Wydanie bieżące

1 września 17 (65) / 2006

Anna Katarzyna Dycha,

BASSISTERS ORCHESTRA

A A A
„Numer jeden”. Asfalt Records 2006.
Bassisters Orchestra to projekt wymyślony przez Wojtka Mazolewskiego w celu penetrowania obszarów offowych. Wykorzystuje nowoczesny jazz, hip hop, dorzuca elektroniczne eksperymenty. Właśnie ukazała się jego pierwsza długogrająca płyta.

Mazolewski – osiągający sukcesy (również za granicą) z Pink Freud – do nagrań zaprosił nie byle kogo. Bunia, który współprodukował całość, znanego przede wszystkim z występów z Ludźmi, Arszynem i Emiterem, Emade i Fisza od paru już ładnych lat wydających płyty wspólnie jako Tworzywo Sztuczne oraz angażujących się w różne muzyczne przedsięwzięcia (ostatnio z Envee i Marią Peszek), niesfornego perkusistę Macio Morettiego na co dzień głównie w Baabie i Mitch&Mitch, no i Mikołaja Trzaskę, którego przedstawiać raczej nie trzeba. Dłubali przy tym krążku dwa lata, na co dzień grając w swoich macierzystych zespołach. Odnoszę więc wrażenie, że muzykę z „Numer jeden” słyszałam już w różnych wariacjach. Nie jest to jednak w żadnym razie zarzut. Klasyczny, ale dobry, czasem też nieprzewidywalny hip hop, do którego zdążyli już nas przyzwyczaić bracia Waglewscy. Nowy jazz z domieszką melodyjnego popu czy klubowe, pulsujące rytmy. Mieszanka muzycznych stylów i osobowości dała efekt.

Duże piętno na całości odcisnął Fisz. Autor niezawodnych, czasem prześmiewczych, czasem wnikliwych i szczerych, a nawet zaangażowanych pełnych niebanalnych porównań i błyskotliwych skojarzeń tekstów oraz ich najczęstszy wykonawca (po megafon sięga w „Klap, klap” czy „Numerze jeden”). Utrzymane są w zdecydowanej większości w stylistyce hiphopowej. W otwierającym płytę (nie licząc płynnej japońszczyzny z „Uma pergunta”) „Teście” celująco zdaje egzamin ze sprawnego posługiwania się rymowankami, dorzucając ironiczne komentarze na temat własnej osoby: „pan krytyk wie, talentu nie mam choć odrobiny”. Tekstowo najbardziej ruszają mnie jednak „Nastroje” oddające realia w związku. Tak, „stroimy nastroje, nastroje zmienne jak ciśnienie, raz słone jak sól, raz słodkie jak torcik Wedel, stroimy nastroje, kręcimy łapkami, jak kręci się film”.

Im dalej, tym mniej zrozumiałego tekstu, a coraz więcej instrumentalnych kawałków ewentualnie okraszonych bełkotem lub wykrzykiwanymi w dziwnych językach frazami. Prym wiodą tu zniekształcony wokalnie, oparty na samplach „Ait!”, zapętlony, radosny „Lassister” z dęciakami, wariacjami słownymi i przeszkadzajkami, puszczony od tyłu, funkujący „Tit’nsi Wolflook” (pomysł akurat nie najoryginalniejszy), „Bitwa o chodnik” z powracającym motywem dzwonków i kombinacjami instrumentalnymi oraz zacinający się, jakby niedopracowany, jazgotliwy „Łącznik”– improwizowany eksperyment pełen zgrzytów. Jest też kilka spokojniejszych fragmentów. Łagodnie kołysze jazzujący, knajpiany, pozbawiony słów „Chico Science’s Karaoke Dance Party”. Natomiast „Mężczyźni i kobiety” z gościnnym występem na gitarze Maćka Cieślaka to najdłuższa piosenka (tak!) na tym 45-minutowym krążku. Rozwija się, płynie. Z powodzeniem mogłaby znaleźć się w dorobku Ścianki.

W tytułowym „Numerze jeden” BO puszcza „wielkie oko” do słuchaczy. To dowód na to, że stać ich na żartowanie z samych siebie i z własnej twórczości. Fisz powtarza: „Bassisters Orchestra jest numer jeden”. Rozstrojone instrumenty starają się jednak trzymać fason i brzmieć jak orkiestra. Generalnie najbardziej na tym krążku drażnią mnie wokalne popisy Bunia w „Stay Another Day”. Z całym przekonaniem jednak polecam tę płytę wszystkim, którzy zaczynają wątpić w polską niezależną scenę. Jest na niej wszystko to, czego potrzebują, by na nowo w nią uwierzyć. Spontaniczność i radość tworzenia, barwne, świeże i zaskakujące zestawienia, muzyczna wolność. W tym twórczym chaosie jest metoda.