwalem filmowym. Jego tegoroczny rozmach był przytłaczający. Chyba nie sposób było wyjeżdżać z Wrocławia bez żalu, że tylu świetnych filmów nie udało się zobaczyć (nawet przy pięciu projekcjach dziennie) i bez wyczekiwania na kolejną edycję.
6. MFF Era Nowe Horyzonty, 20-30 lipca 2006, Wrocław.